Szwajcarskie impresje.

Przyjechałem na kilka dni do Szwajcarii. Po raz pierwszy od kilku lat jestem tu gościem.
Fajnie być ponownie w miejscach, gdzie spędziłem osiem lat. Z domu przywiozłem llistę zakupów. Są tam drobiazgi, które kupuję i zabieram do Polski: ser do fondue, batoniki z otrębami Farmers, gorzkie czekolady, cukierki trochę podobne do karmelowych toffi, odplamiacz do ubrań oraz naklejka na samochód z herbem kantonu.

Miałem też ochotę na dwa dania, które są zupełnie nieszwajcarskie, ale w Polsce są zwykle przyrządzane w kiepski sposób: pizza oraz sałatka (czyli to co w polskich knajpach figuruje pod nazwą „zestaw surówek”).
W centrum wioski jest pizzeria prowadzona przez Włocha i tam w menu jest kilkanaście rodzajów pizzy z normalnymi składnikami jakich oczekuję od pizzy. Bo ostatnio w polskiej pizzerii przebijałem się przez listę pizzy z pieczarkami, mięsem mielonym oraz pizzy z kebabem! Nie było ani jednej pizzy z rukolą, ani z szynką parmeńską. Inną historią są surówki. W Szwajcarii gdziekolwiek poproszę o surówkę, czy to z zielonej sałaty, czy to mieszaną to zawsze dostaję miskę apetycznych warzyw.
W Polsce już się poddałem. Nawet nie zamawiam sałatki cesarskiej po tym jak ostatnio składniki pływały w sosie nalanym okropnym nadmiarze.

Zatem pierwszy szwajcarski wieczór spędziłem zajadając się pizzą z szynką i rukolą. Drugiego wieczora jadłem w restauracji hotelowej i tam rozpocząłem od wyśmienitej surówki. Potem jako główne danie miałem tatara. Moje podniebienie dużo lepiej czuje się z polską odmianą tatara : takiego z ograniczoną liczbą składników, gdzie dominuje surowe jajko, odrobina posiekanych ogórków kiszonych i cebuli. W Szwajcarii dostałem tatara, gdzie mięso było wymieszane z sosem pomidorowo-oliwkowym. Do tego tosty. Teraz już wiem, że wolę tatara bez sosu pomidorowego. Przy okazji nadmienię, że przed paroma miesiącami ze zdziwieniem odkryłem jak popularny jest tatar w Brukseli. Belgowie jedzą go podobnie jak Polacy nie udziwniając smaku przecierem pomidorowym. Natomiast jedzą swojego tatara bezwarunkowo z frytkami! Mimo, że frytki jadam tylko okazjonalnie to ze smakiem pożarłem belgijską kombinację tatarską.

Podczas pobytu w Szwajcarii dowiedziałem się, że mam uczestniczyć w ślubie kolegi. Miałem w walizce jedynie dżinsy i koszulki polo. Kolega jest Włochem, zaś jak wiedzą Ci, którzy mają wokół siebie Włochów, dżinsy są uznane za ubranie nieprzystające do żadnej poważniejszej imprezy. Korzystając z faktu, że czwartek jest jedynym dniem, gdy sklepy są wciąż otwarte po 19:00 pojechałem do Lucerny. W ciągu godziny byłem ubrany za równowartość 300 złotych – u ludzie mówią, że Szwajcaria to drogi kraj! Przyznam, że prawie wszystkie kupione produkty pochodziły z końcówki letniej wyprzedaży, czyli  były sprzedawane z rabatem 25%-50%.
Aby nie być gołosłownym podam Wam szczegółowe ceny (w przeliczeniu na złotówki):
1. Buty skórzane Bata 60 zł
2. Spodnie bawełniane Avant Premiere Manor 40 zł
3. Pasek do spodni 40 zł
4. Koszula Vinci Manor 40 zł
5. Krawat C&A 40 zł
6. Marynarka lniana Angelo Litrico C&A 80 zł
Zatem byłem ubrany od stóp do głowy w ubrania, których z pewnością nie powstydzę się na imprezie. Nie policzyłem skarpet i bielizny. Dodajmy na nie 50 złotych co da nam w sumie 350 złotych. Nie liczę tu paska do zegarka, bo to można było go pominąć i nie zakładać zegarka na uroczystość. Ja jednak chciałem iść z zegarkiem, więc za 60 złotych kupiłem pasek w kolorze butów i paska do spodni, bo nie wyobrażałem sobie iść na ślub z kauczukowym paskiem.
Jak się chwile zastanowię i przypomnę sklepy i ceny jakie widziałem w Polsce to stwierdzam, że za 350 złotych mógłbym się ubrać w hipermarkecie lub na bazarku. W obydwu przypadkach uznałbym, że kupiłem ubrania jednorazowe, które po pierwszym praniu przeznaczę na szmaty.
Kupienie ubrań porównywalnych z tym co właśnie nabyłem to w Warszawie kilkakrotnie wyższy wydatek. Po kilku tygodniach w Polsce widzę, że porządne ubrania są nieprzyzwoicie drogie w tym dość ubogim kraju. Już nawet nie chce mi się zadawać pytania dlaczego taniej ubiorę się w Szwajcarii niż w Polsce. Bo przecież w Polsce „tak dobre rzeczy muszą tyle kosztować” oraz „jak Pana nie stać to tu za rogiem jest butik z trochę tańszymi ubraniami”. Zatem drodzy rodacy, polecam zakupy w mitycznie drogiej Szwajcarii. To prawda, że Szwajcaria jest droga (np. w porównaniu z USA), ale Polska jest jeszcze droższa!

2 myśli nt. „Szwajcarskie impresje.

  1. Anna

    Witam, dziekuję bardzo za wspaniały blog, który przedstawia nie zakłamany obraz życia w Szwajcarii. Niezakłamany – bo widziany oczamy człowieka wykształconego, a nie osoby wyjeźdzajacej na emigracje bez podstw języka i „niby na razie” w charakterze opiekunki do starszej osoby czy sprzątaczki.
    Jako przekorna jedynaczka chciałabym spróbować życia w innym kraju, tzn. żałowałbym całe życie, że nie spróbowała czegoś nowego i poszłam na łatwiznę siedząc w Polsce. Nie rozumiem ludzi, którzy konczą studia, zakładają rodziny i niczego więcej nie oczekują od życia. (nie rozumiem – nie znaczy – nie mam szacunku) Chciałabym, żeby moje dzieci wychowywały sie w różnych krajach, posmakowały innych kultur i były otwarte na cały świat.
    Cieszę się, że mogę czytać wypowiedzi jak i komentarze na tym blogu osób wykształconych, którzy wiedzą czego chcą od życia. Ostatnio zastanawialam się nad życiem we Włoszech, ale po przeczytaniu komentrzy w stylu – nie znam języka, znam podstawowy … zarabiam 500 Euro miesięcznie … nie przyjeźdzajcie tutaj, nie da sie wyżyć …. robie zakupy tylko w Lidlu……zostaje mi na jedzienie 100 Euro miesięcznie, mój mąż Włoch mnie bije i trzyma w komórce ;p (to już moja fantazja – przepraszam) zastanawiam sie, po co CI ludzi tam wyjeźdzaja i podziwiam ich za odwagę, a raczej za głupotę.
    Ja sama mam 23 lata, studiuję prawo i germanistykę, znam angielski i zaczynam się uczyć intensywnie włoskiego i szukać swojego miejsca na ziemi. JUż teraz zastanawiam się nad swoją przyszłością i planuję, jak tu najlepiej wykształcić się i stawić czoła światu.
    Zastanawiam się, czy od razu po studiach prawniczyć w Polsce zacząć pracę na uczelni w Niemczech lub Szwajcarii, zrobić LLM (najwyźsze studia prawnicze coś jak MBA) , a może pracować w międzynarodowej korporacji we Włoszech. A najbardziej, to bym chciała to wszystko połączyć ,tylko nie wiem, czy mi lat starczy 😉

    Na razie czytam z podziwem ten blog i jest on dla mnie swojego rodzaju motywacją, że Polak da radę żyć za granicą i nie musimy czuć się gorsi.

    I marzę o tym, żeby za kilkanaście lat móc zacząc pisać to samo ….

    Pozdrawiam serdecznie.

  2. Swojak Autor wpisu

    Aniu, miło mi, że podoba Ci się to co tutaj wypisuję.
    Słysząc o Twoim wykształceniu, wieku i determinacji, wiem, że zrealizujesz swoje marzenia. Myślę, iż odrobina buntu i przekory bywa pomocna w osiąganiu pięknych celów.

    Poniżej dzielę się z Tobą refleksjami jakie nasunęły mi się po przeczytaniu Twojego komentarza.

    Znam bardzo wielu Polaków i należą oni do przeróżnych klas i grup społecznych. Może dlatego bałbym się równie kategorycznie co Ty pisać o tych co „zakładają rodziny i niczego więcej nie oczekują od życia”.
    Każdy z nas ma inną drogę życia. Każdy wybiera takie ścieżki rozwoju jakie rozeznaje jako optymalne w danej sytuacji.
    Ode mnie wiele podziwu i szacunku otrzymują ludzie, którzy mimo skromnych środków materialnych tworzą ciepłą, pogodną i otwartą rodzinę. Chylę też czoła przed tymi, którzy zdecydowali się na samotność długodystansowca; ludzi, którzy postawili na kartę rozwoju zawodowego i osiągają piękne wyniki w pracy.
    Uważam, że nasz świat potrzebuje zarówno dobrych rodzin, jak i mądrych liderów biznesu.
    Jest miejsce dla osób, których wielkim osiągnięciem jest wychowanie dobrych i mądrych dzieci.
    Widzę też i szanuję wysiłek oraz pracowitość tych, których sukcesy zawodowe ulepszją nasz świat. Lecz u wielu z nich widzę też ból samotności, braku potomstwa lub wyrzutów sumienia z powodu niedopilnowania rozwoju dzieci.
    Iluż ludzi biznesu z pierwszych stron gazet ma momenty, gdy zamieniliby wszystko co osiągnęli na zaciszny domek na wsi u boku kochającej żony i dzieci, z którymi mają pełne zrozumienie i z którymi spędzają wiele czasu.

    Zatem sparafrazuję coś co wyczytałem wiele lat temu: Ja to ja. Ty to Ty. Ja idę moją drogą. Ty idziesz swoją drogą. Każda z tych dróg jest inna, każda z nich jest równie ważna. Może kiedyś nasze drogi się spotkają i będzie to wspaniałe. Jeśli się nie spotkają to nic na to nie poradzimy.

    Aniu, widzę, że idziesz piękną drogą rozwoju i wykształcenia. Życzę Ci z głębi serca, abyś była szczęśliwa w tym co robisz. Ośmielam się też prosić, abyś poszukała znaczenia i wagi w działaniach tych kolegów i koleżanek, którzy zakładają rodziny, płodzą dzieci i wieczorami siadają przy stole, aby pogadać o szkole, przyrodzie za oknem i ciepłym spojrzeniu staruszki z przeciwka…

Możliwość komentowania jest wyłączona.