Dać na mszę za rodaka.

„Jako pracownik fizyczny w Anglii zarabiam lepiej, niż w Polsce manager.” Tak znajomej Brytyjce powiedział jej sąsiad.

Dzisiaj po południu, po biznesowej prezentacji, uciąłem sobie z K. dłuższą pogawędkę o Polsce. K. wie o naszym kraju bardzo mało. Trochę wyniosła z wystawy o Holocauście, którą widziała kilka miesięcy temu w Londynie, a trochę z zasłyszanych informacji związanych z Polakami na Wyspach.

Wyzwalaczem rozmowy był mój wyjazd ze Szwajcarii parę lat temu. Lubię takie pytania z boku, o to czemu jestem teraz w Polsce, bo prowokują mnie do zastanowienia.
Czy często rozmyślacie dlaczego mieszkacie w Polsce? O tym co takiego jest w kraju rodzinnym co mnie tu trzyma?
Moją głowę zwykle zaprzątają inne pytania. To w Szwajcarii częściej się zastanawiałem dlaczego tam mieszkałem, niż teraz w Polsce.

K. sama doszła do wniosku, że w Polsce musi być spora dysproporcja w dochodach między różnymi grupami. Skoro dla jej sąsiada przeprowadzka do Anglii była gwałtownym awansem materialnym, a dla mnie zarówno zamieszkanie w Szwajcarii, jak i wyjazd z niej tylko nieznacznie wpłynęły  na moje poczucie zamożności.

W Polsce znam ludzi zarabiających jedną dziesiątą tego co ja. Co więcej, było tak też przed moim wyjazdem do Szwajcarii. Zaś w Anglii, K. nie może sobie wyobrazić kogoś, kogo będzie dzieliła od niej taka przepaść dochodów.
Jesteśmy rówieśnikami i mamy podobny zakres doświadczenia. Nasza pozycja w biznesie jest porównywalna.  Pewno jej przeprowadzka do Polski, lub moja do Anglii, nie spowodowałaby przesunięć w naszej sytuacji materialnej.
Lecz podobny ruch sprzątaczek w naszych firmach byłby życiową rewolucją dla nich obydwu.

Myślę, że tu pogrzebany jest temat bycia w dwóch przeciwległych polskich rogach. Dla mnie Polska jest najlepszym miejscem do życia. Mogę robić to co lubię, czując, że jestem na swoim miejscu na Ziemi.
W tym samym czasie, w tym samym kraju, słyszę do głębi prawdziwie brzmiące głosy osób, które w Polsce trzyma tylko grawitacja. Osób, które uważają, że tylko emigracja będzie ich szansą na szczęśliwe życie.

Do myślenia dało mi też inne spotkanie. Ostatnio leciałem samolotem z Zurychu. Obok mnie siedziała aktorka, nieco starsza ode mnie. Z reakcji stewardessy domyślam się, że serial, w którym grała był popularny. (Po wylądowaniu usłyszałem od stewardessy, że powinienem dać na mszę, za szczęście siedzenia i rozmawiania z taką osobą) Zatem miałem do czynienia z osobą, która – jak wnoszę z kontekstu sytuacyjnego – odniosła sukces mediowy. Przypuszczam, że też jakoś wiąże koniec z końcem. Mieszkała i uczyła się aktorstwa w Stanach, zwiedziła kawał świata. Ogólnie osoba, z którą rozmowa sprawiała mi przyjemność.
Jej zdaniem Polska jest okropnym miejscem do mieszkania z racji tego jak ludzie się do siebie odnoszą, jak się traktują. W porównaniu z latami komunizmu jest ponoć dużo gorzej dlatego, że wtedy wszyscy byli podobnie ubodzy, a teraz na drodze do serdeczności stoją różnice materialne.

Czy faktycznie zgubiliśmy naszą polską solidarność? Czy stało się to przez pieniądze? Czy ograniczyliśmy swoją definicję „fajnych Polaków” do ludzi o naszym poziomie dochodów?

Może pieniądze były tylko żyznym nawozem i wyrosło co w nas i tak siedziało? Może i za komuny z lekceważeniem patrzyliśmy na ludzi o innym podejściu do życia niż nasze? Może i wtedy szacunek do osoby, z którą dyskutowaliśmy wynikał z jej ważności, a nie z samego faktu, że jest człowiekiem? Może Ci co mieli dużo więcej, lub dużo mniej, niż my byli wyszydzani? Może to wszystko tylko wyglądało na solidarną harmonię, bo wokół byli tylko ludzie, którzy znaczyli równie mało co my; mówili to co my; mieli takie wartości jak my; mieli takie marzenia jak my i mieli tyle samo pieniędzy co my?

3 myśli nt. „Dać na mszę za rodaka.

  1. Kartek

    Widzisz Swojaku, życie się w Polsce uprościło. To co kiedyś ludzie sobie dawali, co rodziło się między nimi w rozmaitych racjonalnych i emocjonalnych uwarunkowaniach teraz można sobie wyłącznie kupić. Owo kupowanie zastąpiło dawną, skomplikowaną materię zależności między ludźmi. Cała ludzka społeczna, naturalna kooperacja została zastąpiona kupowaniem. Masz pieniądze to kupujesz a jeśli ich nie masz to po prostu pewnych cholernie potrzebnych do zycia rzeczy nie masz. Nie mając kasy nie możesz kupić sobie lojalności, solidarnego wsparcia, sympatii, uznania, dowartościowania, miłości … . Nie masz nic co potrzebne jest do życia. Myślę oczywiście o ludziach zsocjalizowanych, ktorych tu jest większość, bo system socjalizuje masowo. Więc żeby tu żyć i trzymać kark prosto trzeba najpierw odrzucić socjalizację – dokonać wlasnej wiwisekcji i pozbawić się tych infantylnych potrzeb. Wtedy pogarda i bunt przeciw temu prostackiemu kupowaniu daje parę do życia. Tutaj tylko pogarda dla bliźnich pozwala żyć. Tę pogardę dla biednych i wykluczonych mają zasobni a wykluczeni z podobną moca gardzą zasobnymi. To jest podstawowe lepiszcze społeczne tych ktorzy decydują się tu trwać. A jeśli to ludziom nie pasuje to wyjeżdżają. Moja czytelniczka, emigrantka pisze – „W kraju doznawalam samotności, targały mną silne emocje, robiłam złe rzeczy z rozpaczy. A tu, w Hiszpanii, wystarczy wyjśc na ulice pełną życzliwych, uśmiechniętych ludzi i depresja mija. Wiecej światła… . I bez wzgledu na to co masz czujesz się Czlowiekiem. Jesteśmy, bez względu na to co mamy na tej ulicy tacy sami”
    Pozdrawiam

  2. Swojak Autor wpisu

    @Kartek: czyli albo uczysz się żyć bez „lojalności, solidarnego wsparcia, sympatii, uznania, dowartościowania, miłości”, albo potrzebujesz pieniędzy, aby je zakupić?! Myślę, że diabelnie ostro posumowałeś mój tekst. Ja widzę Polskę w jaśniejszych barwach. Z Twojej wypowiedzi wynika, że dzieje się tak tylko dla tego, że dość dobrze zarabiam. Czyżby? Czy w Polsce tak trudno czuć się człowiekiem bez względu na to masz?

  3. Kartek

    Swojaku, można to porównać do wycieczki. Kupujesz ja i w pakiecie masz piekną pogodę, czystą wodę, wygodne lokum, pyszne jedzenie, sympatycznych i zyczliwych tubylców – nawet ognistą miłość. Kupujesz pewnien świat. Ale wystarczy wyjśc poza jego granice i okazuje się, że to sztuczny świat w bezmiarze koszmaru. Jedzenie jest podłe, smierdzi, ludzie mieszkają w norach z tektury i są antypatyczni, wrodzy. Mało kto to widzi, bo przecież wycieczkowiczów najczęściej ostrzegają by nie wychodzili z tego opłaconego raju. Ba, pilnują aby tego nie robili. I oni nie wychodzą. No i jaki obraz przywożą do domow z takiej podróży. Co jest na filmach, ktore znajomym przy winie prezentują?
    Dziś na spacerze szedłem obok ogrodzonego, strzeżonego osiedla. Po drugiej stronie drogi zauważyłem snujący się dym. W starej zbutwiałej altanie na ogrodkach dzialkowych ktoś mieszkał – dym snuł się z rury wystawionej przez okienko. Odgrodził się od drogi platami starego eternitu. Dwa światy – nowobogackie osiedle i slums – dzieliło kilka metrow. Przecież to dwa odrębne światy bez żadnego kontaktu.
    W świecie w ktorym wszystko jest tylko na sprzedaż jesli nie masz pieniędzy to nic nie masz. Jesteś kundlem wyrzuconym z domu. Zwykle świat bogatych i biednych łączy jakaś ludzka solidarność – nawet z wyrachowania, z politycznego rozsądku, z lęku żeby system nie pękł. Ale tutaj tego nie ma. Tak to widzę – może dlatego, że włóczę się po różnych dziwnych miejscach. Nie wykupuję wycieczek
    Pozdrawiam

Możliwość komentowania jest wyłączona.