Czołgiem po osobówkach, ciąg dalszy, czyli „fajnie, tylko jak tego dokonać?”

Tydzień temu pisałem o praktykach empikopodobnych. Skomentował to telemach na blogu oraz A.J. na mojej facebookowej ścianie.

Telemach zadał serię pytań:
„Co na to konsumenci? Co na to organizacje konsumenckie? Jaka jest pozycja organizacji przedsiębiorców? Co na to prawodawca? I co na to diktum mówi konkurencja?”
Oczywiście znał odpowiedź, co brzmiała „nic”.
Ja sobie pojadę po tych odpowiedziach szerszym strumieniem słowotoku.
Konsument: płacze i płaci. Świadom biznesowego bandytyzmu empiku, szukałem w innych księgarniach książki, która u nich była za 32 złote; w końcu znalazłem w wysyłkowej księgarni w Dąbrowie Górniczej za 29 złotych. Morał z tego taki, że konsument nie musi przepłacać w empiku, może przepłacać w dowolnym innym sklepie.
Organizacje konsumenckie: przepraszam, jakie organizacje? Organizacje i działalność społeczna to staroświecki wymysł komunizmu; nowoczesny Polak ma gotową do użycia serię żartów o śmiesznych ludziach, co robią z siebie pośmiewisko bezpłatnie zawracając głowę innym.
Organizacje przedsiębiorców: to ja się mam martwić tym, że mojego konkurenta ktoś legalnie oskubał? Z innymi przedsiębiorcami to my możemy zaapelować, żeby VAT był niższy, ale wtrącać się niewidzialną rękę wolnego rynku?
Prawodawca: ależ trzeba pilnie zająć się ustawami o układaniu asfaltu pod autokary kibiców 2012 oraz dolewaniu oliwy do ognia w bliskich mordobiciu pyskówkach miłujących kobiety socjaldemokratów z kochającymi nienarodzone dzieci katolikami.
Konkurencja: patrz punkt o konsumentach (tj. konkurencja też się wyżywi przy takim ustawieniu rynku).

Czy ja chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy beznadziejnie głupią społecznością, która jest skazana na bycie kolonią dostarczającą światu wykształconych niewolników i naiwnie otwarty, chłonny rynek zbytu dziadowskich produktów o luksusowych cenach?

Nie. Ja chcę powiedzieć, że jest przed nami nadzieja. Widzę nadzieję w tym, że zaczniemy chronić to co zdrowe i normalne. Do tego potrzebujemy odwagi w wyrażaniu swoich opinii o tym co jest normalne, a co chore. Do tego potrzebujemy odwagi posiadania własnego zdania. Zaś własne zdanie przychodzi z pakietem zaakceptowania tego, że mogę nie mieć racji, mogę się pomylić, mogę powiedzieć głupotę i przyjąć tego konsekwencje. O ileż to trudniejsze od wysłuchania w radiu jakie poglądy są w tym sezonie „obciachowe”, a jakie modne, i potem bezmyślnego ich powtarzania w pracy, w szkole, na ulicy i w rodzinie.

A.J. napisała: „fajnie, tylko jak tego dokonać? to chyba nasza narodowa przywara, bo generalnie mamy tendencję do takiego właśnie traktowania sprzedawców, uważając, że jako klienci mamy do tego prawo, a duzi tylko robią to w większej skali… może warto zacząć od wpajania szacunku do innych, w tym sprzedawców, naszym dzieciom?

„Szacunek.” To jest chyba słowo klucz. Czy tego u nas nigdy nie było? Czy było, ale gdzieś zaginęło?
Szacunek do człowieka. Tak po prostu, szacunek bo jest człowiekiem. Może być kasjerką, taksówkarzem, posłem, policjantem, uczniem, ochroniarzem, pacjentem, parafianinem, byłym ubekiem, prostytutką, nowobogackim, podwładnym, sąsiadem, własnym dzieckiem. Jesteś człowiekiem i odnoszę się do Ciebie stosownie do tego.

Czyli może potrzebujemy pary innowacji: odwagi bycia sobą oraz nawyku szacunku dla człowieka.
Może wtedy ci, co lubią działać społecznie stworzą obywatelską alternatywę dla Federacji Konsumentów, a inni konsumenci z szacunkiem będą wspierać działania dla dobra wspólnego. Może biznesmen widzący krzywdę swojego konkurenta głośno powie co mu dyktuje sumienie i stanie w obronie niszczonego kolegi. Zaś inni przedsiębiorcy uszanują taki gest. Może w parlamencie głos zabierze poseł, który zamiast „zwycięstwa w walce o utrzymanie władzy” będzie widział sposoby wspólnego z wszystkimi parlamentarzystami tworzenia prawa, by budować zdrowe ramy biznesu w Polsce. Zaś jego partyjni koledzy uszanują przełamanie partyjniackiego prymitywizmu.
Może konkurent będzie sprzedawał książki z 20% marżą, bo uzna, że tyle jest w porządku wobec czytelnika. Itd.

To wszystko chyba jest tak proste, jak uświadomienie sobie, że każdy z nas odpowiada za to jak żyjemy tu i teraz. Jest to chyba też tak trudne jak wyrwanie się z odmóżdżającego hipnotycznego snu wędrówek po telewizyjnych kanałach, korytarzach galerii handlowych, witrynach salonów samochodowych i  ucieczki przed samym sobą w dużych ilościach wysokoprocentowego alkoholu.

19 myśli nt. „Czołgiem po osobówkach, ciąg dalszy, czyli „fajnie, tylko jak tego dokonać?”

  1. Jakub Petrykowski

    IMO młode pokolenie ma teraz zasadniczy problem z angazowaniem się w dobro wspólne. Dlaczego?

    Kto mi odpowie na to pytanie:

    „co *ja* mogę zrobić, żeby poprawić polską rzeczywistość?”

    Mówimy o skali — poprawić rzeczywistość w obszarach, gdzie jest w oczywisty sposób gorsza niż gdzieś indziej na świecie, np. głupie przepisy, masowy alkoholizm, niekompetentni politycy walczący o władzę a nie o przyszłość kraju, kiepskie media itp.

    a) idź głosuj! – niestety z punktu widzenia jednostki jej głos nie ma żadnego wpływu na wynik wyborów, a co więcej – co ma zrobić ‚wyborca’, który nie ma opcji politycznej którą by popierał (w której skuteczność, program i dobre intencje by wierzył)?

    b) jak nie masz na kogo głosować, to załóż własną partię – no niestety mało kto to umie, ma zasoby, kontakty i jest to gigantyczna inwestycja, zastępująca pracę full time. Większość nie może na to pójść.

    c) bądź uczciwy na co dzień, dobry, … – well OK, ale jaki to ma wpływ na świat dookoła mnie? Poza tymi 100 ludźmi na rok, z którymi wejdę w kontakt, nie ma żadnego dużego;

    na kilka z tych osób może mieć duży jak często będę przy nich okazywał zachowaniapożądane i oni to będą kopiowali (uczenie innych przez pozwalanie im obserwować siebie leadership by example)

    d) poza normalnym codziennym życiem „zaangażuj się” – no tak, ale w jakiej organizacji, skoro to przede wszystkim „władza” tworzy rzeczywistość, którą chcemy naprawiać (urzędy, ustawy itp.), a na nią nie mamy wpływu; plus ludzie jako masa to grupa, w której zachowania chcemy poprawiać, ale na skalę jednostek to nic nie da.

    No to ja czekam na jakąś propozycję, co w kraju takim jak Polska może zrobić jednostka, zakładając, że nie może poświęcić na to więcej niż kilka-kilkanaście godzin w tygodniu (typowy scenariusz: rodzina, przyjaciele, praca, szkoła – to zabiera mnóstwo czasu).

    Jakie macie propozycje, i jak przekonacie taką osobę, że warto z jej strony poświęcić tyle a tyle pracy i wysiłku za taki impact (wpływ) jaki ona wywrze takim działaniem? Jak przekonacie, że warto zaryzykować taki wysiłek? (efekty rzadko kiedy są gwarantowane i widoczne!)

  2. Swojak Autor wpisu

    @Jakub: ja wiem co JA mogę zrobić; Tobie mogę chyba tylko zaproponować, abyś poszukał metod wydobycia z Twojej głowy i z Twojego serca tego co TY możesz zrobić. Uważam, że to moje zadanie, aby uznać jaka jest skala działań na moją miarę i działać stosownie do tego.
    Ja to widzę tak, że ja odrabiam moje zadanie, a Ty odrabiasz Twoje.
    Zejdźmy do konkretów. Co ja robię? Założyłem firmę, która za cel stawia sobie dużą zmianę w polskiej edukacji. Ja jestem człowiekiem wielkiego pomysłu i wielkiej energii, więc postawiłem przed sobą zadanie na miarę moich marzeń. Pewno będę miał spory wpływ na kawałek otoczenia, ale pewno pustelnik siedzący w tym samym czasie na wielogodzinnych medytacjach może mieć na świat o niebo większy wpływ niż moje aktywne działania.
    Bo co do skali wpływu jednostki na większe grupy słyszałem rozmaite zdania. Ten temat ma dla mnie wiele wymiarów. Widzę to inaczej niż Ty. Pewno każdy ma rację na swoją potrzebę.
    Ja sądzę, że mam duży, a momentami bardzo duży wpływ na innych. Jak pomyślę o tych wszystkich osobach, do których docieram; jak pomyślę o tych inicjatywach, do których się dokładam; jak pomyślę o dynamice dobrego słowa, które puszczone wśród ludzi idzie dalej to uważam, że warto bym był świadom każdego wypowiedzianego zdania lub wykonanego gestu, bo one się odciskają na Ziemi.
    Znowu jak o tym myślę, to zamyka się to w tym, co napisałem w artykule powyżej: potrzebuję odwagi by być sobą i pokory, by szanować innych.

  3. Anetta Janowska

    Przypomina mi się w tej chwili pewna rozmowa. Jakiś czas temu rozmawiałam z jedną moją belgijską znajomą, której właściwie nie uważałam za wielką intelektualistkę. Było to na imprezie, nastrój dość swobodny. Opowiadałam jej o mojej pracy naukowej… a ona mi ta to: edukacja, to tym powinnaś się zająć. Najważniejsza jest edukacja.
    Zapamiętałam to i dziś dochodzę do wniosku, że to jest właśnie to!
    Odwagi i szacunku mogą nauczyć nas rodzice. Właściwie powinni. Niektórzy uczą, ale jest ich chyba zbyt mało. Większość zdaje sobie sprawę, że powinna raczej uczyć swoje dzieci przebojowości, tupetu, by potrafiły się bić o swoje.
    Szkoły z kolei ograniczają się do tego, żeby „zrealizować program”. Żeby określony procent uczniów wpisał krzyżyki we właściwe miejsca w durnych testach. Nie zadaje się już pytania „dlaczego”.
    I co z tego mamy? Ludzie nie myślą. Bo nikt ich tego nie nauczył. Nie zastanawiają się nad tym, co mogą zrobić innym (złego), co mogą zrobić dla innych (dobrego). I że im samym przez to będzie lepiej. Te połączenia w mózgu muszą się wytworzyć, aby działania w dorosłym życiu mogły pomóc im się wzmocnić.
    Dość charakterystycznym przykładem takich właśnie ludzi są, niestety, moi studenci. Ponieważ pracuję (pracowałam) w szkole „zawodowej”, mogłam obserwować studentów i ich podejście do uczenia się, do współpracy z innymi. Oni chcą się najczęściej nauczyć jednego: jak od razu po studiach móc zarabiać dużo kasy. Takich biznesmenów kształcimy. Bez wiedzy. Bez etyki. Bez rozumu.

  4. Kartek

    Wybaczcie ale nie wierzę w jakieś dzialania edukacyjno wychowacze obliczone na dziesiątki lat. To moim zdaniem jest tworzenie utopii, jakiś wyłączonych z tutejszego klimatu i reguł życia enklaw społecznych, ktore maja promieniować dobrocią czy chocby elementarną przyzwoitością czy porządkiem. Moim zdaniem społeczeństwu by otrzeźwiało potrzebny jest wstrząs, jakaś bolesna trauma. Pisałem ostatnio kilka tekstów na podstawie tutejszych archiwów (tzw Ziemie Odzyskane) i wspomnień tuż powojennych. Byłem zdumiony jak sensownie osiedleńcy budowali sobie nowe zycie. Jak to wszystko sprawnie szło, organizowało się. Byłem też zdumiony płynącą z tekstów wspomnieniowych witalnością, radością, nadzieją, życzliwością dla ludzi. Oni po koszmarze wojennym po prostu chcieli sobie życie wygodnie urządzić – chcieli żyć.
    W historii jak w biologi po wstrząsach, chorobach zaczyna się witalność, nadrabianie strat, odbudowa… . Wszystko nabiera jakiegoś sensu. Tak więc moim zdaniem tylko głęboki społeczny wstrząs może wymusić zmiany o ktorych piszecie.
    Pozdrawiam

  5. Anetta Janowska

    To co, mamy wywołać wojnę po to, żeby ludzi nauczyć, albo też, żeby się sami nauczyli, że warto być uczciwym, mieć szacunek do innych itp ? Ciekawe podejście…
    To ja już chyba wolę swoją utopię.

  6. Kartek

    Anetta
    Trudno mówić o wywoływaniu wojny, bo niewiele mamy wpływu na procesy społeczne. To się przecież „samo dzieje”. Podałem drastyczny przykład wojny ale równie dobrze może to być kryzys, zapaść gospodarcza … . Coś co jest na tyle przejmujące, że przewartościowuje ludziom sposób myślenia.
    Pozdrawiam

  7. Swojak Autor wpisu

    @Kartek: „sprawnie szło, organizowało się”, „zaczyna się” – moim zdaniem by coś „się” zorganizowało potrzeba jednostek o odpowiednich kompetencjach, zarówno moralnych jak i społecznych.
    Czyli uważam, że organizm odrodzi się i okrzepnie po chorobie, jeśli przed chorobą był wystarczająco silny, by chorobę przeżyć. Na mój gust, jak sprowadzę wstrząs na słaby organizm to funduję mu pogrzeb.
    Zatem proponuję, że nim poprosimy Boga o kolejną wielką wojnę z kolejnym przygniatającym wrogiem. to dajmy sobie szansę na wychowanie jednego zdrowego pokolenia.

  8. Swojak Autor wpisu

    @Anetta: „najważniejsza jest edukacja” – myślę, że potrzebujemy też nowej-starej definicji edukacji. Uważam, że ważny (może najważniejszy?) kawał edukacji to rodzina. Zawodowi nauczyciele mogą być niezwykle pomocni jako partnerzy rodziców w edukowaniu dzieci.
    Jakoś niezwykle łatwo zbudowaliśmy sobie dziwaczną koncepcję, że po oddaniu dziecka do przedszkola skończyliśmy swój etap edukacji naszej pociechy. Od tego momentu delegujemy ten obowiązek na państwo. Czy zakładamy, że pięciolatek nauczył się od nas już wszystkiego co mogliśmy mu przekazać?
    Moim zdaniem edukacja ma przede wszystkim wykształcić człowieka, który odnajdzie swoją drogę przez życie i będzie inspiracją dla innych. Do tego potrzeba kogoś kto pracuje z dzieckiem z żarliwą miłością i pasją. Któż się do tego lepiej nadaje od ojca i matki? Jeszcze widzę nadzieję w dziadkach. Lecz wśród nauczycieli miłość do dziecka i pasja nauczania to – wg moich obserwacji – sprawy rzadkie i niemodne. Dlatego gorąco kibicuję tym co propagują zaangażowanie rodziców w pracę z własnym dzieckiem.

  9. Kartek

    Swojak
    A jakie masz w tej chwili przesłanki, by twierdzić, że jest już po chorobie? A kto zdiagnozował tę chorobę? Kto wyraził chęć leczenia? Jak na razie mniejszość ubolewa nad chorobą a większość jest przekonana, że się cieszy dobrym zdrowiem.
    Moim zdaniem określenie „samo się dzieje” sprawdza się w tych czasach zmiany, bo tak naprawdę nikt nie ma wpływu na to co się dzieje. Wewnętrzne przekonanie, że się ma wpływ na procesy społeczne niekoniecznie musi być realnym wpływem. To równie dobrze może być forma psychoterapii w obliczu niepokojąco nieznanego.
    Pozdrawiam

  10. Wasp

    @Jakub – „Największy błąd popełnia ten, kto myśląc, że może zrobić niewiele – nie zrobi nic” – cytat z książki „Zdążyć przed Panem Bogiem”.
    Ocean to zbiór małych kropli. Społeczeństwo to zbiór małych jednostek.

    @Swojak – cieszę, że działasz, aby zmienić, przeorganizować nasz system edukacji, który chyba z roku na rok ma się coraz gorzej. Co prawda nie wiem, jak się ma sytuacja po tej strasznie dużej zmianie w programie w gimnazjum i szkołach podstawowych. Śmiem twierdzić, że to jednak nie zmieniło nam młodzieży.

    Macie rację – dzisiejsza młodzież ma nie po drodze z etyką, empatią, czy po prostu myślą „nie chcę nikogo krzywdzić swoim zachowaniem”. Teraz liczy się szybki zysk, dużo kasy… i czasem jest to osiągane zgodnie z zasadą „po trupach do celu”.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Wasp

  11. Anetta Janowska

    @ Swojak
    No jasne, że najważniejsi są rodzice. Ale problem polega na tym, że jak oni są źle wyedukowani (nie o wiedzę mi chodzi, ale o życie), to tak samo będą postępować ze swoimi dziećmi. Po to, żeby zostać rodzicem nie zdaje się egzaminów. Każdy może. I często taki rodzic, jak tylko urodzi mu się dziecko „wie”. Spływa na niego tajemna wiedza. Ile razy słyszałam: jak będziesz miała swoje dzieci, to zobaczysz! A potem wiele takich dzieci, już jako dorośli, wypełnia gabinety psychoterapeutów, bo jednak okazuje się, że te działania rodzicielskie jednak takie właściwe nie były. I to jest błędne koło. Kiepscy rodzice produkują innych kiepskich rodziców. Powtarzane są te same schematy.
    Dlatego myślę, że z jednej strony warto propagować świadome rodzicielstwo ( i nie mam tu na myśli kwestii antykoncepcji 😉 ), polegające nie tylko na tym, żeby dziecko urodzić, ale też, żeby zapewnić mu – jak to ująć – właściwą opiekę psychiczną, właściwą edukację w sensie przekazywanych wartości itd.
    Z instytucją jest łatwiej, bo jednak można (przynajmniej teoretycznie) coś tam skontrolować, ustalić jakieś normy itd. Ale rodziców żadna instytucja nie zastąpi, nawet najlepsza…

  12. Ania

    Modzieza juz nie jestem, mlodziez to moje dzieci. Krytykujac mlodziez nie robimy nic lepszego niz „starcie pokolen”.
    „Oni sa beznadziejni, bo..” tyle razy to slyszalam… Bo nie speniaja mojego pomyslu na ich zycie 🙂

    Patrzac przez pryzmat moich dzieci i ich znajomkow nie uwazam, ze podstawa to szybki zysk i duzo kasy.
    Z drugiej strony, kto by nie chcial…

    A jedyna rada by cos zmienic? zaangazownie sie. Od osiedla, gminy, przez powiat itd.
    To proste. Dolaczyc do grupy badz porwac za soba innych. Konstruktywnie przec do przodu. Jasne,ze wymaga czasu i energii. A czy jest cosik za darmola?
    W koncu malymi kroczkami osiaga sie szczyty.

    Podoba mi sie Swojakowe spojrzenie na rodzine, jako podstawe. Tak, fajna rodzinka daje solidne podstawy i mocny kregoslup.
    Przerobilam, wiem. I udalo sie.
    Bycie razem, zaangazownie, sluchanie i szacunek.
    To wszystko smialo mozna przeniesc na grunt grupy, stowarzyszenia, zwiazku itp.

    Zycze, by nam sie tak chcialo, jak nam sie nie chce:)))

    Pozdrawiam upalnie

  13. telemach

    Tak sobie od czasu do czasu zaglądam i czytam. Szkoda, że dyskusja się skończyła. Bo najwidoczniej się skończyła.

    A przecież nie został poruszony temat moim zdaniem kluczowy. Temat indywidualnej odpowiedzialności za ostateczny ogólny bilans zaangażowania i obojętności. Nikt z nas nie odpowiada za społeczeństwo, naród, pejzaż polityczny naszego kraju.
    Każdy z nas odpowiada za własną obojętność, rezygnację, bezradność. To zgoda (lub niezgoda) na nie decydują o sensie i wartości naszego życia.

    Nie biedźmy się nad pytaniami kto, kogo powinien czego nauczyć. Uczymy się zawsze sami. Z pomocą tych, których obowiązkiem jest nam pomóc. A czasem wbrew nim. Jest to tylko pozorny paradoks.

    Zdanie, że „założenie partii politycznej, jest gigantycznym przedsięwzięciem finansowym i logistycznym, zadaniem przekraczającym możliwości jednostki”, chociaż noszące znamiona prawdy, budzi mój sprzeciw. Bo zakłada, że coś,jest niemożliwe, bo jest trudne. Jakże inaczej wygląda to jednak w momencie, gdy zaczniemy od naszego kawałka podłogi. Od inicjatywy obywatelskiej mającej na celu osiągnięcie konkretnego celu, w określonym miejscu i czasie. I wszystko jedno, czy będzie to czysty plac zabaw, zasadzenie dających cień drzew, pomoc niepełnosprawnym, kubek mleka w szkole, załatanie dziurawej jezdni, bojkot nieuczciwego przedsiębiorcy. Inicjatywy obywatelskie mają to do siebie, że co któraś z nich nie obumiera. A niekiedy rośnie. A jeszcze czasami łączy się z innymi, podobnymi – ponieważ zrzeszają one ludzi nieobojętnych. Czasem bywa ich tak dużo, że jednoczą się wokół nowych problemów. A potem przekształcają w partie polityczne. A te niekiedy, po długim okresie, obejmują władzę. Ten, kto prześledził stuletnią drogę którą przebyły początkowo małe związki zawodowe aby w końcu stać się rządzącymi partiami socjaldemokratycznymi w krajach Europy zachodniej będzie wiedział o co mi chodzi. ciekawa jest również historia pojedynczych inicjatyw obywatelskich w powojennych Niemczech. To, co było w latach 70tych kolorową zbieraniną obrońców przyrody, pacyfistów, anarchoidealistów, zwolenniczek równouprawnienia kobiet – obecnie, z siwizną na skroniach rządzi jako liberalno-ekologiczna, lecz szanująca zasady demokracji i wolnego rynku partia krajem Badenii-Wittenbergii.

    Indywidualna odpowiedzialność za „swój kawałek podłogi”, niepoddanie się rezygnacji, cierpliwość – to w zasadzie wszystko. Reszta pojawia się w momencie, gdy ilość przechodzi (któregoś dnia) w jakość.
    Jeśli nie wiesz jak poprawić świat, posprzątaj w swojej szufladzie. Może znajdziesz w niej jakiś drobiazg, który będziesz mógł ofiarować nieznajomemu dziecku. Jego uśmiech może kiedyś przechylić szalę wagi odważącej dobro i zło na tym świecie.

  14. Swojak Autor wpisu

    @Wasp: „Teraz liczy się szybki zysk, dużo kasy… i czasem jest to osiągane zgodnie z zasadą ‚po trupach do celu’.”
    Tylko co daje „duża kasa” zdobyta dla samego jej zdobycia?
    Dzięki temu, że jestem osobą kontaktową i sporo podróżującą to spotkałem na swojej drodze życia wiele osób. Patrząc na nie przez pryzmat posiadanych pieniędzy, mogę powiedzieć, że byli to i kompletni biedacy, byli też dostatnio żyjący, byli też milionerzy.
    Najwięcej cierpienia widziałem u tych pozornie dostatnio żyjących, u tzw. „klasy średniej”. Im bardziej człowiek gonił za jakimiś zachciankami, im bardziej pragnął czegoś co ma ktoś inny, tym bardziej jego życie było napięte, smutne i pogmatwane.
    Jakoś tak wyczuwam, że te hasła o zysku, kasie i bogactwie mówią w gruncie rzeczy o potrzebie bezpiecznego i beztroskiego życia. Pieniądze mają to zapewnić. Jak już mam trochę pieniędzy, a wciąż czuję niepokój to myślę, że może więcej pieniędzy jest tym etapem, gdzie już będę w błogostanie. Potem zdobywam więcej pieniędzy, a wciąż gonię, bo mam za mało. I tak dalej.
    Myślę, że prawda, która cichutko żyje w cieniu krzykliwych haseł, mówi, iż bezpieczeństwo i beztroska nie występują na Ziemi. Sekretem szczęśliwego życia wydaje się odnalezienie swojego sposobu na życie w burzliwym świecie. W takim kontekście, niektórzy znajdują więcej wolności w skromnym życiu, niż w pogoni za uzależniającymi luksusami.
    Chyba od zawsze młodzież chce wolności i niezależności. Młodzi ludzie mają często dar świeżego spojrzenia na świat. Widzę w tym nadzieję, że coraz więcej młodych dorosłych załapie, że pogoń za szybkim zyskiem odbiera im wolność i niezależność.

  15. Swojak Autor wpisu

    @Anetta: pisałaś m.in. o edukacji jako przekazywaniu wartości; widzę, że wartości w rodzinie i wartości w szkole są konfrontowane z wartościami w otoczeniu społecznym, często kanalizowanym przez media; mówiąc o dorosłych, możemy pogadać czy to my kształtujemy media, czy media nas kształtują; dzieci i młodzież chłoną styl życia bezpośrednio z ekranów, lub pośrednio, od rówieśników hipnotyzowanych przez ekrany.

  16. Swojak Autor wpisu

    @Ania: widzę trochę nadziei w młodzieży; głównie dlatego, że oni mają jeszcze co najmniej pięćdziesiąt aktywnych lat do przeżycia, naszemu pokoleniu zostało już mniej czasu; moim zdaniem młodzież mamy ani gorszą, ani lepszą od jej rodziców; jeśli jedni i drudzy się przebudzą do sensownego życia, to młodzieży daję więcej szans, niż tym co przekwitają; a słowa o materializmie młodzieży padły od Wasp, ona już kiedyś wspomniała, że sama jest osobą młodą, ona widzi młodzież przez pryzmat swoich koleżanek i kolegów; to spojrzenie „insidera”, ciekawe dla mnie, bo ja patrzę oczami rodzica i edukatora; myślę, że faktycznie jest spory nurt pogoni za świecidełkami u młodych

  17. Swojak Autor wpisu

    @telemach: Wróciłem na swój blog i biorę się za „tuczenie konia”, czyli doglądanie i moderowanie dyskusji. Od połowy lipca włóczyłem się po świecie i pozwoliłem dyskusji przygasnąć; teraz wracam do swojakowego świata.
    Telemachu, dziękuję za podkreślenie indywidualnej odpowiedzialności. Zgadzam się z Tobą; tylko co z tego? Ja biorę odpowiedzialność za moje życie. Moje wybory życiowe zapisuję na moje konto. Wewnątrz siebie i w swoim podejściu do życia upatruję przyczyny zadowolenia z życia, lub braku takowego zadowolenia. Jak coś mnie uwiera to się za to biorę; lub uczę się to akceptować, gdy zabrać się za to nie zamierzam. Tylko co innym z mojej wymiany myśli z Tobą? Znając Twoje teksty wnoszę, że świadomie odpowiadasz za swoje życie. Zatem poklepaliśmy się po ramionach i dalej pucujemy swoje kawałki podłogi.
    Ja myślę, że warto pójść krok dalej i tworzyć konteksty, gdzie coraz więcej osób będzie odkrywać wolę kierowania swoim życiem.
    Uczymy się sami. Zgoda. Moim zdaniem ważne jeszcze jest to czyj przykład lub twórczość są obok nas, gdy odrabiamy lekcje swojego życia. Wtedy jeden wykombinuje sobie, że jego życie jest dziełem, którego on sam kreuje, a drugi bezmyślnie odda się zachowaniom stadnym, bo od niego i tak nic nie zależy.

  18. telemach

    „Zgadzam się z Tobą; tylko co z tego? ”

    Och, to chyba zależy od oczekiwań. Dla mnie z tego wynika całkiem sporo. Potrzebni nam są inni, bo myślenie w próżni prowadzi do umysłowego wyjałowienia.

    „Ja biorę odpowiedzialność za moje życie. Moje wybory życiowe zapisuję na moje konto. Wewnątrz siebie i w swoim podejściu do życia upatruję przyczyny zadowolenia z życia, lub braku takowego zadowolenia. Jak coś mnie uwiera to się za to biorę; lub uczę się to akceptować, gdy zabrać się za to nie zamierzam. Tylko co innym z mojej wymiany myśli z Tobą?”

    Nie wiem. Może by tak zapytać? 😉
    A poważniej: myślę, że zależy to od przypadku, od tego kto, kiedy i czy w ogóle to co zapisane przeczyta. To, że możemy się stać świadkami (udokumentowanej) wymiany myśli prowadzonej przez innych jest cywilizacyjnym cudem, nową jakością, czymś co nigdy przedtem nie było w takim rozmiarze dostępne. Dlatego trudno mi ocenić w jakiej mierze i kto ewentualnie na tym skorzysta. Informacja porusza się dziwnymi, nieprzewidywalnymi drogami.

    „Ja myślę, że warto pójść krok dalej i tworzyć konteksty, gdzie coraz więcej osób będzie odkrywać wolę kierowania swoim życiem.”

    Też tak sądzę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.