Świat się kończy, Świat się zaczyna.

Czytając wypowiedzi ekonomistów i oglądając materiały na bloomberg.com mam mocne przeświadczenie, że kończy się jakiś etap naszej cywilizacji. Z grubsza zdaję sobie sprawę z tego co się kończy, lecz chyba nikt nie ma pojęcia jak będzie wyglądał świat, który powstanie na gruzach starego porządku.

Co więcej, wiele wskazuje na to, że upadek będzie trwał długo, a nowy układ będzie się stopniowo umacniał w miarę pogłębiania zapaści w „starym świecie”.

Nieodmiennie jestem dobrej myśli na temat przyszłości Polski. Myślę, że to co upada dotyczy nas tylko pośrednio. Pozwólcie, że rozwinę powyższą myśl.

Otóż mamy na świecie katastrofalną sytuację banków. W dwudziestym wieku wypromowano styl życia na kredyt. Banki uwielbiały ludzi zadłużonych. Człowiek oszczędny i wydający mniej niż zarabia był podejrzanym typem. Pamiętam jak przed ośmiu laty znajomy Australijczyk opowiadał, że będąc już w średnim wieku poszedł do banku po kredyt w związku z rozpoczęciem działalności gospodarczej. Pochodził z porządnej protestanckiej rodziny, gdzie wydawano tylko to co zarobiono. W banku koniecznie chcieli, aby wykazał się swoją historią kredytową. Kiepsko i nieufnie przyjęli jego deklarację, że nigdy nie brał kredytu. Po przejściu bolesnej procedury dostał niewielki kredyt. Pozostało mu poczucie, że uczyniono dla niego jakiś wyjątek, bo cała jego historia słabo wyglądała w oczach bankowców. Już jako kredytobiorca zaczął dostawać kartki świąteczne i drobne upominki od banku. Był zadłużony, więc bank go lubił. Po spłaceniu pierwszego kredytu poszedł po następny, większy. Tym razem bez problemu dostał to co chciał. Kwota była poważna, więc zaczęto go zapraszać na imprezy organizowane dla ważnych klientów. Im bardziej się zadłużał tym lepiej i z większym namaszczeniem był traktowany. Ta historia daje do myślenia nad konstrukcją mechanizmów kredytowych.

Ogólnie w całym świecie zachodnim gra w życie na kredyt była świetną zabawą dla większości jej uczestników. Wydawało się, że gramy na wysokich obrotach wciąż będąc w bezpiecznym układzie.

Banki były faktycznym właścicielem dóbr używanych przez klientów, a jednocześnie klienci oddawali bankom każdy zarobiony grosz spłacając ogromne odsetki i kawałek swojego zadłużenia. Klienci wprowadzali się do coraz droższych domów, których nigdy nie zamierzali spłacić. Banki były z tego faktu zadowolone, bo coraz większa część dochodów rodzinnych szła na spłatę odsetek. W razie wyprowadzki rodziny, bank i tak był w stanie zaoferować ten sam dom innej rodzinie, bo w międzyczasie cena nieruchomości wzrosła i poprzedni kredytobiorca zwrócił dom o wartości dużo wyższej niż kiedyś nabył.

Nieruchomości to tylko jeden wycinek rzeczywistości. Codzienna konsumpcja też była niebezpieczną jazdą na kredyt. Upadek tej zabawy właśnie śledzimy na łamach prasy i na ekranach swoich monitorów.

 

W naszej zaściankowej Polsce byliśmy zbyt zacofani, obieg informacji międzybankowej był upośledzony, a ludzie ekonomicznie analfabetyczni, aby banki mogły beztrosko sprzedawać kredyty. Większość ludzi żyje skromnie i wielu używa słowa „zarobić”, np. zarobić na nowy samochód, zarobić na wakacje itd. Odróżnia ich to od amerykańskiego „wziąć na kredyt”.

Rzecz jasna świat ma też swoje światłocienie. Tak jak w USA jest trochę oszczędnych mieszkańców, tak też w Polsce bywają rodziny zadłużone pod sam sufit. Lecz w ogólnym bilansie widzę w Polsce zupełnie zdrowe podejście do życia.

Wprawdzie, jak to przystało na kraj na dorobku, mamy swoich nowobogackich demonstracyjnie obnoszących się z przedmiotami, które kupili. Lecz chyba trudno nawet mówić w tym przypadku o „nowobogactwie”, bo to często są kierownicy na dobrze opłacanych stanowiskach, którzy czują sens życia w wystawnym stylu bycia. To zwykle nie są ludzie bogaci, bo za takich uważam osoby posiadające wolność finansową – czyli takie które nie mają ekonomicznego przymusu pracy. Ci nasi nadwiślańscy nadmiarowi konsumenci zasuwają od rana do nocy w cudzych firmach, otrzymując pod koniec miesiąca swoją zapłatę, z której pokrywają swoje szalone rachunki. Czy to wygląda na styl życia osoby bogatej? Moim zdaniem jest to takie samo niewolnictwo, jak niewolnictwo pracownika przy taśmie produkcyjnej otrzymującego tysiąc złotych miesięcznie. Różnicę widzę w tym, że dobry pracownik fizyczny będzie nam zawsze potrzebny, a najemni kierownicy niezaangażowani bezpośrednio w dostarczanie produktów lub usług zostaną chyba w pierwszej linii sprowadzeni do parteru przez kryzys. Ktoś prorokował, że w Polsce kryzys uderzy właśnie w nieprodukcyjną kadrę kierowniczą.

Jeśli miałoby się tak stać to może wiele osób odzyska balans w swoim życiu. Może zaczną myśleć o pracy, którą będą robić z radością i zgodnie ze swoimi talentami. Każdy z nas ma unikalne talenty, których nie ma nikt inny na Ziemi. Ich rozwijanie przynosi radość i sukces. Lecz przywiązanie do konsumpcji blokuje rozwój. Ostatnio spotkałem kolegę, który szuka pracy. Znamy się od kilkunastu lat. Kiedyś był dyrektorem w jednej z największych firm związanych z mediami, potem pracował na stanowiskach kierowniczych w różnych miejscach. Nigdzie nie miał szczęścia na dobre zagrzać miejsca. Dobry, ciepły facet, który nie pasuje do wizerunku drapieżnego szefa. Jego pasją jest astrologia. Jako astrolog mógłby brać 100-200 złotych za godzinę konsultacji. Dlaczego zatem desperacko szuka pracy jako dyrektor zamiast żyć z tego co lubi robić? Otóż jednym z istotnych powodów jest to, że taki poziom dochodów jest zbyt niski. Czyli zakładając cztery konsultacje dziennie po 150 złotych przez 20 dni w miesiącu daje to 12000 złotych brutto. Po opłaceniu podatku zostaje ponad dziewięć tysięcy złotych. Zamiast być najlepszym w Polsce astrologiem chce być bardzo przeciętnym dyrektorem, aby mieć dochody zapewniające wysoki status społeczny.

Z mojego punktu widzenia jest to dramat przywiązania do drogich zakupów.

Recesja ma szansę sprowadzić wielu ludzi na wspólny mianownik finansowy. Zaś z tego punktu wielu otrzyma drugą szansę na zbudowanie swojego życia zgodnie ze swoimi talentami dając sobie szansę na wielkie sukcesy i radość życia. Czyli zadyszka w gospodarce może być ciekawą okazją do przewartościowania życia. Tak to widzę w skali indywidualnej. W skali globalnej obraz wydaje się niesamowity. Sądzę, że Ameryka już nigdy nie powróci do swojej dwudziestowiecznej potęgi. Pewno ich gospodarka będzie szła odrobinę w górę i potem trochę w dół, a potem znowu w górę itd. czyli normalnie jak to w cyklach gospodarczych. Jednak te wzrosty będą mniejsze niż spadki, tak, że koniec końców będzie widać regularny długofalowy spadek amerykańskiej siły. Uważam, że kończy się porządek świata zdominowanego przez USA. Nie wiem kto zajmie miejsce amerykanów i będzie rósł w siłę. Nie wiem w jakiej walucie będziemy się rozliczać za kilkadziesiąt lat. Nie wiem jakie sektory gospodarki będą dominować. Bez wątpienia będzie to świat, gdzie ludzie po raz kolejny będą musieli sobie zadać pytanie po co żyją i co jest dla nich najważniejsze.

Jim Rogers, 66. letni bogaty amerykański inwestor, absolwent Yale i Oxfordu, który niedawno przeniósł się do Singapuru, stwierdził iż będzie odradzał swoim dzieciom pomysłów na studia MBA, jeśli takowe wpadłyby im kiedyś do głów. Na pytanie dziennikarza co zatem warto studiować odparł: „Tell them to be a farmer and do a real job.” („Powiedz im, aby zostały rolnikiem i wykonywały jakąś konkretną, realną pracę.”). Zażartował też z dziennikarza radząc mu, aby sam został rolnikiem.

Czy świat dojdzie do takiego ekstremum, że tylko praca na roli, posiadanie towarów, surowców naturalnych i źródeł energii będą dawać szansę na przeżycie? Może się i tak zdarzyć. Tak jak pisałem na początku tego tekstu, uważam, że przyszłość świata jest wielką niewiadomą.

Moim zdaniem warto żyć porządnie, robić to w czym jesteśmy dobrzy, wypracować w swoich rodzinach umiejętności skromnego życia i odnajdywać radość w tym, że są wokół nas inni ludzie. Bez względu na rozwój wypadków taki „pakiet przetrwaniowy” wydaje się być dobrym fundamentem na nowy początek świata.

9 myśli nt. „Świat się kończy, Świat się zaczyna.

  1. Witka

    Też mam takie wrażenie, że nastawienie ludzkości na konsupcyjny styl życia musi wkońcu dobiec końca tym bardziej, iż zbliżamy się do 2012 rou „ery wodnika”, wyczerpująco opisywanej przez ezoteryków jako koniec świata iluzji. I to mnie bardzo cieszy, bo tak po głębokim zastanowieniu zapewne wiele ludzi stwierdzi , że to nie mój świat i ta kręcąca się machina w której wielu z nas utkneło to jakiś bezsensowny matrix. Mam szczęście, że w porę się przebudziłam i z optymizmem patrzę w przeszłość odnajdując w sobie całą gamę talentów, skrzetnie kiedyś zakopanych. I oczywiście z wielką ciekawością przeczytałam optymizmem przesiąkniety Twój tekst Swojaku:)

  2. Swojak Autor wpisu

    Kosmito, jeśli jesteś tym jednym człowiekiem, któremu mój wpis poprawił poranek to już wiem, iż warto było przelać moje myśli na ekran!
    Witka, jak widzę Twój kolejny komentarz i go czytam, to czuję, że taki delikatny powiew ciepła i świeżego powietrza zagościł w komentarzach. Dzięki za Twoje słowa. Podobnie jak Ty chcę mieć oczy szeroko otwarte i kombinuję jak przekształcać swój matrix w twórcze życie.

  3. Barbara

    hmmm. żyć porządnie? to chyba każdy z nas czuje jak należy. Pan Bartoszewski nawet napisał o tym książkę, przekonując , że warto żyć porządnie. Ale ja nie o tym chciałam. Napisałeś. „warto róbić to w czym jesteśmy dobrzy”?
    Chciałam zapytać, co robić gdy nie jesteśmy w niczym, aż tak dobrzy. Po prostu jesteśmy przeciętni. Co zatem robić? Wiele ludzi nie odnajduje tego w czym mogli by „robić ” tak, by powiedzieć , że robią to d o b r z e. Nie wiedzą co robią dobrze. To jest dylemat wielu ludzi.
    pozdro B.

  4. Witka

    Jeśli moge coś Barbaro napisać od siebie, to widze to w ten sposób, że każdy człowiek na 100% ma jakes talenty i to jest radość, smutniejsze natomiast jest to, iż wiele osób nie zdąży odkryć swoich potencjałów twórczych ma związek z ograniczeniami. Dlatego trzeba sprawdzać się na różne sposoby w wielu dziedzinach, by wreszcie odkryć je. Myślę, że to jak napisałaś, „iż ludzie nie wiedzą co robią dobrze” bierze się własnie z ograniczeń. Bo ileż mogłoby powstać piosenek, obrazów, utworów literackich, które nigdy nie ujrzały światła dziennego……
    Pozatym jest wiele sposobów upewnienia się w tym, naprawdę. Jeśli ktoś zprojektował sobie w podświadomości formułkę” jestem przecietny” to tak ma.
    Pozdrawiam serdecznie

  5. Swojak Autor wpisu

    Barbaro i Witko, myślę, że to odkrywanie swojej nieprzeciętności jest wielkim wyzwaniem. Ostatnio zastanawiałem się nad tym i widzę duże potrzeby, a zarazem możliwości. Dyskutujemy jako dorośli. Mówimy, że wielu nie ma pojęcia w czym są dobrzy. Co więcej konkludują oni sprawę zwieszeniem nosa i stwierdzeniem: „Jestem po prostu przeciętny.” Trochę to przygnębiające, ale nie mam zamiaru przewracać do góry nogami świata ludziom, którzy ułożyli sobie życie, dokonali w nim wyborów swojej drogi i pewno mają poczucie bezpieczeństwa w swojej przeciętności.
    Lecz podobne słowa słyszę też od młodzieży. W takiej sytuacji ciarki chodzą mi po plecach. Jak masz kilkanaście lat to konkluzja „jestem przecięta” brzmi jak przekleństwo, które może faktycznie sprowadzić Twoje życie do przeciętności. Zatem o ile dorosłym mówię, że każdy z nas jest wyjątkowy i ma szansę odegrania swojej niepowtarzalnej roli na Ziemi, o tyle młodzieży mówię, iż mają obowiązek odnalezienia swojej wyjątkowości. Bowiem dorośli, bez względu na wiek mają możliwość rozpocząć na nowo, ale może ich to kosztować sporo zamieszania w najbliższym otoczeniu. Natomiast młodzież ma do zapełnienia pustą kartę swojego życia i tutaj ucieczka w przeciętność jest niedopuszczalna. Taka ucieczka jest leniwym wyrzekaniem się swoich darów losu w imię pozornej spójności z otoczeniem. Młody człowiek odkrywający swoją wyjątkowość nie ma niemal nic do stracenia, a ma całe życie do wygrania!
    Mam kilka pomysłów co z tym zrobić i jak ułatwić młodzieży odkrywanie talentów. Jak projekt będzie bardziej zaawansowany to podzielę się szczegółami na łamach tego blogu.

  6. Witka

    Swojaku, wchodząc na ciekawy i nurtujący mnie temat, mam przeczucie, że cos interesujacego z tego wyniknie, myśle tu o Twoim projekcie.
    Popieram Twoje zdanie o bierności ludzi odnośnie wyborów, czasmi lepiej płynąc z pradem nią pod prąd, skłamałabym jeśli powiedziałaby, iz to mnie wzupełności nie odtyczy. Ludzie bojąc się rewolucji w swoim życiu wolą żyć w stagnacji, mając przysłowiowy domek z ogródkiem.
    Lecz mam nadzieję, że wielu ludzi jako świadomi rodzice staraja się podbudowywać i dopingowac swoje dzieci w wyborach odkrywania licznych talentów, nawet kosztem ostrej krytyki osób z zewnątrz uważających te wybory za absurdalne i nierealistyczne. Mam tu na myśli moją córkę, która chce zostać aktorką. W przekonaniu niektórych dorosłych to zawód dla wybranych nie rokujący sukcesu i nie djący poczucia stabilizacji. I cóż z tego, dlaczego tym wybrańcem nie może być ona. Dlatego polanuję być jak zapalnik by rozniecić tę iskrę.
    Młodzież ma tyle potencjałów i mozliwości, których( myślę o sobie) moje pokolenie nie miało, dlatego wierzę w nich z całego serca.

  7. Krzysiek

    Swojaku, całkowicie nie podzielam Twojego przeświadczenia o końcu, upadku i gruzach. Jak na razie w codziennym życiu trudno nawet zaobserwować jakiekolwiek symptomy tego domniemanego kryzysu, który miałby ewentualnie zakończyć cywilizację jaką znamy.

    Wydaje mi się też myśleniem mocno życzeniowym teza, że ewentualny prawdziwy kryzys miałby magicznie pomóc ludziom w rozwijaniu talentów. Myślę, że nasza aktualna cywilizacja daje pełne możliwości w tym względzie już teraz, jeśli tylko ktoś chce (i bardziej mam tutaj na myśli USA, Europę Zachodnią i Japonię niż Polskę, gdzie jak wiadomo rynek pracy nie jest rozwinięty i pewne zawody i branże po prostu nie istnieją).

    Zgadzam się natomiast, że odkrywanie talentów jest wyzwaniem i poniekąd ciężką pracą. Właśnie w Stanach coraz bardziej popularne stają się usługi tzw. „life coaches” („trenerów życia”?) – ludzi, którzy pomagają innym wyznaczać i realizować w życiu cele. Moim zdaniem ciekawa i przydatna inicjatywa.

  8. Swojak Autor wpisu

    Krzyśku, dzięki za tknięcie optymistycznym spojrzeniem na los świata zachodniego. Uważam, że sytuacja jest tak niepewna, że każda opinia na temat przyszłości jest kwestionowalna w podobnym stopniu. Mnie jednak bliżej, niż do Twojej oceny sytuacji, do oceny, którą znalazłem w FT: „…Jeśli jednak do głosu dojdzie globalna stagflacja, a takiego właśnie scenariusza oczekuję, zmusi to Chiny do przyspieszenia reform i uwolnienia swojej waluty w celu stworzenia pojedynczego, niezależnego i rynkowego systemu finansowego. Kiedy to się uda, dolar upadnie.”
    http://ft.onet.pl/11,26283,dolar_upadnie__kiedy_chiny_straca_w_niego_wiare,artykul.html
    Moim zdaniem na amerykańskim megaekranie zobaczymy wielki napis „Game Over!” – dla mnie jest to tylko pytanie czy sam to zobaczę, czy zobaczą to moje dzieci. W końcu Cesarstwo Rzymskie też potrzebowało trochę czasu nim stało się zbiorem zabytków.

    Zaś odnosząc się do Twoich wątpliwości o „magicznej pomocy” kryzysu, powiem, że uważam poziom różnić w standardzie życia jakie istnieją w różnych grupach społecznych w Polsce za zjawisko niezdrowe. Zatem moim zdaniem to nie talenty mają być rozwinięte w kryzysie lecz międzyludzka solidarność. Czy jest to myślenie życzeniowe? Pewno tak, bo chcę widzieć jaśniejszą stronę medalu, a sytuacje ekstremalne wydobywają z ludzi to co najlepsze i to co najgorsze. Zatem obok pięknych zachowań zobaczymy też trochę rzeczy, o których ich sprawcy będą chcieli niezwłocznie zapomnieć.

    Moim zdaniem coaching jest popularny w USA, bo jest świetnie zgrany z amerykańskim podejściem do życia. Społeczeństwo stworzone na pustyni nadal trwa przy swoim założeniu, że jak chcesz mieć dobre życie to je sobie stwórz. Jest to świetny sposób, aby zmierzyć się z wyzwaniami i dopiąć swego. Niewątpliwie przyda się w tym przewodnik jeśli możesz sobie na niego pozwolić (albo firma opłaci Ci executive coacha). W moim odczuciu Amerykanie przekroczyli swój Rubikon w momencie, gdy poza samodzielnym urządzaniem swojego domu uznali, iż są stworzeni do urządzenia domów wszystkich ludzi na świecie. Potem już tylko krok do przeświadczenia, że ich rolą jest konsumpcja na rachunek całego świata, który za swoje produkty dostanie papierki drukowane w Waszyngtonie.

    Chętnie korzystam z dorobku Amerykanów. Uważam, że z ich metod coachingu można przenieść na nasz grunt wiele fantastycznych rozwiązań. Jak już rozwiniemy nasze orle skrzydła to będę trzymał kciuki, abyśmy nie ogłosili się narodem wybranym, który narzuci ludzkości swoje rozumienie wartościowego życia.

Możliwość komentowania jest wyłączona.