Jak to jest jechać motorem?

Jeszcze kilka miesięcy temu słysząc tytułowe pytanie powiedziałbym, że nie mam pojęcia, bo nigdy nie siedziałem na motorze.

Jako nastolatek widziałem jak koledzy fascynowali się Simsonami lub Jawami. Pasje motoryzacyjne były mi ogólnie obce. W wieku siedemnastu lat zrobiłem samochodowe prawo jazdy, ale traktowałem to jak rzecz, którą z powodów praktycznych trzeba opanować i zaliczyć.

Mimo nauczenia się kierowania samochodem, moje zainteresowanie motoryzacją pozostało w głębokim uśpieniu. Mój ojciec, inżynier mechanik, potrafił swoje pierwsze samochody rozbierać na kawałki i ponownie składać. Mój dziadek w przedwojennym wojsku zawodowo opiekował się pojazdami i szkolił innych jak działają urządzenia mechaniczne. Ja miałem zupełnie inne zainteresowania. Do czasu. Gdzieś na przełomie ubiegłego i bieżącego roku naszła mnie ochota na jazdę motorem.
Pomysł spadł z nieba i trudno mi racjonalnie wytłumaczyć jak słowo „motor” znalazło drogę do mojej głowy. Żona z wyrozumiałością partnerki czterdziestolatka przyjęła do wiadomości, że będę jeździł motorem.

Gdy trawa się zazieleniła, a przymrozki ustąpiły miejsca wiosennemu słońcu, odnalazłem szkołę, w której miałem sprawdzić czy jazda na motorze jest fajna. Po prześledzeniu licznych wpisów na forach internetowych, trafiłem na kursy Tomka Kulika (http://kulikowisko.pl/). Wizerunek jaki kreowali jego uczniowie i koledzy bardzo mi odpowiadał. Rysował się obraz faceta, który wkłada w motory masę serca, jest osobą życzliwą, nawet po zakończeniu nauki można na niego liczyć we wszelkich sprawach motocyklowych, a przy tym uczy głównie jak jeździć na motorze, w odróżnieniu od szkół, którym chodzi głównie o zdanie egzaminu. Ostrzeżenia o jego wybuchowym charakterze brzmiały jak dodatkowy koloryt.

Znalazłem numer pana Kulika i zadzwoniłem z pytaniem czy wyszkoli mnie bez względu na moje trzydzieści dziewięć wiosen. W odpowiedzi usłyszałem, że skoro nie miałem zwolnienia z wuefu i nie należę do „generacji playstation” to dobrze rokuję i mogę rozpocząć naukę.

Po przebyciu zajęć teoretycznych, stawiłem się na odgrodzonym kawałku płyty lotniska Bemowo, gdzie mieści się plac manewrowy. Byłem wyposażony w strój motocyklisty na miarę kieszeni skąpca. Czyli na stopach miałem nowe, lecz najtańsze, buty turystyczne z Decathlonu (wkońcu nawet jeśli motor będzie niewypałem, to zakup przyda się w góry); na nogi wciągnąłem dżinsy, które pamiętały moje kawalerskie lata (jak je potargam to strata znikoma); na podkoszulek założyłem plastikową zbroję (którą kupiłem ucząc się jazdy na snowboardzie) i najstarszą z posiadanych kurtek przeciwdeszczowych; dłonie osłoniłem rękawiczkami na rower górski (były wyprzedawane za pół ceny, gdy szukałem w Decathlonie butów); pod kask potrzebowałem kominiarki i tu również przydał się sprzęt zimowy – miałem swoją starą kominiarkę pod kask narciarski.

W czasie pierwszych godzin nauki prawdziwym przekleństwem był mocno bolący nadgarstek. W zasadzie do samego końca nauki miałem problemy z przyzwyczajeniem mojej prawej ręki do operowania gazem, mimo że tydzień po tygodniu ręka coraz lepiej tolerowała te niecodzienne ruchy.

Zaś głowa była na pograniczu swojej wydolności, aby pamiętać o tej masie – jak to wtedy odczuwałem – szczegółów. Sam moment zmiany biegu był sporym wyzwaniem. Lewa ręka czuwa nad sprzęgłem, prawa nad gazem, a w tym samym czasie lewa stopa operuje biegami. Mam bardzo ograniczoną podzielność uwagi, co więcej, koordynacja wszelkich członków mojego szczudłowatego ciała od lat młodzieńczych przysparzała mi trudności. Jak tu jednocześnie kontrolować trzy kończyny, a każda ma wykonywać inny ruch?! Do tego dochodziło pamiętanie o prostych plecach i kolanach ściskających bak. Zrobienie banalnie wyglądającej rundki po placu było okupione olbrzymim wysiłkiem mojej biednej głowy. Do tego ten bolący przegub prawej ręki!

Dobrze, że lekcje były w blokach nie dłuższych niż dwie godziny – po zejściu z motoru byłem wykończony.

Mimo to czułem radość z tego, że jadę i mniej więcej kontroluję to co robi maszyna, na której siedzę.

Oszczędzę Wam opisywania detali wszystkich lekcji. Nadmienię tylko kilka impresji. Bardzo miło wspominam doświadczenie jazdy bez trzymania kierownicy. W pierwszym momencie, gdy Tomek oznajmił, że po rozpędzeniu motoru na prostym odcinku, mam puścić kierownicę, pomyślałem, iż mam gwarantowaną utratę równowagi i wywrotkę. Zakładałem, że śmiertelność w wyniku takiej zabawy musi być niewielka, skoro Tomek wciąż zaleca jazdę bez trzymanki – zatem oddałem mu w depozyt komórkę (szkoda byłoby ją zniszczyć) i ruszyłem. Motor jechał pewnie i nie było mowy o kraksie. W ten sposób miałem się nauczyć, iż moje ręce na kierownicy mają małe znaczenie w utrzymaniu maszyny jadącej prosto. Innym emocjonującym ćwiczeniem było zatrzymywanie motoru bez dotykania butami asfaltu. Sporo mnie kosztowało dojście do wprawy w wyczuwaniu momentu kiedy po chwilowym zatrzymaniu mam ruszyć nim stracę równowagę. Zabawa była świetna.

W drugiej połowie kursu jeździłem po mieście. Tutaj głównym tematem było moje szczere współczucie dla instruktorów, których woziłem jako pasażerów. Skupiony na ruchu wokół mnie, odrywałem uwagę od płynnej zmiany biegów i delikatnego hamowania. Szarpania i gwałtowne ruchy ostro dawały się we znaki moim pasażerom.

Po dwudziestu godzinach nauki poprosiłem o kilka dodatkowych godzin i potem zapisałem się na egzamin.

Potwierdziło się to co słyszałem jeszcze przed rozpoczęciem nauki, tzn. czułem, że Tomek i jego bajecznie cierpliwi pracownicy wyposażyli mnie w umiejętność czerpania radości z jazdy motorem. Wsiadając na motor czułem się dobrze i stosunkowo pewnie.

Na egzamin jechałem ze świadomością, że poradzę sobie z motorem, lecz mogę mieć problemy z detalami nawigacji u skrupulatnego egzaminatora. Przy pierwszym podejściu oblałem egzamin na parkingu jeszcze przed rozpoczęciem manewrów. Wrzuciłem jedynkę, ruszyłem z miejsca, oderwałem nogi od ziemi i słyszę, że popełniłem pierwszy błąd. Poprosiłem panią egzaminator o szczegóły błędu. Dowiedziałem się tylko, że nieprawidłowo włączam się do ruchu. Nie miałem pojęcia o czym mówi. Egzaminatorka nic więcej nie chciała zdradzić. Wydedukowałem, że może jej chodzić o kierunkowskaz. Ruszyłem ponownie, tym razem z kierunkowskazem. Drugi błąd i koniec egzaminu. Błędem był brak upewnienia się o możliwości jazdy. Czyli nim ruszę w kierunku ósemek i slalomów miałem pokręcić głową, aby upewnić się, że plac jest pusty i bezpieczny.

Potem ludzie czekający na swoje egzaminy, jeden przez drugiego, mówili mi, że ich instruktorzy namolnie tłukli im do głów, iż przed ruszeniem na placu mają kręcić głowami. W mojej szkole nikt mi tego nie powiedział… Jak to u Tomka. Pewno Tomek myślał, że mówiła o tym Ula, ona może myślała, że załatwił to Karol, a on mógł być przekonany, iż Adam albo Irek wspomnieli o tym jak mieli do czynienia z kursantem.

Miesiąc później ponownie byłem na placu egzaminacyjnym. Tym razem poszło dużo lepiej i egzamin mam zdany.

Zatem mogę wrócić do pytania ze wstępu artykułu o moje doświadczenie jazdy motorem. Myślę, że daje ono poczucie wyrwania z pancerza samochodu. Świat wokół jest wtedy bliższy, wręcz namacalny. Idzie za tym konieczność dużo większego napięcia uwagi, bo obok namacalności kwiatów, łąk i lasów mamy też bezwzględną bliskość blachy samochodów, twardości słupów, dziur i krawężników. Po za tym sama nauka jazdy była dla mnie niezwykle sympatyczną i wciągającą przygodą.

3 myśli nt. „Jak to jest jechać motorem?

  1. Konrad

    Też uczyłem się u Tomka. Cieszę się, że będę mógł spotkać „w trasie” kogoś kto też uczył się u Tomka. Jeżdżę Hondą Shadow, czerwono-białą.

    Konrad

Możliwość komentowania jest wyłączona.