Jestem z Europy, to widać, słychać i czuć.

„W tej wiosce, w referendum europejskim było najwięcej głosów przeciw Unii. Mówili, że im to do niczego nie potrzebne, a teraz patrz jakie sobie traktory pokupowali za unijne pieniądze” – usłyszałem w sobotę, gdy jeździłem po lubelszczyźnie z lokalnym przedsiębiorcą.
Natomiast przed paroma tygodniami inny znajomy pokazywał mi „Sugar” – darmowe oprogramowanie edukacyjne. Mało kto się interesuje tym pomysłem, bo można sfinansować drogi komercyjny software za pieniądze z Unii. Facet jest społecznikiem i stwierdził: „Dobrze, że kończą się te europejskie fundusze, bo ludzie przestali docenić to, że dasz organizacji tysiąc złotych, gdy Unia zapewnia im kasę na trzy lata działalności.”

(ilustracja: http://www.flickr.com/photos/planespotter/)

Wczoraj para studentów z Holandii zapytała mnie czy z mojego punktu widzenia wejście Polski do UE było dobrym posunięciem. Przyjechali do nas, bo piszą pracę na studiach europejskich. Podzielili się na grupki i spotykają z rozmaitymi  ludźmi.

Moja odpowiedź była podszyta subiektywnym zapatrzeniem na Szwajcarię. Stwierdziłem, że wolałbym współpracę z Unią w ramach umów bilateralnych i zachowanie poziomu autonomii jaki ma Szwajcaria. Szwajcaria zachowuje autonomię w najważniejszych dla siebie sprawach, przy jednoczesnym dostępie do europejskich rynków, na zasadach wynegocjowanych między Bernem, a Brukselą. Oczywiście Szwajcarzy czerpią umiejętności dbania o swoje interesy z kilkuset lat demokratycznej ciągłości. Co więcej kultura dialogu i budowania społecznego porozumienia w sprawach zasadniczych, stawia ich w dobrej pozycji negocjacyjnej na arenie międzynarodowej.
My się uczymy i krok po kroku zbieramy lekcje dbania o polskie interesy.  Myślę, że nim zdefiniowaliśmy jakiej przyszłości chcemy dla Polski, przystąpiliśmy do tworu, który miał stawać się federacją, a z czasem superpaństwem obejmującym Stary Kontynent.
Co więcej integracja gospodarcza Polski była gorąco popierana przez firmy, które szukały nowych rynków zbytu. Model biznesu popularny w ostatnich dekadach mówi, że szalona i ciągle rosnąca konsumpcja dóbr ma zbawienny wpływ na gospodarkę. Gdy konsumenci na Zachodzie zostali już wyposażeni we wszelkie niepotrzebne do szczęścia dobra i usługi, wzrok biznesowych wizjonerów padł na biedniejszą część kontynentu.
Pamiętam publiczną dyskusję w Szwajcarii na temat wypłacenia z helweckiej kasy sporej kwoty na wsparcie nowych członków Unii. Prostolinijni Szwajcarzy nazywali rzeczy po imieniu: trzeba było wpłacić do unijnej kasy opłatę ze otwarcie dla ich producentów nowych rynków. W ogólnokrajowym referendum alpejscy górale poparli ten pomysł, bo składka była niższa od spodziewanych korzyści z udziału w gospodarczej kolonizacji Biednego Wschodu.

Myślę, że członkostwo w Unii jest zagrożeniem dla naszej autonomii. W zasadzie nie przegrywamy żadnych polskich interesów na forum unijnym, bo zapomnieliśmy zdefiniować jakie mamy interesy. No może przesadzam, bo przecież czasem słyszę o tym co jest naszym celem. W naszym imieniu niektórzy politycy głoszą, że polskim interesem jest budowanie coraz wspanialszej Unii Europejskiej. W czasie kryzysu Niemcy są zajęci swoimi sprawami i kombinowaniem jak uratować skórę podczas tarapatów państw u nich zadłużonych; Francuzi mają podobne problemy; Włochom Unia zaprząta mniej uwagi niż Północna Afryka, a my na sztandary wpisujemy budowanie zjednoczonej Europy. Aha, poza tym są na liście też autostrady i stadiony. Tak jakby potomni mieli na karty historii wpisać powierzchnię naszego asfaltu i wynik meczu finałowego na Euro 2012.

Uważam, że zagrożenie jest doskonałym kandydatem, by się stać szansą. Nasza obecność w Unii jest ogromną szansą. Jako mieszkańcy gospodarczej kolonii globalnych korporacji mamy dostęp do technologii, umiejętności i rynków innych państw. Szansa leży w wyrwaniu się z roli skłóconych niewolników i nawiązaniu lokalnej współpracy przy tworzeniu przedsięwzięć, które zawojują Europę. Unijna polityczna poprawność wymagała dania nam podobnego dostępu do rynków innych państw europejskich, jakie im dano u nas. Była to, i cały czas jest, czysta teoria. Coraz obficiej korzystamy z dóbr i usług dostarczanych przez zagraniczne firmy. Ekspansja naszych produktów i usług jest nieproporcjonalnie mniejsza. Możemy to zmienić. Oczywiście wykorzystanie tej szansy wymaga trzeźwej oceny naszej sytuacji i wypracowania naszych narodowych celów strategicznych. W moim przeświadczeniu „wypracowanie” oznacza dyskusję, wysłuchiwanie romzitych opinii i zbudowania porozumienia wokół wspólnych celów. Wymaga też świadomości gospodarczej polityków. Kiedyś usłyszałem, jak ważny polski polityk na pytanie o sprawy gospodarcze, odparł, że w Polsce są sprawy ważniejsze niż gospodarka. Uważam, że jest to facet o głębokim wyczuleniu na sprawy Polski, lecz ważne, by troszczył się o nasze interesy gospodarcze.

Tak też holenderscy studenci zainspirowali mnie do przemyśleń jak – postrzegane przeze mnie – europejskie zagrożenia przekuć w szanse dla Polski.

Może macie ochotę podzielić się swoimi ocenami tego czym dla Polski jest Unia? Jak oceniacie to, że weszliśmy do Unii?

3 myśli nt. „Jestem z Europy, to widać, słychać i czuć.

  1. Kartek

    Witaj Swojaku
    Przypominam sobie referendum unijne. Mieszkałem wtedy na wsi i tak opisałem. „…Biało–czerwone flagi zdobiły wejście do zamkniętej przed laty szkoły. Wewnątrz tłoczno, w powietrzu utrzymywał się jeszcze zapach zimowej stęchlizny zmieszany z wonią potu i tanich perfum. Onieśmieleni ludzie, zgonieni do starej szkoły apelem proboszcza i trwającym od wielu dni trajkotem telewizorów szukali po kieszeniach dokumentów. Stanął na końcu kolejki z paszportem w ręce. Po chwili podpis na liście, kilka kroków za przepierzenie udające kabinę i krzyżyk na kartce. Wrzucił swój głos do starej urny i wyszedł bez słowa na powietrze. Oddychał głęboko jak po wysiłku. Wygrzebał z kieszeni papierosa, zaciągnął się głęboko i stał chwilę wśród wychodzących ze szkoły chłopów. Wiedział, że krzyżyki – gwiazdki stawiane przez nich na kartkach wyznaczyć miały przyszłość kraju zawieszonego w bolesnym rozkroku między wschodem i zachodem. Stawiali te znaki nie bardzo wiedząc po co to robią; czuli tylko, że musi być lepiej, bo już za długo jest źle. Może marzyli o szczęściu dla swoich dzieci i wnuków nie wierząc już, że ich samych spotka w życiu coś dobrego. Może uwiodła ich obietnica góry złota, którą w ostatnich dniach rzucili im pełni lęku o wynik referendum politycy. Chyba zrozumieli po swojemu, że zostanie jak dawniej przytulnie, swojsko i smrodliwie, ale będzie równocześnie bogato jak w snach o długo zamkniętej przed nimi zagranicy. Może pomyśleli, że będzie jak w opowieściach wracających stamtąd krewnych i jak w telewizyjnych nowelach, których kolejne odcinki codziennie, godzina za godziną, wypełniały ich bezrobotną egzystencję. Zimnymi oczami patrzył na świat. Z biegiem lat stracił złudzenia. Wiedział, że nie może być swobodnie i bezpiecznie zarazem. Kraj te majowe dni, pod maską radosnej jedności, ukrył swoją chorobę – bolesne wykrzywienie, rozdarcie w szpagacie miedzy bezpieczeństwem wschodu i wolnością zachodu. W tej cyrkowej pozycji długo niepodobna było wytrzymać. Kraj marzył o starej, znanej z dzieciństwa bajce granej na nowo w świeżych i optymistycznych dekoracjach. Wiedział, że to nierealne; świat zmierzał w innym kierunku. Wiedział też, że ludzie nie zniosą kolejnego rozczarowania i pozbędą się ciążącej wolności, której uroków nie będą mieli za co kupić. Z lękiem myślał, że nie nauczeni być wolnymi mogą oddać siebie państwu, z ulgą mogą pozbyć się brzemienia odpowiedzialności za swój los, zamknąć się w sobie tak, jak zamykają się przed strachem, który niesie noc ryglując drzwi swoich domów. Sami sobie; zatopieni w swoich mitach, legendach i wspomnieniach krwawej i bezsensownej historii. Razem, ale oddzielnie. Bał się, że nadejdzie czas, gdy rzucą się sobie do gardeł zamieniając w piekło ten jałowy kraj. Jak w upalne lato osiemdziesiątego pierwszego roku we Wrocławiu, jak w mroźną zimę osiemdziesiątego drugiego. Miał się czego bać, za długo żył na tej ziemi. Te czterdzieści kilka lat pozbawiało złudzeń. Skończył palić, wdeptał głęboko w ziemię niedopałek. Jeszcze kilka uścisków twardych dłoni, kilka słów bez sensu i zawinął się na pięcie. Nie miał ochoty z nimi gadać, pić browarów pod obitym blachą sklepem i wypatrywać na pustej drodze przejeżdżających samochodów. Nie miał też ochoty się żegnać wylewnie. Ostatecznie pożegnał się stawiając w milczeniu krzyżyk. Położyłem krzyżyk na tej wiosce: pomyślał z ironią”
    Pozdrawiam

  2. Swojak Autor wpisu

    Kartku, podoba mi się perspektywa wstąpienia do UE jaką tu rozpostarłeś. Przyznam, że mnie wtedy brakło wyobraźni. Liczyłem, że zastąpimy nasz bałagan i festiwal absurdów, dość zawiłym, acz skutecznym systemem europejskim. Teraz widzę, że do absurdów i bałaganu dołożyliśmy europejską zawiłość i rozmycie naszych celów.

  3. Kartek

    Swojaku, mnie się też tak wydawało. Wiedziałem, że otwierają się mozliwości – od koloni o ktorej piszesz do porządnej europejskiej społeczności. Wydawalo mi się, że podąży tą drugą drogą. Niestety ułozyło się inaczej – jak zwykle zresztą.
    Pozdrawiam

Możliwość komentowania jest wyłączona.