Stworzone przez inżynierów dla inżynierów.

Nad Atlantykiem rozbił się samolot pasażerski. Zginęło ponad dwieście osób. Trwają analizy i spekulacje na temat przyczyn, które rzuciły metalowym kolosem o taflę oceanu. Jedną z hipotez jest błąd systemu przekazującego pilotom informacje o prędkości maszyny. Przy okazji medialnych debat dotarła do mnie wypowiedź doświadczonego pilota, który krytycznie wypowiedział się o naszpikowaniu samolotów elektroniką. Mówił, że współczesne Airbusy są tak skomputeryzowane, iż pilot nie czuje maszyny. Z rozrzewnieniem wspominał Boeinga 747, gdzie ręcznie przesuwał dźwignię przepustnicy, a pilot czuł reakcję maszyny, gdy przemieszczał wajchę. Zaś najnowsze Airbusy zostały, jego zdaniem, stworzone przez inżynierów dla inżynierów, a niekoniecznie dla pilotów.

Była to dla mnie symptomatyczna ocena. Elektronika i komputeryzacja są bardzo powszechne. Temat jest dużo obszerniejszy niż lotnictwo. Podobnie do twierdzeń pilota brzmiały opowieści mojego afrykańskiego kolegi, który rekreacyjnie przemierza samochodem bezludne połacie czarnego lądu. W jego głosie słyszałem rezonans tego co powiedział pilot o Airbusach. Mój kolega kupuje na wyprawy stare Land Rovery, które nie mają ani jednego elementu elektronicznego. Na wypadek awarii potrafi rozebrać i na nowo złożyć każdy kawałek maszyny.

Pewno wyczuwacie między linijkami tekstu szczyptę sceptycyzmu wobec komputeryzacji.
Faktycznie mam coś do powiedzenia na ten temat. Od kilkunastu lat moi koledzy z pracy to głównie osoby utrzymujące się z pisania kodu komputerowego. Zaś moje spojrzenie na technologię jest pewno trochę obciążone studiami psychologicznymi.

Z jednej strony, dość swobodnie korzystam z dobrodziejstw elektroniki użytkowej. Niniejszy tekst piszę na kieszonkowym komputerze rozmiarów telefonu komórkowego (zresztą to urządzenie o mocy obliczeniowej dawnych komputerów jest sprzedawane jako telefon, a ściślej: „smartphone”). Do miejsca, w którym jestem dojechałem samochodem, którego komputer odczytuje nawet poziom płynu do szyb. Zaś trafiłem tutaj przy pomocy kieszonkowej mapy, która jest odbiornikiem sygnałów radiowych wysyłanych przez amerykańskie satelity wojskowe. Co więcej, gotowy tekst tego artykułu został zapisany na dysku komputera znajdującego się na innym kontynencie, bo akurat tam internetowa oferta handlowa była dla mnie atrakcyjna.

Właśnie ja, kiedyś żartobliwie nazywany „inspektorem gadżetem”, dochodzę do przekonania, że nadszedł czas zadać sobie pytanie, gdzie komputery są koniecznością, a gdzie są stadnym odruchem komputeryzacji wszystkiego co nas otacza. Ponoć faszerowanie naszego życia mikroprocesorami ma na celu to by było nam łatwiej. Tutaj odwołam się do zasłyszanego powiedzenia, które uważam za niezwykle celne: „komputery zrobią to szybciej, ale z nimi zajmie nam to dużo więcej czasu”.

Moc obliczeniowa i wyuczalność maszyn są ogromne. Dzięki temu możemy przetworzyć nieprzebrane zasoby informacji. Tylko czy w każdej sytuacji potrzebujemy masy informacji? Czy w ostatecznym rachunku bilans jest opłacalny? Coraz częściej widzę, że nie jest! Nie chcę wyrokować w sprawie Airbusa 330, bo za wcześnie, aby uznać nadmierną komputeryzację za przyczynę katastrofy. Lecz na co dzień widzę przykłady zastosowań komputerów z wątpliwym dla mnie pożytkiem. Słyszałem opowieść o posiadaczu samochodu, którego samochód sam odpalił silnik, gdy kierowca był na zewnątrz. W miejsce tradycyjnego kluczyka do stacyjki auto miało system komputerowy działający z kartą chipową. Tylko po co?

Inny przykład pochodzi z pięknej Szwajcarii. Mieszańcy Zurychu płacą za bilety komunikacji miejskiej sporo więcej niż kilka lat temu. W Szwajcarii publiczne koszty są liczone i podawane z aptekarską dokładnością. Więc znajomi analizujący przyczyny podwyżek skonstatowali, że dopłacają za nowoczesny tabor i system informujący o idealnie dokładnym czasie przyjazdu najbliżego tramwaju. Czy chciałbym wydawać co miesiąc więcej na bilet tylko po to, aby jechać w bezszelestnym wagonie, a na przystanku mieć elektroniczny rozkład jazdy? Zdecydowanie wolałbym płacić mniej i jeździć całkiem porządnymi tramwajami, które wycofano mimo ich dobrej (ale zacofanej) kondycji technicznej.

Wracając na polskie podwórko przytoczę historię z naszej biurowej kuchni. Ustawiono w niej kuchenkę mikrofalową z niezwykle rozbudowaną obsługą. Wiele funkcji było zaprogramowanych w systemie komputerowym urządzenia. Przed podgrzaniem potrawy należało wywołać odpowiednie funkcje. To była moja zmora. Nie potrafiłem zapamiętać jak podgrzać talerz jedzenia. Po jakimś czasie przenosiłem zespół informatyków do nowego budynku, gdzie urządzałem także kuchnię. Przed przeprowadzką przyszedł do mnie jeden z doświadczonych programistów i nalegał, abym kupił kuchenkę, która ma tylko i wyłącznie dwa mechaniczne pokrętła: jedno do regulacji mocy, a drugie do czasu. Informatycy mieli już dość elektronicznego potworka, który był wprawdzie stworzony przez inżynierów, ale nie nadawał się nawet dla innych inżynierów.

Komputery zrewolucjonizowały świat. Dzięki internetowi wszyscy żyjemy w jednej informacyjnej wiosce. Cieszę się, że mogę korzystać z tych dobrodziejstw postępu. Lecz czasem mam ochotę postawić barierę, gdy widzę, że systemy komputerowe mają być dobrem samym w sobie, bez rozważania czy w ostatecznym rachunku faktycznie poprawią jakość życia ludzi, którym mają służyć.

6 myśli nt. „Stworzone przez inżynierów dla inżynierów.

  1. Stas

    Swojak,

    Od komputerow nie ma odwrotu. To jest fakt. To czy powinny one zostac uzyte w danym przypadku czy nie, tak, to jest dobre pytanie. Ja mysle ze lepiej to jednak zostawic prawu rynkowemu: niech odbiorca zadecyduje. Jesli jest bardziej efektywnie, to dlaczego nie? Ale tak, jest gdzies jakis limit…

    Jest inny aspekt komputeryzacji, bardzo wazny. Komputery sa uzwywane do coraz to bardziej odpowiedzialnych operacji. I tutaj trzeba sie zastanowic kto powinien odpowiadac za bledy; jak testowac zeby bledow nie bylo; jakie kary; itp. Po prostu, wieksza odpowiedzialnosc ponosza firmy stwarzajace programy.

    Komputery sie nie myla, myli sie program/programista, ktory mowi komputerowi co robic. 🙂

    -Stas

  2. Malgosia

    Swietne, Swojaku i jakze trafne obserwacje.

    Ja osobiscie mam straszne opory przed skomputeryzowana elektronika.
    Jak wiesz, nie znam sie na tym, nie rozumiem i nie potrafie sobie poradzic.
    Jednym z powodow dla ktorego nie znosze samochodow BMW jest ich przeogromnie rozbudowana elektronika, ktora doprowadzala mnie to rozpaczy: a to alarm wyl mi w nieskonczonosc, bo nie tak zamknelam czy otworzylam samochod, a to odmowil mi posluszenstwa bo zle ustawilam wylaczanie swiatel w srodku samochodu po wyjsciu z niego itp.
    Gdy zepsul sie jeden komponent, musialam dac auto do naprawy, bo nie chcial zapalic.

    Pare miesiecy temu kupilam sobie od dawna wymarzona lustrzanke cyfrowa i do tej pory nie moge sie jej nauczyc. Lata temu trzaskalam fotki z normalnje recznie ustawianej lustrzanki i bylam w tym swietna. Teraz moj skomputeryzowany Canon walczy ze mna gdy chce go recznie ustawiac. Najchetniej i najlatwiej pracuje na automatycznych ustawieniach, ale przeciez nie po to kupowalam taka droga zabawke 🙂

  3. zyjacynaziemi

    @Swojak: „Zdecydowanie wolałbym płacić mniej i jeździć całkiem porządnymi tramwajami, które wycofano mimo ich dobrej (ale zacofanej) kondycji technicznej.”

    Skąd wiesz, że wycofane tramwaje były całkiem porządne? Urządzenia też mają swój czas życia i od czasu do czasu trzeba je wymieniać, nawet jeśli z zewnątrz, okiem laika, wyglądają porządnie. Być może w tym wypadku taniej było kupić nową technologię niż reperować starą. A tablice z godzinami odjazdów to jest świetna sprawa – kto korzysta z tej formy komunikacji na co dzień, ten docenia. Dla mnie to jest jakość. Ale piszę to tylko tytułem wstępu.

    @Swojak: „Lecz czasem mam ochotę postawić barierę, gdy widzę, że systemy komputerowe mają być dobrem samym w sobie, bez rozważania czy w ostatecznym rachunku faktycznie poprawią jakość życia ludzi, którym mają służyć.”

    Nikt nigdy nie będzie w stanie przeprowadzić tego „ostatecznego rachunku”: za dużo kryteriów, częściowo obiektywnie niedefiniowalnych (co to znaczy i dla kogo „jakość”?), a nawet jeśli, to nie będzie w stanie tego globalnie wyegzekwować. Świat nigdy nie był i nie będzie w pełni „racjonalny” i „kontrolowalny” (a Twój post odbieram jako tęsknotę za owym). Ale czy to źle? Może gdyby tak było, to skroilibyśmy go na bardzo małą i krótkowzroczną miarę i nigdy nie wyszli z epoki kamienia? Przecież bez brązu i miedzi też dało się żyć!

    Patrząc z dystansu rozwój technologii tylko w jakiejś części służy poprawie jakości życia ludzi tu i teraz. Gdzieś w dużo głębszej warstwie jest wyrazem podświadomego dążenia do zachowania i rozmnożenia gatunku. Dzięki rozwojowi technologii może żyć na raz coraz więcej ludzi. Jakimś celem jest też na pewno rozprzestrzenienie się na inne planety (uwiązanie tylko do jednej jest bardzo ryzykowne, jedna mała katastrofa kosmiczna mogła by zakończyć naszą historię). Z tej perspektywy jesteśmy poniekąd beta-testerami technologii naszych pra-pra-pra…-wnuków, niezależnie, czy mamy tego świadomość, czy nie 🙂

  4. Swojak Autor wpisu

    Kochani, z zainteresowaniem i wdzięcznością przeczytałem dotychczasowe komentarze pod niniejszym artykułem. Czekam na dalsze teksty.

    Stasiu, o ile dobrze rozumiem Twoje stanowisko, to twierdzisz, że powinniśmy pozostawić sprawę ekspansji komputerów prawom wolnego rynku, zaś naszą aktywność skupić na procedurach kontroli jakości oprogramowania stosowanego w istotnych procesach.

    Też myślę, że powinniśmy być bardzo czujni podczas wdrażania systemów, od których może zależeć fizyczne bezpieczeństwo ludzi.

    Z tym wolnym rynkiem to pozwolę sobie na polemikę. Zapytam sarkastycznie: czy mógłbyś podać nazwę jednego państwa, gdzie rynek decyduje w sprawach wyboru technologii i kierunków rozwoju? Przypuszczam, że spontanicznie możemy odpowiedzieć: USA. Ja w to nie wierzę. Przykłady zaprzeczania prawom rynku możemy mnożyć. Np. USA wymyśliły technologię nawigacji satelitarnej bynajmniej nie z powodu potrzeby rynku, ale jako realizację aspiracji militarnych. Co więcej wiele innych bardzo istotnych finansowo decyzji jest podejmowanych nie przez rynek, ale przez osoby na pograniczu polityki i finansów. Doskonałym przykładem jest mamienie wolnorynkowych wyborców sloganem „Too big to fail” („Zbyt duży by upaść”) dla uzasadnienia przepompowywania miliardów dolarów z kieszeni podatników na konta prywatnych banków, którym rynek powiedział: bye bye. Zatem mogę się zgodzić z twierdzeniem, że w decyzje na temat zastosowań komputerów można się nie mieszać. Lecz nie wierzę, aby oznaczało to decyzje zapadające jako wynik równoważenia popytu przez innowacyjną podaż. Raczej uwierzę, że przy braku obywatelskiego zainteresowania osobiste ambicje wpływowych liderów doprowadzą do politycznych decyzji sfinansowanych przez masy podatników.

    Małgosiu, elektroniczne psikusy drogich samochodów są już elementem żartów w kulturze masowej. W jednym z odcinków mojego ulubionego serialu „39 i pół” bohater i jego żona zostali uwięzieni wewnątrz super nowoczesnego Audi po trzykrotnym pomyleniu kodu PIN.

    Żyjącynaziemi, poruszyłeś kilka wątków, które dały mi wiele do myślenia. Lubię dyskutować z Twoim stanowiskiem, bo wiem, iż postrzegamy świat pod nieco odmiennym kątem.

    Nowoczesne zurychskie tramwaje to był dla mnie przykład jak technologia podwyższa koszt realizacji codziennych potrzeb mieszkańców miasta. Jak rozumiem, podkreślasz aspekt korzyści jakie daje wygoda skomputeryzowanej komunikacji miejskiej. Ja podkreślam koszt takich gadżetów ponoszony przez użytkowników. Podobne przykłady możemy odnaleźć w innych miejscach na Ziemi. Zasada jest podobna: decydenci pakują nas w nowoczesne zabawki, a my płacimy za te fanaberie z własnej kieszeni.

    Odczytałeś w moim tekście tęsknotę za racjonalnością i kontrolowalnością wyborów cywilizacyjnych. Być może takie były moje motywy, których nie byłem świadom w chwili pisania artykułu. Świadom byłem natomiast chęci rozwijania świata, gdzie będziemy dla siebie dobrzy, gdzie będziemy pielęgnować indywidualną drogę każdej jednostki, gdzie wybór technologiczny będzie miał przede wszystkim na uwadze możliwość zrównoważonego rozwoju ludzi, którzy skorzystają z tych innowacji.

    Lecz wiem, że świat jest poligonem walki Dobra i Zła. Zatem motywy rozwoju technologii czasem mają diaboliczny wymiar. Te zmagania światła i ciemności toczą się przez całą historię naszego pobytu na Ziemi. Przykłady są na wyciągnięcie ręki. Kilkadziesiąt lat temu niemieccy faszyści uruchomili machinę wojenną. Masa pieniędzy poszła na iście szatański plan podboju świata. Zbudowano autostrady mające usprawnić przemieszczanie wojska, unowocześniono samoloty, aby mogły dźwigać ciężkie bomby, wiele uwagi poświęcono urządzeniom nawigacyjnym, aby celnie zabijać. Potem, gdy ustała zawierucha wojenna, ludzie z radością korzystają z autostrad, aby odwiedzić przyjaciół w innych regionach; samoloty przenoszą towary między odległymi lotniskami, a coraz doskonalsze metody nawigacji pozwalają latać i lądować bezpiecznie. Człowiek w swej wolności decyduje, czy podporządkuje swoją innowacyjność pielęgnowaniu życia i rozwoju osobowego, czy też skupi się na zadawaniu bólu i niszczeniu.

    Inżynieria jest w tym kontekście chyba tylko elementem większej układanki. Ludzka ewolucja przebiega w kilku wymiarach. Ewoluuje nasz świat fizyczny, intelektualny, społeczny i duchowy. Te wymiary są nierozerwalnie związane, stanowią holistyczną całość. Czy jesteśmy beta-testerami rozwiązań dla potomnych? Myślę, że jest to racja przy założeniu, iż patrzymy na siebie jak na ogniwo w łańcuchu ewolucyjnym. Jesteśmy potomkami dawnych inżynierów, polityków, mędrców i kapłanów. Mamy przetrawić i wznieść te dawne prawdy na nowy poziom, aby nasze dzieci i wnuki wzniosły je jeszcze dalej. Czy doprowadzi to do fizycznego zamieszkania na innych planetach, czy też akcent będzie położony na astralne wędrówki tego pewno się nie dowiemy w tym pokoleniu.

    Zaś problem przeludnienia Ziemi może się sam rozwiązać i to stosunkowo szybko. Jesteśmy wielkim ekosystemem i moim zdaniem znajdzie on rozwiązanie na przywrócenie równowagi. Lecz tu już wkraczamy w wątki odległe komputerom i inżynierom. Zatem kończąc tą polemikę chcę zadedykować inżynierom benedyktyńskie zawołanie: ora et labora! (módl się i pracuj!). Wierzę, że medytacja nad swoją rolą w globalnej ewolucji może dać inżynierom nowy wgląd w to gdzie i po co potrzebne są innowacje.

  5. Witka

    Fajnie jest podyskutować z Wami, więć i ja swoje pięć groszy dołożę.
    Zapewne komputery i nowe technologie to wielkie dobrodziejstwo dla ludzkości, do której szybko przyzwyczajamy się i efekcie zapominamy jak odczytać zwykły rozkład jazdy, sugestywnie wmawiając sobie, iż to napewno nie wtórny analfabetyzm (no cóż czasmi trzeba sobie pożartować).
    Mnie samej taka nowoczesna komunikacja nie przeszkadza, a wręcz ułatwia życie.
    W medycynie, gdzie często posługujemy się skomputeryzowaną aparturą medyczną od defibrylatorów, spirometrów, elektrokardiografów itd. zdaję sobie sprawę, iż bez ingerencji człowieka są niestety bezużytecznym złomem. Znane są przecież historie apartur, często drogich, i w pewien sposób bezużytecznych z powodu braku wyspecjalizowanej i przeszkolonej kadry medycznej do obsługi takiej maszyny.
    Cóż można by mnożyć przykłady, jedno jest pewne komputery są i będą częścią naszego życia, czy tego chcemy czy nie, już przed tym nie uciekniemy, powołaliśmy je do życia by nam służyły i oby była to służba dla dobra ludzkości.

  6. Swojak Autor wpisu

    W „The Christian Science Monitor” pojawił się artykuł pod tytułem „Flight computers at heart of Air France crash?” („Computery pokładowe sercem wypadku Air France?”)
    http://www.csmonitor.com/2009/0617/p02s04-usgn.html
    Czytelnikom znającym angielski serdecznie polecam przeczytanie całej publikacji. Myślę, że tekst dobrze uzupełnia komentarze w moim blogu.
    Oś dyskusji jest w punkcie, gdzie komputery powinny przejąć kontrolę nad sytuacją i uniemożliwić pilotom popełnienia fatalnego w skutkach błędu. Założenia konstruktorów są chwalebne: system komputerowy ma uchronić pasażerów przed ewentualną nieodpowiedzialną decyzją kapitana. Tylko, że „…if the computers have bad information because of an electronic anomaly or because of nature (say, the Pitot tubes are frozen and sending bad information), these built-in protections are activated immediately, and they can make it difficult for the pilot to control the plane.” [„…jeśli komputery otrzymują błędne informacje z powodu anomalii elektronicznej lub warunków naturalnych (powiedzmy rurki Pitota są zamrożone i wysyłają błędne informacje), wtedy te wbudowane metody ochrony natychmiast się uruchamiają i mogą sprawić pilotowi trudności w panowaniu nad samolotem.”].
    Potraktuję to jako wyzwanie dla Witki, która podała nam przykłady urządzeń komputerowych, które bez człowieka są „bezużytecznym złomem”. Tutaj sytuacja zostaje odwrócona. Człowiek zostaje odcięty od wpływu na sytuację, bo jego zachowanie zostaje odczytane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa systemu. Wygląda na to, że życie dopisuje ciąg dalszy przygód Pilota Pirxa. Czytaliście Lema? W jednej z międzyplanetarnych podróży Pirx musiał przechytrzyć komputery, które przejęły kontrolę nad statkiem kosmicznym i realizowały zgubny scenariusz. Komputery były tam zupełnie niewinne – zostały zaprogramowane, aby uratować statek; wobec tego w dramatycznej sytuacji wypracowały takie rozwiązanie, które wyprowadziłoby statek z opresji za cenę śmierci personelu pokładowego. Pirx miał rozwiązanie, które uratowało także ludzi, ale przed jego wprowadzeniem musiał obezwładnić komputery traktujące go jak niebezpiecznego szkodnika.
    Niektóre opowieści pilotów Airbusów żywo przypominają historie Pilota Pirxa. Pilot jest świadkiem jak komputery źle oceniają sytuację wydaje sprzętowi zgubne polecenia, wtedy człowiek koncentruje swoją uwagę na znalezieniu sposobu obejścia procedur, aby przechytrzyć komputery.
    Nie wiemy czy tak przebiegał dramat lotu 447, ale wiemy, że tak wyglądały przygody innych pilotów w mocno skomputeryzowanych maszynach.

Możliwość komentowania jest wyłączona.