Christchurch.

Idąc na plac katedralny przemierzałem ulice, gdzie po jednej stronie był nieczynny sklep spożywczy ogłaszający, że jest otwarty 24 godziny na dobę, a po drugiej restauracje, gdzie od miesięcy nikt nie ustawił sprzętów jakie przewrócono, gdy goście wybiegali na ulicę w chwili ewakuacji. Drzwi budynków były oklejone zarządzeniami bezwzglęnie zabraniającymi wchodzenia.

Na płocie powieszono zafoliowane zdjęcia okolicznych budynków, z informacją, które zostaną wyburzone, a które będą dopuszczone do użytku. Prace trwają i na dzień dzisiejszy część z budowli już była usunięta.

Dotarłem do tego miejsca, po przekroczeniu „checkpointu”, gdzie przyjąłem do wiadomości, że wchodzę na własne ryzyko, że mam w kieszeni dokument ze zdjęciem oraz, że po usłyszeniu syren natychmiast wybiegnę, ze zwiedzanego obszaru.

Tak wyglądało centrum nowozelandzkiego miasta Christchurch w niedzielny wieczór, parę miesięcy po trzęsieniu ziemi.

Powiem Wam, że jak na lotnisku wsiadałem do autobusu miejskiego wiozącego mnie do centrum, to nie wiedziałem o skali zniszczeń. Koledzy w biurze wspominali mi, że w Chrischurch cały czas trzęsie się ziemia. Ale myślałem, że to nie ma wpływu na życie miasta.  Zamierzałem połazić po centrum. Przed wycieczką spojrzałem na mapę i jak znalazłem na niej Cathedral Square to pomyślałem, że zwiedzę katedrę.

Faktycznie dotarłem przed katedrę, bo szlak prowadzący przez nadburzone centrum kończył się kilkadziesiąt metrów przed zburzonym frontonem kościoła.

Przejmujący symbol. Miasto, którego nazwę można przetłumaczyć jako Kościół Chrystusa, zostało trafione w swoje serce, czyli w katedrę Christ Church.