Co ma zrobić I., aby podróżować służbowo?

Praca marzeń? Zwiedzać świat na koszt pracodawcy.

Jak do tego dojść? – zapytała mnie w e-mailu I. – koleżanka, która zaczyna swoją wędrówkę po rynku pracy.

Podczas weekendowej wycieczki, z niemieckim kolegą, uciąłem sobie pogawędkę na ten temat.

Obydwaj sporo latamy, dzieje się tak, pomimo światowego kryzysu i ustawicznego programu cięcia kosztów w firmie.

Przemierzając bajecznie zielony szlak, łączący plażę Carlos Rosario z plażą Flamenco na wyspie Culebra, rozprawialiśmy o tym co doprowadziło do naszych podróży.

Zastawialiśmy się co poradzić I. w realizacji jej marzenia. Nasze doświadczenia miały wiele podobieństw.

By pracować w różnych zakątkach globu trzeba być w firmie, która prowadzi międzynarodowy biznes. Czyli wydaje się, że podstawowym warunkiem jej znalezienie pracodawcy, który ma po co wysyłać swoich ludzi za granicę.

Do tego dochodzi niebanalny wymóg tego, by firma miała pieniądze na podróże. Wydaje się to coraz rzadsze wśród firm amerykańskich, a coraz powszechniejsze wśród chińskich. Pewno kolejny znak przesuwania się siły gospodarczej do Azji.

Są rozmaite oblicza podróży służbowych. Mój towarzysz debatowej wycieczki wspomniał o koledze, który zajmuje się obsługą kontenerowców zawijających do rozmaitych portów na świecie. Zjawia się w porcie przed przybyciem statku i koordynuje jego rozładunek. Mówił też o innym, który lata po świecie negocjując kontrakty. No i oczywiście nieśmiertelny przykład stewardessy zwiedzającej świat jako podniebna kelnerka.

Wróćmy do realizacji marzenia I. Gdy już moja dwudziestoparoletnia znajoma dostanie się do zamożnej międzynarodowej firmy, to pojawi się pewno pytanie dlaczego właśnie ją pracodawca miałby wysyłać w delegacje. Czyli co takiego wniesie do zespołu, aby ją wysłać w świat?

W naszych przypadkach podróże są skutkiem ubocznym. Nie byłym celem samym w sobie. Każdy z nas zagospodarował sobie jakiś odcinek roboty, a jego rozwój doprowadził do wyjazdów. Jedną z prozaicznych przyczyn wchodzenia w międzynarodowe projekty była znajomość języka. Podróżujemy na koszt amerykańskiej korporacji, więc w naszym przypadku ważny był język angielski. Obydwaj byliśmy nielicznymi pracownikami, którzy poza tym, że śmiało posługiwali się angielskim, to ponadto sami wchodzili w projekty wymagające współpracy z innymi krajami.

Czyli pewno ważne jest, by poza znajomością języka, mieć chęć i odwagę by robić z niego praktyczny użytek.

Lecz do roboty wnosimy coś innego, niż biegłość mówienia po angielsku. Każdy z nas ma jakiś talent, lub raczej konstelację talentów, które są przydatne dla globalnego przedsiębiorstwa. Mój niemiecki kolega łączy serdeczność i kulturę osobistą ze skrupulatnością, co pozwala skutecznie posuwać nerwowe projekty. Moim atutem jest łączenie zamiłowania do rozwiązań informatycznych z czerpaniem radości z pracy z ludźmi.

Każdy z nas, na którymś etapie, odkrył co jest jego unikalną siłą. Rozwinięcie tych sprawności pozwala nam wciąż być sobą i być coraz bardziej unikalnymi w tym co wnosimy do pracy.

Droga I, może takie postawienie sprawy utrudni Ci znalezienie szybkiej recepty na podróże służbowe. Myślę, że nie ma szybkiej recepty po odczytaniu, której każdy amator wyjazdów miałby załatwioną delegację w ciągu kilku tygodni. Jeśli chcesz zrealizować swoje marzenie zwiedzania świata na koszt pracodawcy, to radzę, znajdź się we właściwej firmie, we właściwym czasie, gdy potrzeba im Twoich niepowtarzalnych talentów.

10 myśli nt. „Co ma zrobić I., aby podróżować służbowo?

  1. Vroo

    Myślę, ze istotne jest też, na ile pozwoli firma, która nas w te delegacje wysyła. Ci, którzy zazdroszczą korpo-podróżnikom, zapominają często że podróżuje się po to by pracować, a nie na odwrót.

    Kolegę wysłała korporacja do Indii i to co zapamiętał to głównie droga taksówką z biura do hotelu… Dlatego nie wspomina dobrze tego wyjazdu, chociaż teraz, przy kolejnym wyjeździe załatwił sobie, że poleci tydzień wcześniej i spędzi tam parę dni urlopu. Wtedy jego wspomnienia będą całkiem inne. 🙂

  2. Lidka

    Zaciekawil mnie Twoj post z kilku powodow. Pracujac jeszcze w Polsce w swojej pracy od 8-16, przewidywalnej i malo wyjazdowej zawsze bedac na lotnisku podziwialam tych, ktorzy wyraznie wyrozniali sie tam bedac w celach zluzbowych. Podziwialam tych,ktorzy jeszcze w latach 90 wyciagali laptopy i z zamilowaniem wstukiwali tam jakies sluzbowe notatki. w hotelach schodzili na sniadanie w swoich nieskazitelnych garniturach albo kobiety w pieknych stylowych prostych ale jakze klasycznych czarnych spodniach i marynarkach. Powiem szczerze jako kobieta pracujaca ale nade wszystko pilnujaca domu i dzieci zazdrosclam im ale tez mojemu mezowi jego szkolen wyjazdow i takiego troche nieprzewidywalnego zycia a pracujacych z nim kobietom sluzbowych samochodow czy zapachu duty free za w sumie sluzbowe pieniadze. Ja to mialam ale jako turystka nie dlatego, ze sobie na to zapracowalam kreatywnoscia czy genialnoscia swego umyslu. A potem nagle to wszystko zaczelam miec i przekonalam sie na wlasnej skorze, ze cena jaka sie placi za takie zycie jest czasami bardzo duza i warto sie zastanowic czy ja chcemy naprawde zaplacic, czy nie lepiej zostawic to mezowi (jezeli to lubi)a samemu pilnowac domu i dzieci i pracowac od 8-16 chociaz bez fajerwerkow. Chyba, ze nie zalezy nam na rodzinie bo nie da sie w zyciu miec wszystkiego. Po ktoryms tam wyjezdzie mialam dosyc wstawania na samolot kiedy dzieci spaly w domu, spania w hotelu sama bez meza, jezdzenia wynajmowanym samochodem w zupelnie innym kraju, wracania do domu z perspektywa ze mam luke w zyciu dzieci ok tygodnia. Na lotnisku zazdroscilamm tym, ktorzy byli w klapkach i krotkich spodenkach z siedzacymi obok moze troche znudzonego meza z wiecznie jedzacymi i pijacymi dziecmi. Teraz jest mi dobrze. Mam to z czym jest mi dobrze i to sie chyba w zyciu liczy, zeby nie miec marzen, ktore sie nie spelnilo. Kobiety na sile czesto chca w dzisiejszych czasach byc jak mezczyzni i super im to wychodzi, ale czy jednak nie zostalysmy stworzone do tego by tworzyc rodzine i dom dla dzici i meza?.Dzisiaj lansuje sie inny model ale czy dzieci na nim wychowywane sa naprawde jak my kiedys szczesliwe i mezowie sami w domu. Troche dlugi komentarz…..przepraszam

  3. Swojak Autor wpisu

    @Vroo: Tak jest. Podróżuję, by pracować. Co więcej podczas wyjazdów dzień pracy mam zwykle dłuższy niż w domu. Latam służbowo od kilkunastu lat. Widzę ewolucję swojego podejścia. Przed dziesięcioma laty zdarzało mi się być poza domem przez parę miesięcy (na przykład uczestnicząc w rozwijaniu naszego biznesu w Australii). Pracowałem jak wariat. W weekendy odrobinę zwiedzałem, ale głównie dochodziłem do siebie. Teraz też mam okresy instensywnego podróżowania. Lecz zwykle jadę na dwa tygodnie. Weekend w środku podróży staram się dobrze wykorzystać. Bywa, że w wolny dzień wstaję sporo wcześniej niż zwykle, aby dotrzeć do jakiegoś odległego miejsca. Mając możliwość latania w klasie biznes, zwykle proszę zamiast tego o bilet ekonomiczny i wnioskuję do firmy o kilkaset dolarów rekompensaty. Ja jestem zadowolony, bo mam „kieszonkowe” na swoje ekstrawagancje, a firma jest do przodu na parę tysięcy dolarów różnicy w cenie biletu.
    Reasumując, powiedziałbym, że to bardziej zależy na ile się z firmą dogadam, niż na ile ona pozwoli. Firma to procedury i finanse, ale zarządzają nimi ludzie, z którymi można się dogadać.

  4. Swojak Autor wpisu

    @Lidka: Twój komentarz mocno przypadł mi do serca. Dzięki obrazowości Twoich słów widziałem te sytuacje, o których napisałaś.
    Cieszę się, że pokazałaś drugą stronę podróży. Szczególnie ważne jest dla mnie to, że napisałaś o Twoim kobiecym spojrzeniu na wyjazdy. To może być cenne dla naszej młodszej koleżanki, która rozpoczyna realizację swojego marzenia.
    Dodam od siebie jaki obraz „podróżniczek” widzę w mojej pracy. Znam takich, które od zawsze podróżują. Podróżowały w trzydzieste urodziny, potem w czterdzieste urodziny, a biologiczny zegar odmierzał im czas. Czas jaki natura im nadała na dobór partnera minął przy doskonale i z oddaniem realizowanych projektach. Jedna z nich koło czterdziestki zaczęła dość otwarcie opowiadać wśród znajomych, że szuka męża. Powiem brutalnie: po co komu taka żona. Chyba nie byłem odosobniony w postrzeganiu szans matrymonialnych naszej przepracowanej koleżanki, bo z tego co wiem, wciąż jest sama i nadal brak jej czasu na chwilę rozmowy, bo mam masę roboty. Inna koleżanka jest koło sześdziesiątki. Trudno z nią wytrzymać. Osoby bliżej znające jej sytuację mówią, że bardzo źle znosi myśl zbliżania się do samotnej emerytury.
    Czy można pogodzić częste podróże do odległych krajów z rolą żony i matki? Czy to coś innego niż rola męża i ojca?
    Moja odpowiedź na obydwa pytania jest twierdząca. Moim zdaniem wymaga to zmiany ról. Kobieta staje się męska, a mężczyzna kobiecy. Znam dwa takie małżeństwa. Żony mają kobiece ciała, ale styl pracy i życia już zdecydowanie męski. Krok po kroku, rok po roku wspinają się po biznesowych drabinach. Mają mężów, którzy „matkują” dzieciom, prowadzą dom i wiernie czekają na powrót głównego żywiciela rodziny z delegacji.
    Widzę, że morał z tej opowieści jest taki, iż będąc kobietą realizującą marzenie o przemierzeniu globu na koszt pracodawcy, warto się wykazać większą zapobiegliwością w kwestii założenia rodziny, niż ma to miejsce w przypadku mężczyzny. Może oburzony zwolennik równouprawnienia zada w tym miejscu pytanie, w czym niby kobiety są gorsze, że miałyby być ostrożniejsze od mężczyzny. Moja odpowiedź: kobiety dostały inne dary od natury. W młodości są naturalnie atrakcyjne i pociągające dla mężczyzn. Z upływem lat coraz trudnej, bez wysiłku, wywołać zachwyt samców. Zaś faceci, takimi czy innymi atutami, znajdują partnerki na każdym etapie swojej drogi do starości.
    Z tego prostego powodu sugerowałbym koleżankom szukanie męża, gdy kwiat kobiecości jest w rozkwicie, a nie ryzykowanie momentu, gdy jego ubarwienie jest podtrzymywane kosztowną chemią.
    Myślę, że bez względu na rozwój rynku pracy, bez względu na wszelkie rewolucje przemysłowe i postprzemysłowe, jesteśmy częścią natury. Także nasze ciała są jej częścią.

  5. Orest Tabaka

    Z przyjemnoscia przeczytalem post jak i komentarze pod nim, zwlaszcza Lidki. Do tematu niewiele moge dodac, bo podrozuje na wlasny koszt nie majac pracodawcy… niemniej chetnie go za chwile rozpowszechnie po SM.

    Pozdrawiam z busa z Toronto do Montrealu!

  6. Moni

    ze smutkiem przeczytalam przedostatni komentarz, ktory odzwierciedla nasze polskie ,tradycyjne myslenie wh wzoru:
    „znajdz chlopa i siedz babo i rodz dzieci bo pozniej bedziesz stara i nie bedziesz mogla” .
    Jako kobieta i to kobieta pracujaca i podrozujaca osmielam sie nie zgodzic. Fakt , natura daje nam okreslony czas na jakkolwiek rozumiane „zalozenie rodziny” ale nie znaczy to ze mamy rezygnowac ze swoich marzen.
    Ja, od dziecka podrozuje, mieszkam za granica, latam srednio raz w miesiacu i nie wyobrazam sobie innego zycia. Zgadzam sie ze ciagle bycie w delegacji nie jest najlepsza opcja ale przeciez mozna pogodzic bycie zona, mama z mozliwoscia wyjazdu od czasu do czasu:-)

  7. Swojak Autor wpisu

    @Orest: pozdrawiam z Auckland
    @Moni: moim zdaniem realizacja marzeń to super sprawa, tak długo, jak zdajesz sobie sprawę z ceny jaka jest przypięta do marzenia, które właśnie ścigasz;

  8. Lidka

    Moni ja nie mysle, ze to myslenie wedlug polskich schematów ale myslenie oparte na doswiadczeniech i nie ma tu znaczenia czy polskich i mysle rowniez, ze nie sa to schematy ale fakty. Fakty, ze nie da sie byc w dwoch miejscasch rownoczesnie myslami i sercem. Nie da sie czytac dzieciom ksiazek na dobranoc i byc w delegacji we Floreencji. Oczywiscie mozesz to robic przez Skype w przerwie pomiedzy spotkaniem a kolacja tyle , ze dzieci wyczuja, ze wlasnie sciszylac komorke. Powiem wiecej mozna z duzym powodzeniem wychowac dzieci bez tych wszystkich otoczek, obiadow rodzinnych i pytan co tam w szkole przy obiedzie. Dadza sobie swietnie rade pojda w slady matki odnoszacej sukces ale wiem tez jedno a mam trojke dzieci, ze tak jak zeby odnoscic sukces w pracy trzeba tej pracy poswiecic i serce i czas i mysli tak przy wychowaniu dzieci – nie da sie ich wychowac nie poswiecajac temu wychowaniu czau. Potrzeba go znacznie wiecej, ale to kwestia decyzji i wyboru zycia jakie chcemy dla naszych dzieci. Od niedzieli nie ma mnie w domu. I wiem, ze swiat sie nie zawali, maz odpocznie ode mnie i moze zateskni, corka ugotuje curry ktorego ja nie lubie a synowie pograja w gry komputerowe bez limitow czasu i bez pisania po polsku notatek z historii i przyrody. Moze pies dostanie depresji. Ja tez odpoczne od motywowania ich, wychowywania i inspirowania. Ja tez odpoczywam nawet jak pracuje. Ale nie oszukuje sie, ze mam wplyw na to co robia – bo nie mam. Ciesze, ze ze wszyscy mamy przerwe w wychowywaniu. Ale decydujac sie na prace w firmie ktora wymaga od nas wyjazdow nie mozesz powiedziec – robie przerwe w wyjazdach, bo na Twoje miejsce jest kilku innych. I juz ostatnia mysl. Kobiety wymusily na pracodawcach rownouprawnienie. Ale czy naprawe kobieta np w szostym miesiacu ciazy ma takie same wymagania i mozliwosci jak facet nawet mniej od niej blyskotliwy. I mysle Moni, ze nie nalezy sie buntowac i oburzac kiedy faceci przedstawiaja swoj prawdziwy i szczery punkt widzenia…..oparty na faktach a to wiem juz ze swoich babskich doswiadczen. Pozdrawiam cieplo i zycze szczesliwego domu i dzieci. L

  9. chordad

    Witaj

    a w jaki sposób odkryłeś „swój unikalny zestaw talentów”
    wiedziałeś od zawsze co Cię kręci/co lubisz/w czym jesteś dobry?,
    czy robiłeś wiwisekcję za pomocą jakichś testów, grup wsparcia/rozwoju itd itp?

  10. Swojak Autor wpisu

    @chordad: myślę, że to wyszło poprzez działanie; podejmowałem się rozmaitych działań i widziałem, które dają mi więcej radości i w których jestem skuteczniejszy; zgadzam się z kimś kto powiedział, że odkrycie swojego powołania to wieloletni proces i klaruje się bliżej czterdziestego, niż dwudziestego roku życia; uważam, że najlepszym testem naszego potencjału i pasji są rzeczywiste sytuacje życiowe, gdy dochodzimy do granic swoich możliwości

Możliwość komentowania jest wyłączona.