Umzug czyli polska przeprowadzka w Szwajcarii.

Ciężarówka z naszymi rzeczami już wyjechała ze Szwajcarii. Za nią pomknęła jeszcze półciężarówka z tym co się nie zmieściło w kontenerze. Podobno każda przeprowadzka to historia sama w sobie. Także nasza na szwajcarskim etapie miała swoje przygody.

Firma przeprowadzkowa przysłała do Szwajcarii podwykonawcę, który miał zapakować nasze rzeczy. Spodobało mi się to rozwiązanie bo mieliśmy polską ekipę, której szef ma też być przy rozpakowywaniu pod Warszawą. Pakowanie szło dobrze i sprawnie. Były jakieś drobne zadrapania na parkiecie. Zwróciłem uwagę, iż za wszelkie szkody trzeba będzie zapłacić właścicielowi mieszkania i potem pakowacze byli bardzo ostrożni. Wprawdzie ich szef sarkastycznie skomentował, że ściany są ważniejsze niż ich poobijane palce, ale muszę przyznać, że niczego więcej nie zniszczyli.

Po pracy w piątek i w sobotę większość dobytku była już w kartonach, wcześniej wywieźliśmy dzieci na wakacje do Polski, a żona i ja zamieszkaliśmy w sąsiedztwie, w mieszkaniu naszych przyjaciół, którzy byli na urlopie.
W sobotę ekipa skończyła pracę około 17:00, a my z żoną zarezerwowaliśmy stolik w restauracji, aby w spokoju odsapnąć po intensywnym dniu. Już wychodziliśmy z mieszkania, gdy przybiegła sąsiadka z wiadomością, że po osiedlu chodzą jacyś Polacy, którzy nas pilnie szukają. Przed blokiem zobaczyłem dwóch mężczyzn i od razu wiedziałem, że to „nasi”. Obydwaj ubrani w podkoszulki bez rękawów, szorty, a na nogach japonki. To byli kierowcy ciężarówki, która teoretycznie miała dojechać w poniedziałek. Panowie z entuzjazmem oznajmili, że przyspieszyli swój przyjazd i są gotowi do pakowania. Młodszy z kierowców – Pan M. – którego wyróżniało zamiłowanie do złota (łańcuszek z medalikiem, bransoletka i sygnet) zaczął opowiadać o korkach na trasie. Wtedy zobaczyłem, że brakuje mu kilku zębów w przedniej części szczęki. Złoto i zęby były dość istotnym szczegółem tej historii, bo nazajutrz w ekipie pakującej wywiązała się dyskusja dlaczego Pan M. kupuje złoto zamiast wydać te pieniądze na porcelanowe zęby.

Lecz w sobotni wieczór zęby Pana M. zeszły na drugi plan, bo głównym tematem było pakowanie ciężarówki. Przesunęliśmy rezerwację w restauracji, wsadziłem kierowców do naszego auta i pojechaliśmy do hotelu na spotkanie z szefem pakowaczy. Na spotkanie przyszedł szef: Pan A. oraz jego pomocnik Pan Ł.. Obydwaj to niezwykle ciepli i sympatyczni ludzie. Lecz ich krótko obcięte włosy, solidna budowa ciała i tatuaże Pana A. przyciągały uwagę Szwajcarów. Zatem po naszym wejściu do restauracji hotelowej zapadła cisza, a goście przy innych stolikach mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali się nam, czyli pięciu facetom i kobiecie, którzy dość głośno rozmawiali w jakimś wschodnioeuropejskim języku. Na twarzach kelnerek pojawiły się zmarszczki napięcia i zaniepokojonym wzrokiem patrzyły na starszego kelnera, który też wyglądał na poddenerwowanego. Jako jedyny mężczyzna z obsługi poczuł się zobowiązany stawienia czoła dziwnym gościom. Jako pierwszy odezwał się do niego Pan A. prosząc po angielsku o piwo, potem moja żona odezwała się po niemiecku i zamówiła typowo szwajcarski napój Rivella. Usłyszawszy język niemiecki i nazwę lokalnego specjału kelner poczuł się pewniej i dopytał, którą Rivellę ma podać. Żona wybrała zieloną, a ja czerwoną. Trochę rozładowało to przyciężką atmosferę i zaczęliśmy uzgadniać szczegóły przeprowadzki. Nie tylko kierowcom, ale też pakowaczom było na rękę szybsze skończenie roboty, więc umówili się na załadunek w niedzielę. Trzeba się było jeszcze upewnić jak duża jest ciężarówka. Zdaniem kierowców kontener był po prostu „duży”. Może 60, a może 80 metrów sześciennych. Nazajutrz wraz z Panem A. zmierzyliśmy pakę. Miała 51 m3 pojemności. To było mało jak na nasz dobytek szacowany na ok. 50 m3 – bo przecież potrzeba trochę zapasu na niewymiarowe przedmioty.  Koniec końców, w niedzielę wieczorem zobaczyliśmy, że zostało trochę półek, fotel, jakieś sprzęty ogrodowe i rower – wszystkie te pozostałości pojechały do Polski samochodem pakowaczy.

Lecz nim samochody wyruszyły do Polski mieliśmy jeszcze przygodę z policją. W niedzielne południe zajechał na osiedle radiowóz i stanął na osiedlowej uliczce tam, gdzie parkowała nasza ciężarówka. Widok kierowców i pakowaczy chyba zaniepokoił policjantów, bo obywaj położyli dłonie na kolbach pistoletów. Wyjaśniłem, że to przeprowadzka mojego mienia do Polski. Po sprawdzeniu moich dokumentów, spokojnie pospisywali obydwa samochody i wszystkich pracujących przy przeprowadzce. Uśmiechając się łamali sobie języki próbując czytać polskie nazwiska, a potem dopytali o harmonogram przeprowadzki. Jak powiedziałem policjantom, że kierowcy planowali wieczorem jechać na granicę to ci się mocno zdziwili. Bowiem – czego kierowcy nie wiedzieli – w niedziele obowiązuje bezwzględny zakaz ruchu ciężarówek. Wyjaśnili też, że zostali wezwani przez kogoś z sąsiedztwa, komu przeszkadzało, że ciężarówka zajechała na osiedle w niedzielę mimo ogólnego zakazu. Skończyło się na upomnieniu kierowcy. Musieliśmy niezwłocznie przestawić ciężarówkę na parking poza osiedlem i tam przeładowywać paczki z małej ciężarówki na dużą. Gdy odjechała policja, jeden z kierowców oznajmił, że on to się w ogóle nie martwi policją, bo i tak nie rozumie co do niego gadają. Zaś jak mu wlepią mandat to jego szef zapłaci.
Wieczorem podpisaliśmy wszelkie dokumenty i przekazali kierowcom. Teraz trzymamy kciuki, aby dokumenty nie zginęły po drodze. Nasz niepokój jest poniekąd uzasadniony, bo kierowca oznajmił z rozbrajającą szczerością, że niedawno przewoził ze Szwajcarii Toyotę Yaris i po drodze zgubił dowód rejestracyjny, który „gdzieś się zawieruszył przy odprawie na granicy”.

3 myśli nt. „Umzug czyli polska przeprowadzka w Szwajcarii.

  1. maciek

    Masz podobny sposob postrzegania i rejestrowania rzeczywistosci do mojego, ale ja dal bym tu tytul: „szwajcarska przeprowadzka po polsku”.
    Nb. Kierowcy ciezarowek (na calym swiecie), to osobna galaz w ewolucji czlowieka.

    Czekam na nowinki z Ojczyzny.

  2. Swojak Autor wpisu

    Maćku, jest trzecie wyjście: polska przeprowadzka w Szwajcarii. Bo w sumie nie była to „szwajcarska przeprowadzka” – Szwajcarzy w niej prawie nie występowali (poza kelnerami, gapiami i policjantami). Nie była to też przeprowadzka „po szwajcarsku”, bo zrobiliśmy ją zdecydowanie „po polsku”. Zatem zmieniam oryginalny tytuł „Umzug czyli polska przeprowadzka po szwajcarsku” na „Umzug czyli polska przeprowadzka w Szwajcarii”. Pewno dojdzie do tego druga opowieść spisana już po rozpakowaniu mienia w Polsce.

  3. maciek

    Osiagnelismy merytoryczny consensus w kwestii tytulu opisu pierwszej czesci twojej przeprowadzki.

    PS. Przeprowadzalem sie w swoim zyciu kilkakrotnie – wiem, co przezywasz.

Możliwość komentowania jest wyłączona.