Na promie pisane na kolanie.

Siedzę na promie z wyspy Waiheke na stały ląd. Dobry moment na zebranie weekendowych wrażeń.

Zgodnie z przewidywaniami, zobaczyłem piękne miejsca i bezproblemowo żyjących ludzi.
Może Nowa Zelandia nie jest rajem na Ziemi, ale wiele jej do tego nie brakuje.

Pewno gdyby na promie tak nami nie miotało, to bylibyśmy krok bliżej do raju. Siedzę na górnym poziomie, a fale i tak przelewają się przez osłony z tworzywa sztucznego. Póki daje się pisać, to wracam do podsumowania mojej turystyki.

Sobotni lunch i jego kontekst miło zapadły mi w pamięć. Około półtorej godziny jazdy na północ od Auckland jest winnica, którą poleciła mi koleżanka z pracy. Jak się domyślacie, winnic w tym kraju jest pod dostatkiem, więc to chodziło o coś innego niż wypicie lampki czerwonego wina. Szczególnie, że znajomy Nowozelandczyk stwierdził, że pije białe lokalne, a czerwone australijskie.

O kurcze, wciąż mocno buja promem. Chyba wiem dlaczego facet obok mnie pije piwo z dwóch butelek na raz. Jedna to pewno za małe znieczulenie.

Wracam do tematu. Otóż wspomniana winnica jest galerią sztuki na otwartym powietrzu. Sztuka tam jest współczesna i do tego nowozelandzka, więc uznałem, iż może do mnie coś trafi  z artystycznej kreatywności. Eksponatów było ze czterdzieści. Graffiti na drzwiach drewnianego wychodka oraz namiot z folii odblaskowej średnio do mnie przemówiły. Lecz już mosiężna tabliczka z napisem „‚to drzewo zastało powalone dla upamiętnienia porzuconej nadziei” wmurowana obok starego pnia, bardzo mi się spodobała. Znalazłem też inne tabliczki w podobnym stylu. Zachęcały do refleksji na zmarnowanymi intencjami, nierozwiązywalnymi różnicami i zniszczonymi marzeniami.
Dwukilometrowy szlak artystyczny prowadził przez leśne ścieżki, zahaczał o małe jeziora, wspinał się na szczyt okolicznego pagórka i oplatał winnicę, z której żyją właściciele tego domu kultury pod gołym niebem. Czyli trzy w jednym: posiłek, wycieczka po winnicy oraz wizyta w galerii.

Pozostałą część relacji piszę już z lądu. Czuję się dużo lepiej, gdy podłoga stoi w miejscu.

Po sobotniej włóczędze samochodem, w niedzielę wypuściłem się na wodę, czego ślady są powyższych kawałkach tekstu.
Płynąc promem kilkadziesiąt minut na wschód dotarłem do wyspy Waiheke. Piękna wyspa słynąca z winnic, plaż i celebrytów, którzy ukrywają się w zacisznych willach ukrytych wśród zarośli i pagórków.

Tak wyglądało moje spotkanie z północną wyspą Nowej Zelandii pośrodku tutejszej zimy. Mam tu wrócić na wiosnę, czyli… w listopadzie.