Spacerkiem po Szanghaju.

Prawie tydzień w Szanghaju dał nam próbkę tego co w Chinach ciekawe.
Było coś dla ciała, było trochę ciekawostek, zobaczyliśmy co nieco z życia duchowego oraz nawiązaliśmy odrobinę kontaktów społecznych.
Schodziliśmy Szanghaj we wszelkich kierunkach. Wielogodzinne spacery w ponad trzydziesto stopniowym upale były męczące. Lecz w ten sposób nasze stopy dotknęły przeróżnych zakątków miasta. Byliśmy zarówno w biednych, wąskich uliczkach pełnych mocno zapuszczonych knajpek i sklepów. Odwiedziliśmy też kilka domów towarowych i miejsc, gdzie ceny były skrojone na miarę bardzo bogatych klientów (co było też widać po rodzaju kupujących). Mimo przyjęcia do wiadomości przewodnikowych ostrzeżeń przed przestępcami, zauważyłem, iż Chińczycy pokojowo współegzystują. Obok bardzo ubogich domów widzieliśmy rezydencję z Porszem zaparkowanym przy krawężniku. Na drogach odnosi się wrażenie bałaganu, ale ludzie spokojnie reagują na otoczenie. Widziałem, jak hałaśliwe jednoślady lekko się uderzyły – przez nieuwagę lub ciasnotę na ulicy – obydwaj kierowcy ruszyli dalej bez cienia pretensji. Wszechobecne używanie klaksonu i ignorowanie pieszych na pasach robiło na mnie wrażenie zachowań agresywnych, ale w bezpośrednich kontaktach nie widziałem nerwowości. Nawet w zatłoczonym do granic mrowiska metrze ludzie byli spokojni. Wprawdzie zajęło mi parę dni zrozumienie tutejszego systemu wsiadania do wagonu, aby przestać mieszać na stacjach. Otóż – zgodnie z instrukcjami administracji metra – wysiadający wychodzą środkiem drzwi, a wsiadający wchodzą do wagonu z dwóch stron z brzegu drzwi. Działa to sprawnie, no może z wyjątkiem sytuacji, gdy niedoinformowani turyści – jak ja – zaburzają ten porządek.

Zaś po wyjściu z metra, na powierzchni ziemii, dostaliśmy między innymi próbkę tutejszego życia duchowego – odwiedziliśmy po jednej świątyni z głównych religii: taoistyczną, buddyjską i konfucjańską. Konfucjonizm to raczej pogranicze religii i filozofii. Lecz skoro Chińczycy uznają Konfucjusza za jednego z bogów i zanoszą do niego modły to powiedzmy, że konfucjonizm jest niemal trzecią główną religią.
(Choć spotkani przez nas wyznawcy konfucjonizmu twierdzili, że konfucjonizm wyznają zarówno buddyści, jak i taoiści, więc nie jest to tak do końca osobna, oddzielna religia.) Nie jest to jedyne zagmatwanie w tutejszym życiu duchowym, które i tak zdaje się być na odległym marginesie życia przeciętnego szanghajczyka.
Przy okazji nadmienię, że byliśmy również w katedrze katolickiej – była polecana jako ważna atrakcja turystyczna na mapie wydanej przez władze miasta. Faktycznie budynek jest imponujących rozmiarów, naszpikowany nowoczesną elektroniką audio-wizualną, a w jego sąsiedztwie stoi potężny i elegancki pałac biskupi. O ile mnie pamięć nie myli, to ma miejsce jakiś konflikt między chińskimi katolikami, a Watykanem. Przypuszczam, że katedra jest finansowana przez chińskie władze i pewno stąd jej miejsce na mapie turystycznej. Pomijając politykę powiem, że msza była bardzo ładna głównie z racji kilkudziesięcioosobowego chóru, który śpiewał przez całe nabożeństwo. Bariera językowa była zmniejszana przez wyświetlanie angielskiej wersji czytań na dużych ekranach (mimo, że przeważającą większość uczestników stanowiły osoby skośnookie).
Zostawmy temat bogów i ich ziemskiego personelu, a przejdźmy do naszych chińskich znajomych.
Bliżej poznaliśmy dwie Chinki, które mieszkały w naszym schronisku. Najpierw spotkaliśmy je w recepcji, gdy meldowały się w tym samym czasie co my. Potem wpadliśmy na siebie – innego dnia – na stacji metra. W końcu, innym razem, spotkaliśmy się w schroniskowej świetlicy i pogadaliśmy przez kilka godzin. W schronisku mieszkało kilkadziesiąt osób, ale wyraźnie było nam pisane poznać te dwie osoby: Snow i Shelly. Te angielskie imiona nie są rzecz jasna ich naturalnymi imionami. Tak jak większość Chińczyków mających kontakt z obcokrajowcami, na potrzeby społeczne, wybrały sobie zachodnie imiona jakie pasowały ich usposobieniu.
Przyjechały do Szanghaju na zakupy z pobliskiej prowincji Zhejiang. Zgodnie z zasadą, że każde ludzkie życie jest jak ciekawa powieść, tak i one wniosły trochę nowego światła w mój obraz Chin. Shelly pochodzi z wielodzietnej rodziny, ma – o ile pamiętam – trzy siostry. Opowiadała, że rodzice wykazali się sporym sprytem zakładając wielodzietną rodzinę. Gdy dowiedzieli się o liberalizacji polityki jednego dziecka, przeprowadzili się do regionu, gdzie można było mieć więcej potomstwa. Natomiast Snow to historia innego typu. Przed trzema miesiącami wyszła za mąż za młodego Anglika i we wrześniu przeprowadza się do Wielkiej Brytanii. Charakterystyczne były dla mnie jej obawy związane z zamieszkaniem w Europie. Otóż główną, poważną troską był jej brak talentów kulinarnych. Chińska kobieta ma zadbać o posiłki, a jedzenie jest bardzo ważnym elementem tutejszej kultury. Zatem jak ona sobie poradzi?! Wraz z S. uświadamialiśmy Snow, że europejscy mężowie są dużo mniej wrażliwi na punkcie posiłków w domu, czego przykładem miała być moja małżonka, a mama S., która od kilkunastu lat jest wspaniałą żoną i matką mimo sporej awersji do gotowania.
Znajomość z Shelly i Snow miała też konkretny wymiar. Przekonały nas do odwiedzenia stolicy swojej prowincji i jutro – ostatniego dnia naszego pobytu w Chinach – jedziemy pociągiem do Hangzhou oddalonego ok. 180 kilometrów od Szanghaju. Hangzhou słynie z malowniczego jeziora, górzystej okolicy i zabytków pamiętających dawną świetność miasta, które nawet krótko (w dwunastym wieku) pełniło rolę stolicy cesarstwa. Ponoć Marco Polo określił je mianem najpiękniejszego miasta świata.
Przy okazji będziemy mieli okazję przemierzyć kawałek chińskiej ziemi pociągiem. Przybyliśmy tu samolotem, odbyliśmy też wodną wycieczkę do delty Jangcy, jechaliśmy po mieście autobusem, a jutro czas na pociąg dalekobieżny! Obserwacjami z Hangzhou pewno podzielę się w kolejnym odcinku relacji z naszej wyprawy.