Złoto na ciężkie czasy.

Ubiegłotygodniowe spotkanie z kolegą S. było dla mnie ekonomicznym zimnym prysznicem. Kolega żyje spokojnie, pogodnie i wydaje się być daleki od rozgorączkowania tłumu komentatorów podekscytowanych sytuacją gospodarczą.

Co ciekawe zachowuje zimną krew, mimo że jego podstawowym źródłem utrzymania jest inwestowanie na rynkach kapitałowych. Gdy nasza rozmowa zeszła na temat gospodarki amerykańskiej S. rzeczowo odparł, że jego zdaniem czeka nas praktyczny upadek amerykańskiego rynku, co pociągnie za sobą dramatyczną sytuację społeczną. Po spotkaniu przysłał mi kilka linków do stron, które radził odwiedzić. Był tam m.in. wywiad z Geraldem Celente, który wieszczy zamieszki uliczne w amerykańskich miastach jeszcze w tym roku. Zresztą sami możecie wysłuchać tych kilku minut (na ekranie są napisy po polsku, więc materiał jest dostępny także dla osób nieznających angielskiego: cz. 1., cz. 2.).

Czas pokaże jak rozwinie się sytuacja za oceanem i na ile Polska poczuje amerykańskie tarapaty.

Jednak mam coraz mocniejsze przekonanie, że majstrowanie przy amerykańskich instytucjach finansowych przy pomocy publicznych pieniędzy i szczodre dodrukowywanie dolarów dla chwilowego ratowania sytuacji może się okrutnie zemścić na Amerykanach.

Widzę, że na horyzoncie zbierają się ciemne chmury. Może burza „przejdzie bokiem” i zostawi nas w dobrym stanie. Jednak nie jestem ani meteorologiem, ani ekonomistą i mam ograniczone kompetencje w przewidywaniu kataklizmów.

Mój zdrowy rozsądek mówi mi, aby przygotować sobie plan działania „na wszelki wypadek”.

Moje oszczędności spoczywają w euro, na lokatach terminowych, w BZ WBK. Może euro jest pewniejsze od dolara i może BZ WBK wypłaci moje euro kiedy tylko sobie zażyczę. Jeśli jednak jest cień obawy, że wielkie „bum” za oceanem pomiesza europejskie szyki to chciałbym mieć coś „na czarną godzinę”. Pomyślałem o złocie. Uncja złota to ponad dziewięćset dolarów, trzykrotność tego co przed kilku laty!

Kupując drogie złoto raczej nie zarobię, ale poczuję się bezpieczniej mając w kieszeni kilkadziesiąt gramów błyszczącego metalu.

Chyba nie jestem odosobniony w gromadzeniu złota, bo jego zakup okazał się wyzwaniem.

NBP zwykł sprzedawać małe sztabki złota, które dobrze pełniłyby rolę lokaty na ciężkie czasy. Ktoś ostatnio mówił, że od jakiegoś czasu NBP nie sprzedaje sztabek i nie wiadomo kiedy je będzie oferował. Popyt mocno przerósł podaż. Z pomocą przyszedł mi autor blogu APP Funds, który bezskutecznie szukał złota w NBP. Skoro nie było sztabek to jego myśli przesunęły się na złote monety. NBP uszczęśliwia numizmatyków okolicznościowymi monetami ze złota. Cena kruszcu w monetach jest o kilkanaście procent wyższa niż na międzynarodowych rynkach, ale wciąż monety wydają się atrakcyjnym kąskiem dla amatorów kilku uncji cennego kruszcu. Szczególnie dotyczy to krążków o znikomej atrakcyjności kolekcjonerskiej. Okazała się nim np. moneta z wybita z okazji 400. lecia polskiego osadnictwa w Ameryce. Brzmi to komicznie, że wspomnienie dawnych Polaków w USA ma mnie zabezpieczyć przed nieobliczalnością współczesnych amerykańskich oligarchów tańczących chocholi taniec z prezydentem i jego kolegami. Zatem część swoich euro zamieniam na złotówki i w mojej szufladzie będzie brzęczeć kilkanaście stuzłotowych monet z wizerunkiem siedemnastowiecznych polskich rzemieślników wykuwających fundamenty amerykańskiej potęgi. Monety kupuję w internetowym sklepie nunizmatycznym po 875 złotych za sztukę. Jest w nich po osiem gram złota Au 900, czyli 7,2 grama czystego złota. Jakbyśmy doszli do etapu handlu wymiennego to może za taką monetę zorganizowałbym ze dwa świniaki lub pół tony jabłek. Może nigdy do tego nie dojdzie, może gospodarczy armagedon Ameryki nie będzie ani tak straszny, ani tak uciążliwy dla nas jak to niektórzy prorokują.

Dla pokrzepienia serc życzę sobie i Wam, drodzy czytelnicy, aby moje złote monety na zawsze pozostały w sejfie i abym za kilkanaście miesięcy skonstatował, że złoto potaniało, recesja mija, a nasza gospodarka rośnie i kwitnie. Obiecuję, że nie będę płakał, gdy okaże się, iż była to najbardziej nieopłacalna inwestycja w moim życiu. Co więcej, przypuszczam, że będę z rozczuleniem patrzył na złote monety i wspominał jakie to panikarskie obawy chodziły mi po głowie wiosną 2009. Mimo to zachęcam Was, kupcie sobie trochę złota. Jeśli kryzys rozejdzie się po kościach to będziecie mieć błyszczącą pamiątkę z recesji. Zaś jakby Świat dostał chwilowej zadyszki to kilka gramów złota w skarpecie może się do czegoś przydać Wam lub Waszym rodzinom.

4 myśli nt. „Złoto na ciężkie czasy.

  1. Pistacjowy Kosmita

    Dziękuję za radę, Swojaku. Widziałem parę tygodni program w telewizji, gdzie pewien amerykański inwestor wypowiadał się w bardzo podobny sposób. On jeszcze coś mówił po tej linii na temat srebra. Osobiście nie skorzystam z powodów bardzo prozaicznych, ale dla tych co mają jakieś zasoby, to pewnie cenna rada.

  2. Witka

    Cenne spostrzeżenia i mądre rady w czasie kryzysu Swojaku. Zdaje się, że artykuł z Celentem czytałam w tygodniku „Forum” jakiś czas temu.

  3. makak

    A’propos tematu to mogę polecić blog poświęcony inwestowaniu w złoto. Autor traktuje kupowanie złota jako IV filar emerytalny 🙂 Pisze czasem kontrowersyjnie, aczkolwiek moim zdaniem ciekawie.
    Oto link: http://dwagrosze.blogspot.com/

  4. Malgosia

    Wartosciowe rady, Swojaku.
    Pragne tylko dodac, ze mozna tez kupowac „wirtualne” zloto i inne metale szlachetne. Tak samo pomagaja na poczucie „posiadania” w kryzysie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.