Co ma zrobić I., aby podróżować służbowo?

Praca marzeń? Zwiedzać świat na koszt pracodawcy.

Jak do tego dojść? – zapytała mnie w e-mailu I. – koleżanka, która zaczyna swoją wędrówkę po rynku pracy.

Podczas weekendowej wycieczki, z niemieckim kolegą, uciąłem sobie pogawędkę na ten temat.

Obydwaj sporo latamy, dzieje się tak, pomimo światowego kryzysu i ustawicznego programu cięcia kosztów w firmie.

Przemierzając bajecznie zielony szlak, łączący plażę Carlos Rosario z plażą Flamenco na wyspie Culebra, rozprawialiśmy o tym co doprowadziło do naszych podróży.

Zastawialiśmy się co poradzić I. w realizacji jej marzenia. Nasze doświadczenia miały wiele podobieństw.

By pracować w różnych zakątkach globu trzeba być w firmie, która prowadzi międzynarodowy biznes. Czyli wydaje się, że podstawowym warunkiem jej znalezienie pracodawcy, który ma po co wysyłać swoich ludzi za granicę.

Do tego dochodzi niebanalny wymóg tego, by firma miała pieniądze na podróże. Wydaje się to coraz rzadsze wśród firm amerykańskich, a coraz powszechniejsze wśród chińskich. Pewno kolejny znak przesuwania się siły gospodarczej do Azji.

Są rozmaite oblicza podróży służbowych. Mój towarzysz debatowej wycieczki wspomniał o koledze, który zajmuje się obsługą kontenerowców zawijających do rozmaitych portów na świecie. Zjawia się w porcie przed przybyciem statku i koordynuje jego rozładunek. Mówił też o innym, który lata po świecie negocjując kontrakty. No i oczywiście nieśmiertelny przykład stewardessy zwiedzającej świat jako podniebna kelnerka.

Wróćmy do realizacji marzenia I. Gdy już moja dwudziestoparoletnia znajoma dostanie się do zamożnej międzynarodowej firmy, to pojawi się pewno pytanie dlaczego właśnie ją pracodawca miałby wysyłać w delegacje. Czyli co takiego wniesie do zespołu, aby ją wysłać w świat?

W naszych przypadkach podróże są skutkiem ubocznym. Nie byłym celem samym w sobie. Każdy z nas zagospodarował sobie jakiś odcinek roboty, a jego rozwój doprowadził do wyjazdów. Jedną z prozaicznych przyczyn wchodzenia w międzynarodowe projekty była znajomość języka. Podróżujemy na koszt amerykańskiej korporacji, więc w naszym przypadku ważny był język angielski. Obydwaj byliśmy nielicznymi pracownikami, którzy poza tym, że śmiało posługiwali się angielskim, to ponadto sami wchodzili w projekty wymagające współpracy z innymi krajami.

Czyli pewno ważne jest, by poza znajomością języka, mieć chęć i odwagę by robić z niego praktyczny użytek.

Lecz do roboty wnosimy coś innego, niż biegłość mówienia po angielsku. Każdy z nas ma jakiś talent, lub raczej konstelację talentów, które są przydatne dla globalnego przedsiębiorstwa. Mój niemiecki kolega łączy serdeczność i kulturę osobistą ze skrupulatnością, co pozwala skutecznie posuwać nerwowe projekty. Moim atutem jest łączenie zamiłowania do rozwiązań informatycznych z czerpaniem radości z pracy z ludźmi.

Każdy z nas, na którymś etapie, odkrył co jest jego unikalną siłą. Rozwinięcie tych sprawności pozwala nam wciąż być sobą i być coraz bardziej unikalnymi w tym co wnosimy do pracy.

Droga I, może takie postawienie sprawy utrudni Ci znalezienie szybkiej recepty na podróże służbowe. Myślę, że nie ma szybkiej recepty po odczytaniu, której każdy amator wyjazdów miałby załatwioną delegację w ciągu kilku tygodni. Jeśli chcesz zrealizować swoje marzenie zwiedzania świata na koszt pracodawcy, to radzę, znajdź się we właściwej firmie, we właściwym czasie, gdy potrzeba im Twoich niepowtarzalnych talentów.

This is America, speak Spanish!

Znajomy Meksykanin opowiedział anegdotę. Latynoski komik jechał windą w Los Angeles. Były tam też dwie Wietnamki ciągle gadające w swoim azjatyckim języku.

Artysta spojrzał na nie groźnie i warknął: „This is America, speak Spanish!” („Jesteś w Ameryce, mów po hiszpańsku!”).

Ten żart był morałem naszej rozmowy o rosnącym znaczeniu hiszpańskiego w Stanach. Była to humorystyczna mutacja typowej odzywki z przeszłości, gdy biali amerykanie pouczali imigrantów, aby przestali używać swojego języka ojczystego i mówili po angielsku.

Dzisiaj patrząc na grupę dwóch tuzinów amerykańskich żołnierzy czekających na prom na wyspę Viequez zastanawiałem się ilu z nich mówi po angielsku. W całej grupie widziałem tylko jednego faceta o rysach kaukaskich (tak Amerykanie nazywają teraz białych).

Wygląda na to, że upadek gospodarczy będzie szedł w parze z zanikiem kultury amerykańskiej.

Może za parę wieków encyklopedie będą wspominać, że na kontynencie amerykańskim przeprowadzono próbę stworzenia nowego narodu. Podwaliny położono w 19. wieku, a 20. wiek dał tej sztucznej nacji globalną dominację.

Jednak w 21. wieku załamanie gospodarki opartej o niepohamowaną konsumpcję przyczyniło się też do kryzysu demograficznego. Kontynent północnoamerykański został opanowany przez płodnych imigrantów z ubogich, zwykle hiszpańskojęzycznych krajów.

Przyznam, że podoba mi się takie zakończenie historii współczesnego odpowiednika starożytnego Rzymu.

Rozbrojenie chorobliwie hedonistycznego państwa przez ubogich, acz pełnych wigoru barbarzyńców może nam rozwiązać zagrożenie wojny światowej, do jakiej mogliby doprowadzić Amerykanie szukający sposobu na utrzymanie swojego panowania nad światem.

Zatem trzymam kciuki za spokojne usunięcie się z naszego otoczenia amerykańskiej kultury, stylu zarządzania i sposobu rozwiązywania konfliktów.

Pospieszmy się z wypracowaniem własnych pomysłów na życie, bo rzeczywistość może chcieć szybko wypełnić lukę po jankesach. Ich miejsce pewno zajmą Chińczycy z Hindusami.

Nie wiem czy będzie lepiej niż za czasów amerykańskich, na pewno będzie inaczej.

Stworzyłem domową drukarnię.

Właściciel punktu kserograficznego zawołał mnie na zaplecze i pokazał drukarki laserowe, na których robi wydruki dla klientów. „Jak robi Pan tyle kopii to opłaci się Panu kupić drukarkę i samemu drukować.”

Miał rację. Dzięki jego sugestii, od tygodnia mam w swoim domowym biurze małą drukarnię.

O ile w punkcie ksero mogłem liczyć na jedną odbitkę za 17 groszy, to u siebie mam grubo poniżej 10 groszy.

Zakup sprzętu zwrócił się po wydrukowaniu materiałów szkoleniowych na zajęcia z jedną grupą wychowawców domu dziecka.

Jestem wdzięczny za bezinteresowną pomoc człowieka, który na warszawskich Bielanach prowadzi swój sklep i punkt kserograficzny. Jak sobie o nim przypominam, to robi mi się ciepło na sercu i moje serdeczne myśli płyną w jego stronę.

Jest to też pouczająca lekcja liczenia kosztów wydruku.

Byłem zaskoczony, że już przy pięciu tysiącach odbitek, taniej jest zainwestować we własną drukarnię, niż chodzić do punktu ksero.

Co więcej, sprzęt, na którym drukuję jest mocno zaawansowany technologicznie. Drukarka ma tzw. duplex, czyli moduł drukowania dwustronnego, ma kasety na tysiąc kartek oraz kartę sieciową umożliwiającą podpięcie go do mojego domowego modemu neostrady i drukowanie z dowolnego komputera w domu.  Cały ten luksus kosztował 510 złotych wraz z kurierem.

Gdzie sprzedają takie cuda? W miejscach, gdzie dostają stary sprzęt biurowy, konserwują go i ponownie puszczają na rynek. Moja drukarka służyła komuś od 2002 roku. Wtedy kosztowała około pięciu tysięcy złotych. W większych firmach taki sprzęt jest liczony na pięć lat. Potem jest zastępowany czymś nowym. Stary odsprzedaje się za grosze lub oddaje za darmo komuś, kto bierze na siebie recycling wszelkich biurowych staroci.

Moja radość jest podwójna. Bo poza oszczędnościami w opłatach za ksero, mam też sprzęt, który zamiast powiększać sterty elektronicznych śmieci jest wciąż przydatny.

Starszy pan na chodniku.

Wracając z biura spotkałem starszego pana, który golił się siedząc na chodniku. Miał schludne ubrania. Wyglądał na zadbanego. Innego dnia spotkałem go czytającego gazetę. Widziałem też, że spał okryty jakimiś ubraniami. Było to na zadaszonym łączniku ulic, który codziennie przemierzałem między hotelem, a biurem. Słabo znam Kuala Lumpur i jego obyczaje. Czuję, że bez względu na kraj, bezdomność jest zwykle wyborem ostatecznym.

W dniu mojego wyjazdu znowu tamtędy przechodziłem. Człowiek siedział na swoim legowisku, wyglądało, że niedawno rozpoczął dzień.

Zagadałem do niego. Odpowiedział ładną angielszczyzną, że jest z innej prowincji. Przyjechał szukać pracy. Na razie mieszka na ulicy. Jak zacznie pracować to za 200 ryngitów (czyli ok. 200 złotych) wynajmie sobie pokój. Życzyłem mu powodzenia i dałem jakieś pieniądze na jedzenie. Poszedłem do biura. Słyszałem za plecami jak wołał do mnie ciepłym głosem „God bless you!”.

Mam nadzieję, że znajdzie pracę.

Żarcie w Kuala Lumpur, czyli u Malaja od Chinki, w biurze Hindusa.

Jestem w Malezji. Chyba trzeci, a może czwarty raz. Wpadłem tu na tydzień, aby dokończyć szkolenie nowego człowieka w naszym zespole. Jego szefowa wylądowała na porodówce szybciej niż to było planowane, więc wpakowałem do walizy prezent dla nowonarodzonej Chinki i poleciałem zrobić szkolenie Malajowi. Wyzwaniem było znalezienie dogodnego terminu, bo facet jest w trakcie przygotowań do ślubu – a u tutejszych muzułmanów to zawiła i wielotygodniowa procedura. Po przylocie miła niespodzianka; okazało się, że mam do dyspozycji przestronne biuro tutejszego szefa, bo trwa hinduistyczne święto światła Diwali, więc on z tego powodu ma wolne.

Powyższy akapit dość wiernie oddaje koloryt religijny i etniczny Malezji. Liczebnie dominują Malajowie wierni islamowi. Natomiast w biznesie, szczególnie w sektorach zaawansowanych technologicznie jest sporo Chińczyków, którzy stanowią ponad jedną piątą populacji. Hindusi to około 7% mieszkańców Malezji. Swoje ślady zostawili też kolonizatorzy, więc tu i ówdzie są też chrześcijanie.

Lubię jeździć w delegacje do Kuala Lumpur. To jedno z moich ulubionych miast. Jak będziecie mieć szczęście tutaj dolecieć to pewno zdziwicie się, co ja takiego widzę w Malezji. Ani tu szczególnie ładnie, ani brzydko. Ceny w miarę przyzwoite, ale uderzająco tanio też nie jest. Można bezpiecznie mieszać się z tłumem, ale warto mieć się na baczności. Restauracje są prowadzone dość porządnie, ale jedzenie w przygodnych lokalach grozi problemami żołądkowymi. I tak dalej.

Chociaż może warto na chwilę zatrzymać się przy temacie posiłków. Tutejsze spektrum kulinarne jest odpowiednikiem tygla etnicznego Malezji. Mam przekrój wszystkich kuchni azjatyckich. Do tego zwykle są to kucharze z pierwszej ręki. Jako, że lubię próbować wszelakich potraw to lunche i kolacje są dla mnie najciekawszymi elementami dnia. Mój malezyjski podopieczny wymyśla miejsce posiłku, a ja zdaję się na jego sugestie przy wyborze menu. Próbuję wszystkiego. Zwykle zjadam do końca. Poddałem się tylko raz, przy deserze z cukrowych żelek polanych sokiem kokosowym i posypanych tłuczonym lodem z masą cukru. Mój lokalny kolega też ledwo co napoczął swoją porcję, więc czuję się rozgrzeszony.

Niedawno zastanawiałem się nad tym, co ciekawego jest wciąż – po odwiedzeniu kilkudziesięciu krajów – w moich podróżach służbowych. Wyszło na jedzenie. Po prostu chodzi o żarcie. Coraz to nowe, inne potrawy. Mieszanie smaków i składników, których wcześniej nie doświadczałem. To jest dla mnie główna frajda.

Kiedyś powiedziałbym, że atrakcją jest różnorodność spotykanych ludzi. Faktycznie moi współpracownicy reprezentują znakomitą paletę narodów, ras i religii. Po okryciu jak bardzo podobne mamy pragnienia i marzenia, bez względu na miejsce urodzenia, wolę pomruczeć przy herbacie z przyjaciółmi z mojej podwarszawskiej okolicy, zamiast lecieć w tym celu na koniec świata.

Kiedyś cieszyłem się na myśl, że w delegacji zobaczę inne, egzotyczne, nietypowe miejsca, budowle, rośliny i zwierzęta. Zobaczyłem ich sporo. Lecz oglądałem je przez szybę – dosłownie lub w przenośni. Uznałem, że poznawanie zakątków Ziemi jako turysta w autokarze, z aparatem i plikiem dolarów to strata mojego czasu. Mimo masy pieczątek w paszporcie, odbyłem tylko kilka podróży. Bowiem „podróż” to dla mnie zamieszkanie wśród lokalnej ludności, na warunkach zbliżonych do ich egzystencji. Taką podróż odbyłem kiedyś z mojego rodzinnego miasta do Lublina, potem była podróż do Warszawy, potem do podalpejskiej wioski w Szwajcarii. Być może jeszcze mogę powiedzieć, że mój kilkumiesięczny projekt w Sydney to też była podróż. Reszta to pusta turystyka. Zamiast własnych zdjęć i opowieści zawodowych przewodników, wolę raz na jakiś czas zobaczyć filmy Wojciecha Cejrowskiego. W jego podróżach widzę prawdę podróżnika. Niniejszym serdecznie kolegę Cejrowskiego pozdrawiam i przesyłam wyrazy uszanowania.

Czyli jak widzicie w mojej delegacji najważniejsze są diety. Absolutnie nic do tego nie mają diety rozumiane jako dostosowanie ilości i rodzaju pokarmu do potrzeb organizmu. Bowiem podczas moich wyjazdów żarcie przekracza tak potrzeby, jak i momentami możliwości przewodu pokarmowego. Zatem najważniejsze są diety, czyli to, że korporacja utrzymuje mnie w podróżach służbowych.

Piszę to po zjedzeniu ostatniej kolacji w Kuala Lumpur. W hotelowym pokoju bulgocze czajnik, za chwilę powtórnie zaleję zieloną herbatę i puszczę ten wpis w partycje amerykańskiego serwera goszczącego mojego bloga. Jutro pakuję bagaż i poprzez zalany Bangkok oraz bogaty Frankfurt lecę do domu.

A jak Wasza turystyka? A może podróżowanie? Napiszcie. Miło będzie się nawzajem ubogacić wymianą myśli.

Okupuję Wall Street.

Z zaciekawieniem patrzę na okupację Wall Street.

Czy na amerykańskim horyzoncie widać mieszkanie w blokach wielorodzinnych, transport publiczny, zanik kredytów konsumpcyjnych i czerpanie radości z prostego, skromnego życia?

Teraz ostrze protestu skupia się na oburzeniu z pompowania pieniędzy z kieszeni podatników na konta korporacji finansowych. Mam nadzieję, że przyjdzie druga fala refleksji nad tym co jest źródłem kryzysu. Myślę, że wyszukane instrumenty inwestycyjne są skutkiem tego, że w dwudziestym wieku Amerykanie wkręcili się w nakręcanie konsumpcji. Wyglądało to dla mnie jak narodowa religia. W punkcie kulminacyjnym, gdy produkcja przeniosła się do Chin, Amerykanie byli już tak otumanieni swoją nową religią, że oznajmili, iż ich wkład w rozwój świata to konsumpcja. Dzięki temu nadają bieg globalnej gospodarce. Jak zbliżało się widmo kryzysu to prezydent apelował, by nie ustawać w zakupach.

W tym samym czasie widziałem jak wyniszczamy zasoby Ziemi, aby produkować ogrom nietrwałych, zbytecznych przedmiotów, których kupowanie miało być zbawieniem świata. Czyli pęd wzrostu gospodarczego to pęd do uczynienia Ziemi ekologiczną pustynią.

Moim podejściem do rozwiązania węzła kryzysu jest skupienie się na tym co ja mogę zrobić, aby przywrócić w świecie równowagę. Mogę dbać o równowagę w moim życiu. Także równowagę materialną. To oczywiście wymaga równowagi duchowej. Odczuwam na własnej skórze, że z rozsądnych zakupów wypadam, gdy brak równowagi w moim sercu. Gdy z wnętrza płynie spokój oraz wola uważnego i świadomego życia to łatwiej mi lekceważyć zewnętrzne zachęty do rzucenia się w nurt konsumowania.

Myślę, że potrzebujemy też współczującej wrażliwości na innych. Czyli takiej zwykłej ludzkiej solidarności. Mogę coś dać innym i ułatwić im wprowadzanie równowagi w życiu. Mogę dzielić się pracą, przedmiotami, umiejętnościami lub pomysłami.

Rozwiązanie problemów świata rozpoczyna się od ustawienia na zdrowe tory mojego własnego życia. Jak zrobi to jeszcze kilka osób, albo kilka tysięcy, albo kilka milionów lub kilka miliardów, to bez względu jak nazwiemy system gospodarczy i polityczny, świat wejdzie na dobre tory.

Czyli mam nadzieję, że okupacja Wall Street jest etapem w budowaniu pokoju serca i solidarności tych, którzy widzą, że świat wymaga zmiany. Zmiana rozpoczyna się od serca każdego z nas.

Też okupuję Wall Street – moim wkładem jest codzienna medytacja i finansowanie programu edukacyjnego w domu dziecka.

Dolecieć do swojego lasu.

Znalezione w książce otrzymanej od przyjaciół:

Pewien ptak codziennie chronił się w suchych gałęziach drzewa, stojącego pośród rozległego pustynnego krajobrazu.
Razu pewnego trąba powietrzna wyrwała drzewo z korzeniami i biedny ptak musiał przelecieć sto długich mil, zanim wyczerpany znalazł sobie nowe schronienie.
Gdy wreszcie, po długim locie dotarł do gęstego lasu, znalazł tam niezliczone drzewa, które uginały się od owoców.

(cyt. za „Pasje i marzenia liderów XXI wieku” I. i M. Blimel)

Powyższa historyjka kojarzy mi się z przywołaną niedawno opowieścią Steva Jobsa o tym jak rozmaite tarapaty miały zbawienne znaczenia dla jego rozwoju. Gdy go wyrzucano to okazywało się, że kolejny etap życia otwierał możliwości, które zaistniały tylko dlatego, że jakaś trąba zwaliła drzewo, na którym siedział.

Jak tam Wasze doświadczenia latania długich mil po stracie swojego bezpiecznego drzewa?

Kaczyński czy Tusk, Ty wybierzesz ofiarę.

Czuję się jak na wyborach prezydenckich w państwie, gdzie lider ma bardzo dużą władzę, łącznie z władzą ustawodawczą.

Do tego w pakiecie wybieram gwardię przyboczną lidera.

Mamy głosowanie na jednego z dwóch kandydatów. Zresztą Platforma Obywatelska mówi na swoim plakacie wprost: „Tusk czy Kaczyński, ty wybierzesz premiera”.

Mieszkamy w dość dużym kraju. Ludzi tu sporo. Mamy wielość poglądów. Mamy rozmaite pomysły na życie i na Polskę.

A tu pod bokiem wyrósł nam taki potworek systemowy, gdzie tradycja parlamentaryzmu umarła nim się u nas zaczęła.

Chciałbym wybrać mojego posła. Chciałbym, aby był to człowiek reprezentujący moje patrzenie na nasz wspólny interes.

Zamiast tego, wybór sprowadzamy do dwóch kiepskich (moim zdaniem) liderów. Ich wizja Polski, ich obyczaje, sposób traktowania współpracowników, skuteczność w załatwianiu wspólnych spraw są mi obce.

Jak zagłosuję? Oddam głos na faceta z listy wyborczej, który w internetowej ankiecie wyraził poglądy podobne do moich, a do tego ma jakieś doświadczenie samorządowe. Wiem, że koniec końców oddaję głos na jego szefa. Zły jestem, bo obydwóch prawie premierów wysłałbym do jakieś małej i nieskomplikowanej gminy, aby jako radni nauczyli się jak działać dla dobra wspólnego i jak szanować ludzi, którzy są z nimi, i którzy są przeciw nim. W sejmie chciałbym widzieć innego formatu ludzi.

Podobno jaki naród tacy jego przedstawiciele. Moim zdaniem Polacy są coraz fajniejsi i mają coraz sensowniej poukładane w głowach. Zatem wierzę, że prędzej czy później ten pozytywny trend dotrze do szamba zwanego Sejmem RP.

50 milionów.

Wczoraj Polacy byli zjednoczeni wokół marzenia o wygraniu 50 milionów w kumulacji Lotto.

Fajny klimat. Kolejka ludzi czekających przed ladą kolektury Lotto. Święto nadziei na uśmiech losu. Jakiś starszy pan dopytywał mnie jak wypełnić kupon, bo od lat nie grał. Pracownica punktu Lotto zaangażowała mnie do naprawy drukarki. Urządzenie zacięło się ku wielkiej frustracji gromadzącej „podatek od marzeń” pracownicy i  rozmarzonych kolejkowiczów. Przy pomocy nożyczek usunąłem papier blokujący sprzęt.

Puściłem swój los, wróciłem do biura i już wkrótce zadzwoniła do mnie administratorka budynku, że pani z Lotto gorączkowo mnie szuka, bo maszyna znowu padła…

Dlaczego Polska?

Ostatnio dwukrotnie byłem przepytywany na okoliczność mojego powrotu ze Szwajcarii.

Parę dni temu, byłem na kolacji u krewnych przyjaciela. Małżeństwo w średnim wieku, z dziećmi, żyjący dostatnio i chyba szczęśliwie. Wygląda, że dobrze im w Polsce. Lecz, gdy w trakcie rozmowy wyszło, że mieszkałem w Szwajcarii, to obydwoje wyglądali na zaskoczonych i chcieli wiedzieć co mnie skłoniło do przeprowadzki do Polski.
Kilka dni później byli u nas inni znajomi. Oni także są ludźmi zamożnymi, jak na tutejsze warunki. Ponownie zbierałem myśli, by ubrać w słowa moje „dlaczego”.

Pytania wyglądały na szczere i płynące z ciekawości. W moim przekonaniu jest coś niezwykłego w tych pytaniach. Jakaś nuta niezrozumienia. Jakieś zadziwienie, jakby szukanie przyczyn porzucenia raju i przybycia na padół łez.

Mało jest pytań dlaczego wyjechałem do Szwajcarii. Mniej jest drążenia wokół tematu tego co robiłem i jak żyłem w Helwecji. Lecz powrót do ojczyzny jest postrzegany jako coś dziwnego, może nawet dziwacznego.

Moim zdaniem oddaje to trochę stosunek moich znajomych do Polski. Ich stopa życiowa jest niemal identyczna z tym jak żyją Szwajcarzy. Spędzają wakacje w podobnych miejscach, kupują podobne samochody, mieszkają w mieszkaniach o podobnym metrażu, oglądają te same filmy itd.
Lecz, gdy w szwajcarskim otoczeniu jedna rodzina wróciła z USA, inna z Australii, a jeszcze jedna z Brazylii to słyszałem dopytywania o kraj, w którym pomieszkiwali, o ciekawostki z tamtejszej codzienności, ale nigdy nie było pytania dlaczego wrócili do Szwajcarii. To było oczywiste, że najlepszym miejscem dla Szwajcara jest Szwajcaria.
Myślę, że sto czy dwieście lat temu, gdy Helwecja była ubogim zakątkiem Europy, to też powrót z pracy na obczyźnie był naturalnym posunięciem.
Piszę o tym, bo podoba mi się podejście Szwajcarów do ich kraju.

Czy moi znajomi są reprezentatywni dla Polaków? Czy sporo osób na myśl o możliwości zamieszkania na Zachodzie, przeskoczyłoby na tor myślenia o emigracji? Nie wiem.
Może gdyby z powrotu dziwili się ludzie cierpiący niedostatek przyjąłbym to naturalniej. Trudno mi zrozumieć za czym szwajcarskim tęsknią rodziny, którym w Polsce żyje się dostatnio.

Pamiętam też, jak o decyzji powrotu powiedziałem moim rodzicom. Szczególnie ojciec był zatroskany. Przemawiał do mojego poczucia odpowiedzialności za dzieci, do dania im szansy by dorastały poza Polską. Polska jawiła się w tym kontekście jak czarna dziura cywilizowanego świata.

Pewno jeszcze wiele razy będę pytany dlaczego wróciłem ze Szwajcarii. Moje spontaniczne stwierdzenie, że tu jest mój kraj i tu jest moje miejsce na Ziemi bywa traktowane jak błędna odpowiedź na egzaminie. Więc staram się bardziej. Mówię, że tu realizuję swoje pasje. Tu widzę potencjał rozwoju. Rozmówcy dają nieco więcej wiary takim zdaniom. Jak dopowiadam, że włożyłem bardzo mało wysiłku w integrację ze szwajcarskim otoczeniem, że czułem się tam jak w gościach. To już jest dobrze. Padają prośby o potwierdzenie, że w gruncie rzeczy mój pobyt w Szwajcarii był nieudany, zakończył się klęską i potrzebą reemigracji z podkulonym ogonem. W tym miejscu moje gwałtowne zaprzeczanie nie ma znaczenia, Przecież, gdybym odnosił sukcesy to bym tu nigdy nie wrócił.

Chyba czas bym odwrócił role. Mam pytanie dla każdego, kto tu mieszka: dlaczego mieszkasz w Polsce? Dlaczego nie wyjechałeś do innego kraju?
Każdy ma paszport w kieszeni. Wiele krajów przyjmuje Polaków niemal z marszu. Dostęp do nauki języków obcych jest nieograniczony – internet jest pełen rozwiązań dla chcących zapamiętywać obce słówka i zwroty.
Zatem: dlaczego jeszcze mieszkasz w Polsce?