Hangzhou.

Słyszeliśmy od kilku osób, że warto wyjechać poza Szanghaj, aby zobaczyć inne oblicze Chin.
Szanghaj jest podobno specyficzny i daleki od reprezentatywności całego państwa.
Pierwotnie myślałem o podzieleniu tygodnia na dwa miasta: trzy dni w Pekinie i trzy dni w Szanghaju. Jednak podróż do Pekinu to ok. dziesięciu godzin w jedną stronę. Porzuciłem tą opcję. Mój wybór potwierdził spotkany w hostelowej łazience Amerykanin, który wrócił z Pekinu. Bardzo chwalił Szanghaj z powodu względnej czystości powietrza i serdecznej atmosfery na ulicach. Jego zdaniem zwiedzenie stolicy to umiarkowanie przyjemny obowiązek.
Pojechaliśmy wobec tego do Hangzhou położonego dwie godziny na południe od Szanghaju.

Zdaniem autora przewodnika zakupionego w Empiku, Chińczycy są ze swej natury powściągliwi w kontaktach z obcymi. Trudno to powiedzieć o Szanghaju. Byliśmy otoczeni serdecznościami i uśmiechami. Może to jest ta nienormalność największego miasta.
W Hangzhou dotknęliśmy innej społeczności. Podobnie jak w Szanghaju byliśmy bacznie obserwowani. Lecz tym razem uśmiech skierowany do gapia zwykle trafiał w twarz bez wyrazu. Czułem, że jestem nie tylko inny, ale także obcy.

Mimo opisywanej w przewodniku popularności turystycznej, w Hangzhou trudno było poruszać się po mieście bez znajomości chińskiego. Chcę dodać, że brak wylewności nie przeszkadzał lokalnym mieszkańcom w pomaganiu nam znalezienia drogi.

W sumie wycieczka była udana i zobaczyliśmy główne atrakcje miasta. Najważniejszym elementem jest kilkuhektarowe Jezioro Zachodnie, które powstało w samym centrum przed tysiącem lat, gdy lokalni możnowładcy postanowili oddzielić od miejscowej rzeki jej zatokę, pogłębić ją i przekształcić w system uroczych parków, oczek wodnych i grobli spacerowych.
Jak przystało na bardzo stare miasto jest w nim też sporo innych pamiątek minionych wieków. Wybraliśmy tylko kilka z nich. Pojechaliśmy zobaczyć roześmianego buddę z wielkim brzuchem, który jest ikoną wielu klasztorów umieszczonych na wzgórzu koło miasta. Potem w nieznośnym skwarze szukaliśmy muzeum medycyny chińskiej. Pomoc kolejno pięciu osób doprowadziła nas do celu. Ekspozycja pokazywała jak na przestrzeni tysięcy lat, poszczególne dynastie sponsorowały medyków katalogujących setki, a potem tysiące środków medycznych. Muzeum graniczy z czynną przychodnią zatrudniającą kilkudziesięciu lekarzy chińskiej medycyny oraz oraz z tradycyjną apteką. Warta zachodu była już sama wizyta w budynku muzealnym, które umieszczono w bardzo dużej, sowicie zdobionej dziewiętnastowiecznej aptece.
Zwiedzanie miasta zakończyliśmy leniwie snując się po żywych zielenią, zadbanych parkach nad jeziorem.

Gdy zbliżał się czas odjazdu pociągu, rozpoczęły się przygody komunikacyjne. Autobusy miejskie, zamiast wracać na dworzec znaną nam trasą, robiły pętlę wokół jeziora i zgubiliśmy ich trop. Na przystanku, gdzie oczekiwaliśmy kilku połączeń, nic nie jechało tam, gdzie potrzebowaliśmy. Z pomocą przyszedł napotkany mężczyzna, który po mojej prośbie wskazania połączenia na pociąg zabrał się do działań na niezwykłą skalę. Po wykonaniu jakiś telefonów ze swojej komórki, oznajmił, że musimy pójść na inny przystanek. Zdecydowanie odrzucił propozycję, abym poszedł tam sam z S.. On poszedł z nami.  Po dotarciu na przystanek zaczepił inne osoby potwierdzając to co już wiedział. Napisał mi na kartce nazwę docelowego przystanku, a gdy nadjechał autobus wszedł do środka i zdecydowanym tonem polecił kierowcy wysadzić nas w żądanym miejscu. Potem poszedł w swoją stronę.
Wcześniej opowiedział nam łamaną angielszczyzną, że jest przedstawicielem handlowym w branży medycznej w Szanghaju i do Hangzhou przyjechał służbowo.
W autobusie przystanek po przystanku robiło się coraz tłoczniej. W końcu było już bardzo ciasno. Ostatnio taki ścisk przeżyłem w Polsce ponad dwadzieścia lat temu, gdy dojeżdżałem do liceum autobusem miejskim. W Hangzhou górowałem nad innymi pasażerami i miałem czym oddychać. Za to moja głowa była sporo powyżej bocznych okien i nie widziałem gdzie jesteśmy. Kierowca był daleko z przodu i był pochłonięty upychaniem nowych podróżnych.
Listy przystanków w pojeździe, jak również na zewnątrz, były wyłącznie w języku chińskim. Automat zapowiadający nazwy przystanków był dwujęzyczny, ale głośniki wydawały z siebie mało zrozumiałe dźwięki. Jedynie podpisy dużych skrzyżowań miały czytelną wersję angielską – lecz ich nie widziałem, bo jak wspomniałem, moja czupryna tkwiła pod sufitem. Byłem wykończony całodziennym upałem, nie wiedziałem, gdzie jesteśmy, a godzina odjazdu pociągu była coraz bliżej. Postanowiłem działać. Pokazałem karteczkę z nazwą przystanku osobom, które były najbliżej. Z ich gestów niewiele zrozumiałem, ale liczyłem, że wypchną nas z autobusu we właściwym miejscu. Tak się też stało. Wylądowaliśmy na olbrzymim skrzyżowaniu, gdzie nie było widać śladu dworca. Pośpiesznie odszukałem w przewodniku chińskiej nazwy dworca kolejowego i podsunąłem ją pod nos dziewczynie na przystanku. Pokazała palcem dach wysokiego budynku kilkaset metrów za ulicą. Faktycznie stamtąd odjeżdżał nasz pociąg. Jeszcze czekała nas kolejka do punktu kontroli bagażu i już byliśmy na swoich wygodnych miejscach w drodze do Szanghaju. Niemal od razu opadłem z sił i przespałem całą podróż. Wieczorem poszliśmy na kolację do znanej nam sieciówki serwującej pierożki. Miło, z uśmiechami – po szanghajsku.

3 myśli nt. „Hangzhou.

  1. witka

    Wspaniałą wycieczkę podrowałeś swojemu dziecku, napewno pozostanie w pamięci. Jak zwykle czytałam z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy(w sensie pozytywnym).
    Pozdrawiam i życzę równie udanych i ekscytujących kolejnych wycieczek z pozostałymi dziećmi:)

  2. Malgosia

    Po przeczytaniu kolejnych odcinkow z wojazy Taty i Corki po Chinach, pragne pogratulowac pomyslu Cory, kreatywnosci i wytrwania was obojga i swietnego sprawozdania. Chiny jakby sie zblizyly tu, do nas.
    usciski
    Malgosia

  3. Swojak Autor wpisu

    Witko, fajnie, że wiernie zaglądasz do moich zapisków. Miło mi mieć takiego czytelnika.
    Malgosiu, dzięki za gratulacje. Przesyłam serdeczne pozdrowienia!

Możliwość komentowania jest wyłączona.