Wycieczka dla dziecka.

Już prawie południe. Siedzę w ogródku schroniska młodzieżowego, popijam herbatę. Za moimi plecami co kilka minut słyszę huk przejeżdżającego metra, a z pobliskiego skrzyżowania dolatuje jazgot klaksonów. Trąbi chyba większość kierowców, głównie ci na jednośladach.
Tak brzmi Szanghaj w wakacyjną niedzielę. Ktoś mówił, że na chińskich ulicach hałasują masy rowerzystów. To raczej nie dotyczy Szanghaju. Tutaj wszędzie widać niezliczony ogrom skuterów. Jest faktycznie trochę rowerów, ale skutery niepodzielnie dominują na drogach. Pewno zapytacie co mnie skłoniło do oglądania szanghajskich ulic?
Przyjechałem tu na tygodniowy urlop ze starszą córką.
Od jakiegoś czasu dzieci domagały się wyjazdu na inny kontynent. Ja najchętniej spędzam wakacje, gdzieś na polskim odludziu, ale rozumiem, że moje latorośle potrzebują doświadczyć odmienności.
Zainspirowany pomysłem znajomej nowozelandki, ustaliłem z rodziną, że po ukończeniu trzynastu lat każde dziecko wybierze sobie miejsce wyjazdu i rodzica, który będzie mu towarzyszył. Zaś my, na miarę możliwości, spełnimy to życzenie.
S., jako najstarsze dziecko, pierwsza skorzystała z okazji. Po namyśle zdecydowała się na Chiny w asyście taty.
Znalazłem bardzo korzystną ofertę lotu do Szanghaju i widzę, iż całe przedsięwzięcie powinno zamknąć się poniżej sześciu tysięcy złotych.
Są to koszty w zasięgu naszego budżetu domowego.
Zaintersowanych szczegółami organizacyjnymi chętnie zapoznam z detalami. Samolot znalazłem na stronie swiss.com. Cierpliwie zapodawałem w ich wyszukiwarce zapytania o połączenia z Chinami, aż znalazłem lot z Warszawy przez Zurych do Szanghaju za kwotę ok. 1800 PLN od osoby. Była to specjalna taryfa w ramach opcji Economy Saver. Czyli po zakupieniu biletu nie ma żadnej możliwości zmiany lub anulowania podróży. Wobec tego na lot poszło ok. 3600 PLN. Nocleg mamy w schronisku, gdzie za pokój dwuosobowy z piętrowym łóżkiem i zbiorową łazienką zapłaciliśmy ok. 500 PLN (za cały tydzień). Do tego doszły koszty wiz: 490 PLN, ubezpieczenie medyczne ok. 90 PLN oraz ok. 1000 PLN na jedzenie, bilety do muzeów i transport na miejscu. Ta ostatnia pozycja jest oczywiście zależna od osobistych preferencji i dyscypliny budżetowej. Bowiem na  lunch dla dwóch osób raz wydajemy 85 PLN, a innym razem 10 PLN (w obydwu przypadkach w czystych lokalach, lecz o innej klasie i innym menu). Za śniadania płacimy albo 20 PLN za dwa zestawy śniadaniowe w schronisku lub jemy w tym samym schronisku płatki z jogurtem kupione w supermarkecie. Podróżujemy po mieście metrem. Sporo też przemierzamy pieszo. Czyli praktykujemy turystykę dla amatorów stosunkowo niedrogiego oglądania świata.

Lecz „nie samym chlebem żyje człowiek”, więc przejdźmy do opisu kilku wrażeń z półmetka wyjazdu. Już sam początek okazał się szczęśliwy. Z jakiś bliżej mi nie znanych powodów Swiss dał nam miejsca do Szanghaju w klasie biznes. Pierwotnie myślałem, że to pomyłka i ostatecznie wylądujemy w ciasnych fotelach, za które zapłaciliśmy kupując bilety. Jednak gdy już siedzieliśmy na bardzo wygodnych miejscach i doświadczaliśmy luksusów, było oczywiste, że tak już zostanie, aż do lądowania w Chinach. S. była zachwycona mając pierwszy raz okazję spać w wygodnym łóżku lecąc na kilku tysiącach metrów.
Po wylądowaniu wsiedliśmy do szybkiej kolejki Maglev, która łączy lotnisko z miastem pędząc ponad 300 km/h (w godzinach po południowych jeździ jeszcze szybciej: ponad 400 km/h).
Głównym zaskoczeniem klimatycznym dla S. był szanghajski upał. Tutejsza temperatura ok. 30 stopni jest odczuwalna jak kilka stopni więcej z powodu wilgotności powietrza.
Mimo gorących dni, zwiedzamy atrakcje turystyczne największego miasta Chin o czym pewno wspomnę w kolejnym blogowym tekście.