U lekarza bez „dzień dobry”.

Żona wróciła od pediatry i rozrzewniła się na wspomnienie naszego szwajcarskiego lekarza. Każdy mały pacjent i jego rodzic był witany przez doktora poprzez podanie dłoni. Krótkie nawiązanie kontaktu, a potem przejście do spraw zdrowotnych.

A tutaj? Pani doktor była zajęta porządkowaniem papierów na swoim biurku. Żona cierpliwie czekała zakładając, że lekarka za chwilę wstanie, podejdzie do niej i przywita się. Ależ skąd?! Pani doktor tylko burknęła znad papierów „Z czym Pani przychodzi?”.

Drodzy lekarze skarżycie się, że Wasze pensje są daleko w tyle za pensjami kolegów z Zachodu? Niestety Wasze obyczaje zdają się mieć podobny dystans do zachodnich kolegów jak Wasze pensje.

Inny kwiatek. „Gdzie to dziecko było szczepione? W Szwajcarii? Ach, tak, słyszałam tam jest kompletny bałagan. Tam rodzice mogą decydować o niektórych szczepieniach.”
Droga Pani Doktor, to co Pani nazywa bałaganem jest określane jako podmiotowe traktowanie pacjenta. Tam pacjent ma rozumieć jakie są pomysły na uzdrawianie jego organizmu i uzdrawianie organizmu jego dzieci. Lecz tutaj pacjent jest chyba jedynie zbiorem objawów chorobowych w rękach wszechwiedzącego i wszechmocnego rycerza przemysłu farmaceutycznego. Tutaj od rozumienia spraw choroby jest lekarz. A pacjent? Czasem zdroworozsądkowo zapyta czy trzeba dziecku dać kolejną serię antybiotyków w tym samym roku. Cóż za nietakt! Przecież gdyby nie trzeba było to by lekarz nie zapiasał antybiotyku (za który najprawdopodobniej dostanie prowizję w postaci zaproszenia na kongres w miłym miejscu w tym czy innym zakątku globu, ale to dyskretnie pominie odburkując na pytanie zatroskanego rodzica). Tutaj małe wyjaśnienie: także w Szwajcarii liczba przepisanych antybiotyków ma wpływ na dochody lekarzy. Ta marketingowa choroba drąży przychodnie na Zachodzie, jak i na Wschodzie.

Drodzy lekarze jesteście potrzebni i szanuję poświęcenie i ciężką pracę wielu z Was. Lecz proszę, zejdźcie z piedestału na który wdrapaliście się dawno temu. Jesteście naszymi partnerami w poszukiwaniu zrozumienia naszych organizmów i utrzymania ich w zdrowiu. To co się wtacza do Waszego gabinetu to nie jest jednostka chorobowa, lecz żywy człowiek ze swoją mądrością życiową, z pewną znajomością swojego organizmu, z którym przebywa 24 godziny na dobę oraz z wolą zrozumienia tego co się dzieje z jego ciałem i jak wspólnie się z tym uporacie.

11 myśli nt. „U lekarza bez „dzień dobry”.

  1. Kikker

    Ah, wiem cos o tym…
    Sama jestem szkolona na lekarza holenderskiego i wiem jak wazna jest etykieta.
    Atytuda i komunikacja z pacjentem to jeden z podstawowych przedmiotow na studiach.

  2. Krzysiek

    Witaj Łukaszu Swojaku 😉

    Ładnie napisałeś do lekarzy: „jesteście naszymi partnerami (…)” itd.
    Odbieram to bardziej jako postulat idealny niż opis rzeczywistej sytuacji w Szwajcarii, choć oczywiście nie zaprzeczę, że w krajów Helwetów jest z tym dużo lepiej niż w Polsce.
    Wiesz, co mi się tam jeszcze oprócz podawania ręki na dzień dobry podoba i co chętnie przeniósłbym tutaj?
    1) Rozpoczynanie diagnozy często nawet wydawałoby się błahej choroby od badania krwi, a jeśli potrzeba to też od wymazu z gardła czy prześwietlenia płuc. Badanie jest od razu na miejscu, a wyniki na poczekaniu.
    2) W większości wypadków lekarz wydaje leki, które zapisuje. Nie trzeba jeszcze dodatkowo biegać do apteki.
    3) Rachunek za całość usługi przychodzi dopiero po jakimś czasie do domu.

    W sensie ogólnym przeniósłbym do Polski oczywiście cały system prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Często w polskich dyskusjach politycznych daje się słyszeć argument, że w żadnym kraju w Europie
    nie ma całkowicie prywatnej służby zdrowia. Z tego, co ja wiem, możesz mnie poprawić, w Szwajcarii nie ma żadnej państwowej służby zdrowia, a wszystko działa jak należy, tak że ludzie zza granicy przyjeżdżają się tam leczyć…

    Na koniec jeszcze chcę oddać sprawiedliwość: znam w Krakowie prywatną przychodnię, gdzie pacjentów wita się przez podanie ręki.
    Ostatnio jednak musiałem skorzystać z porady lekarza w dniu świątecznym („moja” przychodnia była zamknięta) i poszedłem do konkurencji (też prywatnej). Na wejściu był problem, bo pani rejestratorka nie miała w ogóle pieniędzy w kasie i nie mogła wydać reszty (zgadnij, kto musiał pójść na miasto szukać drobnych, zgadnij, kto powinien wcześniej zadbać o to, by były). Dalej, wystąpiła potrzeba zrobienia badań szczegółowych (krwi), ale:
    „Jako lekarka na dyżurze niestety nie mogę pana skierować na badania. Musi pan przyjść jeszcze raz w poniedziałek, zapłacić za osobną wizytę, po to tylko, żeby dostać skierowanie.” Dodam tylko, że badania miały się odbywać w tej samej firmie i były płatne osobno… To zdarzenie nauczyło mnie, że absurdy zdarzają się nie tylko w państwowej służbie zdrowia…

    I na koniec a’propos antybiotyków. Byłem kiedyś na dwutygodniowej delegacji w Holandii i pech chciał, że się dość mocno
    rozchorowałem. Lekarka zapisała mi antybiotyk (lekki), ale dodała, że zapisuje mi go tylko dlatego, że jestem na delegacji
    i muszę pracować. W przeciwnym razie dałaby mi tydzień zwolnienia i liczyłaby na zwalczenie choroby przez moje własne siły odpornościowe.

    Pozdrawiam
    Krzysiek

  3. Krzysiek

    Jeszcze jedna historyjka w temacie „Sprawa szwajcarsko-polska a służba zdrowia” mi się przypomniała. Było to na początku mojego emigracyjnego życia, gdzie jeszcze z przyzwyczajenia zakup pewnych rzeczy odkładałem na czas wizyty w Polsce. Sprawa dotyczyła pewnego leku, który zażywam regularnie. Zapłaciłem za prywatną wizytę tylko po to, by dostać receptę. W aptece okazało się, że zmieniły się przepisy i lekarz musi jeszcze dodatkowo wypełnić pewien formularz (wniosek do Ministerstwa Zdrowia o zgodę na sprowadzenie leku, który normalnie nie jest w obrocie). Lekarz zgodził się podpisać pod wnioskiem bez konieczności płacenia
    za następną wizytę. Po dwóch miesiącach dostałem list z inisterstwa z odmową z powodu „użycia nieprawidłowego wzoru formularza”. Poszedłem do apteki w Szwajcarii. Lek dostałem bez recepty. Był tańszy niż w Polsce…

    Muszę przyznać, że gdybym miał własną rodzinę i dzieci, to właśnie ze względu na różnicę w standardach w służbie zdrowia prawdopodobnie nie przeniósłbym się z powrotem ze Szwajcarii do Polski, ewentualnie moja decyzja byłaby dużo, dużo trudniejsza. Moja mama bywa teraz co tydzień w szpitalu w Warszawie. Musi ze sobą brać z Krakowa swój własny ciśnieniomierz i papier toaletowy, bo te dobra cywilizacyjne w szpitalu nie są niestety dostępne…

    Krzysiek

  4. Swojak Autor wpisu

    Krzyśku, miło, że po objechaniu Ziemi zajrzałeś w progi mojego blogu. Faktycznie temat polskich lekarzy jest smutny i trudno wykrzesać w tej materii optymistyczne teksty.
    Twoje komentarze mówią same za siebie. Odniosę się do fragmentu dotyczącego rodzin: „…gdybym miał własną rodzinę i dzieci, to właśnie ze względu na różnicę w standardach w służbie zdrowia prawdopodobnie nie przeniósłbym się…”.
    Jesteśmy dość nietypową jak na Polskę rodziną. Nikt z nas nie miał w ustach antybiotyku od paru ładnych lat. Zaś naszym rodzinnym lekarzem był klasyczny homeopata. Oczywiście było to możliwe w Szwajcarii. W Warszawie niezwykle trudno znaleźć dobrego homeopatę klasycznego. Trudno się dziwić, gdy Naczelna Rada Lekarska nawołuje do krucjaty przeciw homeopatom:
    LINK

    Gdy Szwajcarskie Zrzeszenie Lekarzy FMH ma w swych szeregach medyków specjalizujących się w homeopatii, to w tym samym czasie polska lekarka lecząca homeopatycznie ostrzega moją żonę, aby nie przyznawała się w przychodni, iż dziecko było leczone przez homeopatę, bo możemy sobie ściągnąć na głowę kłopoty. Jej obawy nie są gołosłowne. Znajoma lekarka wprost przyznała, że jak zapisze antybiotyk i dowie się, że rodzice nie wykupili recepty to czuje się w obowiązku powiadomić prokuratora, że rodzice zaniedbują swoje obowiązki: „Bo potem jakby dziecko nie daj Boże zmarło to nie chcę mieć problemów”. Moje dziecko właśnie dostało receptę na antybiotyk z powodu zapalenia gardła. Recepta wylądowała w koszu na śmieci. Jeśli pani doktor jest nadgorliwa to powinna zawiadomić prokuratora.

    Zatem lekarz nie tylko bywa niegrzeczny, skorumpowany przez koncerny farmaceutyczne, ale wręcz może wezwać ku pomocy organy ścigania, gdy plan sprzedaży antybiotyku uzgodniony z przedstawicielem handlowym nie przynosi oczekiwanych efektów.

    Ostatnio jakiś licealista opowiadał o swoich planach, myślał o studiach medycznych lub weterynarii. Wraz ze znajomymi tak skomentowaliśmy jego dylemat: „Zarówno lekarz jak weterynarz zajmują się leczeniem, ale przeciętny polski weterynarz ma dużo lepszy stosunek do swoich pacjentów niż lekarz”.
    Od przyjazdu do Polski mieliśmy kilka kontaktów z jednymi i drugimi. Moje wybiórcze doświadczenie w pełni potwierdza powyższą tezę.

    Na szczęście jesteśmy w Europie i jest nadzieja, że dzikie rozpasanie koncernów farmaceutycznych napotka w końcu na odrobinę oporu w Polsce. Lecz póki co jesteśmy nowym rynkiem, który należy podbić realizując coraz ambitniejsze plany sprzedaży drogich medykamentów.

    Może za jakiś czas ktoś się zastanowi dlaczego w bogatej Szwajcarii będącej siedzibą największych firm farmaceutycznych lekarze zwykle wykazują powściągliwość w szafowaniu antybiotykami, a w naszym ubogim kraju trudno znaleźć dziecko, które nie dostało antybiotyku przynajmniej raz w roku. Czyżby nasze dzieci były tak chorowite? A może to prowizje (czy tzw. „wyjazdy na kongresy sponsorowane”) są w Polsce dużo bardziej łakomym kąskiem niż w Alpach?

  5. Krzysiek

    >Krzyśku, miło, że po objechaniu Ziemi zajrzałeś w progi mojego blogu.

    Cała przyjemność po mojej stronie. Zamierzam tu jeszcze kilka razy zajrzeć i zostawić jakiś ślad po sobie 🙂

    Dokument NIL najwyraźniej zmienił adres: http://www.nil.org.pl/doc/5719/rs0007-08-V.pdf

    Dobrze, że lekarze nie mają obowiązku sprawdzania, czy recepta została wykupiona… Chyba spory problem w Twoim przypadku zacznie się, gdy dziecko z jakiś powodów trafi do szpitala. Podejrzewam, że wtedy może zostać zmuszone do zażywania antybiotyków.

    W temacie homeopatii jestem kompletnym lajkonikiem. Jak znajdziesz czas, to napisz, jak homeopatycznie leczy się zapalenie gardła? Zażywa się jakiś homeopatyczny lek, czy po prostu czeka aż przejdzie?

  6. Swojak Autor wpisu

    Krzyśku, już poprawiłem link. W końcu umieściłem dokument NIL na swoim serwerze, bo nie mogłem dojść do ładu z ich stroną.
    Odpowiadając na Twój komentarz o szpitalu i antybiotykach: jeśli ktoś się będzie upierał, aby zmusić mnie do podania dziecku antybiotyk to pewno się zgodzę. W miarę możliwości, w leczeniu swoim i dzieci zdaję się na wiedzę i doświadczenie lekarzy, którzy mają zdrowy i bliski naturze stosunek do leczenia. Antybiotyki są przydatne i dobrze, że mamy do nich dostęp. Chodzi o to, aby wykorzystać najcięższe działa medycyny, gdy to jest faktycznie potrzebne.
    Znajomy lekarz prowadzący w Szwajcarii praktykę homeopatyczną mówił, że każdego roku zapisuje kilku pacjentom antybiotyk.
    Pytasz jak leczyć zapalenie gardła. Nie wiem. Nie jestem lekarzem. W przypadku mojego syna gardło nie wydawało się głównym problemem. Po wizycie u homeopaty i podaniu lekarstwa homeopatycznego dzieciak miał zostać w domu jeśli powoli wychodziłby z choroby. Żona zdała sobie sprawę, że potrzebuje zwolnienie z pracy, aby zostać z dzieckiem w domu. Tym sposobem trafiła do przychodni. Pani pediatra nie wdawała się w niuanse dolegliwości dziecka. Szybko i na siłę otwarła dziecku buzię, sprawdziła gardło, po czym oznajmiła, iż przepisuje antybiotyk na zapalenie gardła. Taką postawiła diagnozę i taką podjęła decyzję w sprawie terapii. Nie była zainteresowana rozmową ani wyjaśnianiem szczegółów – jednym z powodów był pewno fakt, że dziecko w tym czasie już mocno płakało, po bezceremonialnym ataku na jego paszczę. Dobrze, że podałeś link do strony oceniającej lekarzy. Chętnie dopiszę opinię o tej pogromczyni dziecięcych gardeł.

    Jeśli interesuje Cię homeopatia to polecam publikacje anglojęzyczne i niemieckojęzyczne, bo polskojęzyczne teksty zwykle mają ton wojowniczy. W tym kraju najwidoczniej toczy się jakaś wojna, gdzie ideologowie tracą siły i czas na beznadziejne udowadnianie sobie racji. Mnie igrzyska nie interesują. Nie oglądałem igrzysk w Pekinie, nie mam też ochoty oglądać burzy w polskiej szklance wody homeopatycznej. Możesz zacząć od (angielskiej lub niemieckiej!) wikipedii lub od linków, które tam znajdziesz.
    Po polsku trochę umieściła na swojej stronie Nelly Radwanowska:
    http://www.nellyradwanowska.com/index.php?id=7&name=Homeopatia_Klasyczna
    Strona dość ciekawa, lecz o samej Dr Radwanowskiej czytałem dość rozbieżne opinie. Niektórzy twierdzą, że im pomogła, a inni, że stracili masę pieniędzy na kosztowne konsultacje.

  7. Krzysiek

    Swojaku, dzięki za linki i informacje.
    Pytając o leczenie gardła, nie miałem na myśli medycznych szczegółów, tylko raczej chodziło mi o poznanie filozofii homeopatycznej – konkretnie, czy preparaty homeopatyczne przyjmuje się, jak wystąpi choroba, czy też np. przez cały rok, jakby z góry przygotowując się na jej wystąpienie. Twoja odpowiedź już zawiera tę informację.

  8. Tadeusz

    Mieszkam od 25 lat w Szwecji. Utrzymuje czesty kontakt z Polska – zarowno w zwiazku z praca jak i rodzina. Mam pare wlasnych obserwacji, z ktorymi chcialbym sie podzielic. Zaczne od cytatu nt. corki:

    „Doskwiera jej to, że większość tutejszych rówieśników ma problemy z wymianą poglądów i akceptacją odmiennego zdania na poruszany temat. Zdaniem S. młodzi Szwajcarzy za naturalne przyjmowali istnienie odmiennych opinii”

    Dla uproszczenia przyjme, ze mamy podobne doswiadczenia i obserwacje. Moja konkluzje wydaja sie byc tutaj jednak odwrotne, w odniesieniu do Szwecji. A chce sie z nimi podzielic, bo byc moze tak samo to wyglada w Szwajcarii, gdzie mam starego kolege z Polski. Kilka razy go odwiedzalem i doszedlem do wniosku, ze Szwajcaria to tak jak Szwecja, tylko jeszcze bardziej…
    Jesli chodzi o tolerowanie odmiennych pogladow, oczywiscie mozna sie do pewnego stopnia zgodzic. Ale tylko do pewnego stopnia, bo w momencie gdy zagadnienia wykraczaja poza znane i przyjete tematy, i Szwedzi i Szwajcarzy sa bardzo skostniali. Z reguly nie chca slyszec o innym punkcie widzenia i nie zadaja sobie trudu by go poznac – zwlaszcza ze punkt widzenia pochodzi z kraju jak Polska, czyli poza kregiem zachodnim, a tym samym i ich kregiem kulturowym. Tu cechuje i Szwedow i Szwajcarow wyjatkowa ksenofobia. Polacy wydaja mi sie natomiast bardziej otwarci i ciekawi innych opinii.
    Sadze, ze roznica tu polega bardziej na trudno uchwytnych kodach kulturowych, ktore najczesciej sa przyczyna wzajemnego niezrozumienia sie.

    Z kolei, jeszcze jedna uwaga, odnosnie podawania reki przez lekarza.
    Co do samego podawania reki, zgadzam sie ze jest to jak najbardziej poprawne, lecz zastanawia mnie tez dlaczego ci lekarze to robia. Tego rodzaju maniery stosowane sa wybiorczo. Podaje reke adwokat, nie podaje natomiast sprzedawca samochodow, chyba ze kiedy sie juz dokona zakupu.
    W sumie jednak, traktuje podanie reki przez lekarza jako gest bardziej formalny niz serdeczny. Oczywiscie tego gestu by nie bylo gdyby nie nakazywaly tego kursy, na ktorych tego sie lekarzy uczy.
    Na zakonczenie dodam, ze osobiscie wole chodzic do lekarza w Polsce, co zdarza sie jednak tylko sporadycznie. Mam natomiast w Polsce swego dentyste ktorego odwiedzam regularnie. Wydaje mi sie ze i bez podania reki jestem lepiej przyjety i za bardziej przystepne pieniadze, z czego jak najbardziej jestem zadowolony.

  9. Swojak Autor wpisu

    Tadeusz, też sądzę, że problemy mojej córki w prowadzeniu dyskusji są związane z formą dyskusji. Widzę w Polsce wielu ludzi ciekawych świata i otwartych na inność. Jednak dostrzegam przepaść w poziomie kultury wielu dyskusji (w telewizji, w klubach i „na imieninach u cioci”) – widzę okropne zaległości cywilizacyjne.
    Natomiast lekarze to chyba jeden z popularniejszych polskich tematów. Dodam tu historię zasłyszaną ostatnio w Szwajcarii. Polska rodzina wróciła do Polski po wielu latach spędzonych w Szwajcarii. Jakoś sobie radzili w ojczyźnianej rzeczywistości. Raz lepiej, innym razem gorzej, ale bilans był pozytywny. Jednak poddali się po tym, gdy ich córka spadła z konia i trafiła w ręce lekarzy. Fachowość i metody leczenia nie budziły wątpliwości rodziców. Lecz sposób w jaki odnoszono się do małej pacjentki i jej opiekunów przekraczał ich zdolność tolerancji na wschodnioeuropejską kulturę medyków. Szwajcarscy Polacy wraz ze swoją córką zakończyli swoją polską przygodę i znowu mieszkają w Szwajcarii.

  10. Tadeusz

    Zgadzam sie co do poziomu „kultury wielu dyskusji (w telewizji, w klubach i “na imieninach u cioci”)”.
    W polskiej telewizji doprowadza mnie do pasji zajadlosc i pieniactwo dyskutantow. Ciagle wchodzenie sobie w slowo, przerywanie i niesluchanie wypowiedzi innych, wprowadza rozgardiasz, w ktorym niesposob sie polapac.
    Jesli chodzi o programy tv, jestem zdania, ze jest to odpowiedzialnosc prowadzacych, ktorzy powinni miec lepsze kwalifkacje by takie programy sprawnie prowadzic.
    O dziwo, sa jednak tacy, ktorzy twierdza, ze tego rodzaju rejwach przyciaga widzow.

    Z kolei znow temat sluzby zdrowia. Temat jak rzeka i zalezy na co sie spojrzy.
    Mam pare wlasnych przezyc na ten temat. Zeby nie rozwodzic juz sie zbytnio, powiem tylko, ze gdzie lepiej zachorowac, czy w Polsce czy gdzie indziej, zalezy od przypadku, ubezpieczenia i jak sie jest zamoznym.

Możliwość komentowania jest wyłączona.