Żarcie w Kuala Lumpur, czyli u Malaja od Chinki, w biurze Hindusa.

Jestem w Malezji. Chyba trzeci, a może czwarty raz. Wpadłem tu na tydzień, aby dokończyć szkolenie nowego człowieka w naszym zespole. Jego szefowa wylądowała na porodówce szybciej niż to było planowane, więc wpakowałem do walizy prezent dla nowonarodzonej Chinki i poleciałem zrobić szkolenie Malajowi. Wyzwaniem było znalezienie dogodnego terminu, bo facet jest w trakcie przygotowań do ślubu – a u tutejszych muzułmanów to zawiła i wielotygodniowa procedura. Po przylocie miła niespodzianka; okazało się, że mam do dyspozycji przestronne biuro tutejszego szefa, bo trwa hinduistyczne święto światła Diwali, więc on z tego powodu ma wolne.

Powyższy akapit dość wiernie oddaje koloryt religijny i etniczny Malezji. Liczebnie dominują Malajowie wierni islamowi. Natomiast w biznesie, szczególnie w sektorach zaawansowanych technologicznie jest sporo Chińczyków, którzy stanowią ponad jedną piątą populacji. Hindusi to około 7% mieszkańców Malezji. Swoje ślady zostawili też kolonizatorzy, więc tu i ówdzie są też chrześcijanie.

Lubię jeździć w delegacje do Kuala Lumpur. To jedno z moich ulubionych miast. Jak będziecie mieć szczęście tutaj dolecieć to pewno zdziwicie się, co ja takiego widzę w Malezji. Ani tu szczególnie ładnie, ani brzydko. Ceny w miarę przyzwoite, ale uderzająco tanio też nie jest. Można bezpiecznie mieszać się z tłumem, ale warto mieć się na baczności. Restauracje są prowadzone dość porządnie, ale jedzenie w przygodnych lokalach grozi problemami żołądkowymi. I tak dalej.

Chociaż może warto na chwilę zatrzymać się przy temacie posiłków. Tutejsze spektrum kulinarne jest odpowiednikiem tygla etnicznego Malezji. Mam przekrój wszystkich kuchni azjatyckich. Do tego zwykle są to kucharze z pierwszej ręki. Jako, że lubię próbować wszelakich potraw to lunche i kolacje są dla mnie najciekawszymi elementami dnia. Mój malezyjski podopieczny wymyśla miejsce posiłku, a ja zdaję się na jego sugestie przy wyborze menu. Próbuję wszystkiego. Zwykle zjadam do końca. Poddałem się tylko raz, przy deserze z cukrowych żelek polanych sokiem kokosowym i posypanych tłuczonym lodem z masą cukru. Mój lokalny kolega też ledwo co napoczął swoją porcję, więc czuję się rozgrzeszony.

Niedawno zastanawiałem się nad tym, co ciekawego jest wciąż – po odwiedzeniu kilkudziesięciu krajów – w moich podróżach służbowych. Wyszło na jedzenie. Po prostu chodzi o żarcie. Coraz to nowe, inne potrawy. Mieszanie smaków i składników, których wcześniej nie doświadczałem. To jest dla mnie główna frajda.

Kiedyś powiedziałbym, że atrakcją jest różnorodność spotykanych ludzi. Faktycznie moi współpracownicy reprezentują znakomitą paletę narodów, ras i religii. Po okryciu jak bardzo podobne mamy pragnienia i marzenia, bez względu na miejsce urodzenia, wolę pomruczeć przy herbacie z przyjaciółmi z mojej podwarszawskiej okolicy, zamiast lecieć w tym celu na koniec świata.

Kiedyś cieszyłem się na myśl, że w delegacji zobaczę inne, egzotyczne, nietypowe miejsca, budowle, rośliny i zwierzęta. Zobaczyłem ich sporo. Lecz oglądałem je przez szybę – dosłownie lub w przenośni. Uznałem, że poznawanie zakątków Ziemi jako turysta w autokarze, z aparatem i plikiem dolarów to strata mojego czasu. Mimo masy pieczątek w paszporcie, odbyłem tylko kilka podróży. Bowiem „podróż” to dla mnie zamieszkanie wśród lokalnej ludności, na warunkach zbliżonych do ich egzystencji. Taką podróż odbyłem kiedyś z mojego rodzinnego miasta do Lublina, potem była podróż do Warszawy, potem do podalpejskiej wioski w Szwajcarii. Być może jeszcze mogę powiedzieć, że mój kilkumiesięczny projekt w Sydney to też była podróż. Reszta to pusta turystyka. Zamiast własnych zdjęć i opowieści zawodowych przewodników, wolę raz na jakiś czas zobaczyć filmy Wojciecha Cejrowskiego. W jego podróżach widzę prawdę podróżnika. Niniejszym serdecznie kolegę Cejrowskiego pozdrawiam i przesyłam wyrazy uszanowania.

Czyli jak widzicie w mojej delegacji najważniejsze są diety. Absolutnie nic do tego nie mają diety rozumiane jako dostosowanie ilości i rodzaju pokarmu do potrzeb organizmu. Bowiem podczas moich wyjazdów żarcie przekracza tak potrzeby, jak i momentami możliwości przewodu pokarmowego. Zatem najważniejsze są diety, czyli to, że korporacja utrzymuje mnie w podróżach służbowych.

Piszę to po zjedzeniu ostatniej kolacji w Kuala Lumpur. W hotelowym pokoju bulgocze czajnik, za chwilę powtórnie zaleję zieloną herbatę i puszczę ten wpis w partycje amerykańskiego serwera goszczącego mojego bloga. Jutro pakuję bagaż i poprzez zalany Bangkok oraz bogaty Frankfurt lecę do domu.

A jak Wasza turystyka? A może podróżowanie? Napiszcie. Miło będzie się nawzajem ubogacić wymianą myśli.

2 myśli nt. „Żarcie w Kuala Lumpur, czyli u Malaja od Chinki, w biurze Hindusa.

  1. Orest Tabaka

    Uwielbiam czytać Twoje subiektywne odczucia z takich wyjazdów… są one inne od tych, które skupiają się na budowlach, zabytkach itd. 🙂

    Natomiast moje podróżowanie obraca się głównie wokół obserwacji ludzi – lubię patrzeć na zwyczaje danego miejsca, styl życia i co ciekawsze przeszczepiać na swój grunt: np. ze Szkocji przywiozłem utrzymywanie kontaktu wzrokowego z przechodniami i wymianę serdeczności z napotkanymi ludźmi (w tym „hej” do obsługi sklepów), z Hiszpanii umiejętność chilloutowania, luz i większą akceptację dla źle zaparkowanych aut, porysowanych zderzaków czy gałęzi opadających na chodnik itd. 🙂

  2. Monika

    Hej Swojak,
    Poznajesz świat przez kulinarne smaki różnych krajów :-). Tak kuchnia jest fajnym odzwierciedleniem kraju, nie tylko jego bogactwa w rośliny, zwierzęta, przyprawy ale także sposobu mieszania tych składników, sposobu podania i kultury spożywania. Też próbuję lokalnych przysmaków, szukam miejscowych owoców na targach, jadłam owada ( tylko jednego ! ) w Azji 🙂 – żyje 😀

    Cejrowski super – pisze ciekawie i z humorem, lubie też bardzo Kapuscińskiego, którego zwiedzanie świata mi imponowało. Poznajemy świat przez ludzi których spotykamy, z którymi rozmawiamy i jesteśmy. Chodzimy do miejscowych pubów, na targi owocowe, na publiczne plaże, siadamy pod pomnikami – zawsze znajdzie się ktos kto podejdzie i zacznie opowiadać, pokazywać, rozmawiać, pytać.

    Serdeczne pozdrowienia
    Monika

Możliwość komentowania jest wyłączona.