Key West Story.

Tłum ludzi na Placu Mallory czekał na zachód słońca. Wśród gapiów występowali kuglarze i uliczni muzycy, ktoś stawiał tarota za pieniądze, a nad tłumem latał dwupłatowiec reklamujący atrakcje lotnicze. Tak wyglądał niedzielny wieczór w porcie Key West – najbardziej wysuniętym na południe skrawku Stanów Zjednoczonych. Ponoć taki festyn jest tam codziennie, i to już od wielu lat. Około dziewiętnastej przy akompaniamencie oklasków słońce zniknęło za horyzontem. Pospiesznie przemknąłem portowymi uliczkami i odpaliłem ogromny silnik w Mustangu. Czekało mnie co najmniej osiem godzin jazdy do hotelu oddalonego o ponad 440 mil, czyli 700 kilometrów.

To był koniec mojego weekendu na Florydzie. Było moim niewątpliwym wariactwem przemierzenie łącznie półtora tysiąca kilometrów, aby spędzić jeden dzień w Key West. Miasteczko ma w sobie tyle uroku, że jestem gotów uwierzyć w plotkę, iż zgodnie z indiańską klątwą każdy przybysz będzie czuł nieodpartą potrzebę, aby tu powrócić.
W moim przypadku za tym wyjazdem stały delfiny.
Chciałem zobaczyć te ssaki na wolności, w ich naturalnym środowisku. Na moje zapytania Google uporczywie wyrzucały linki związane z Florida Keys. Sprawdziłem na mapie i dopytałem lokalnych kolegów. Ktokolwiek w biurze słyszał, że myślę o Keys to gorąco wspierał mnie w pomyśle wyjazdu. Coś musiało być na rzeczy, gdy mój szaleńczy pomysł spędzenia za kółkiem kilkunastu weekendowych godzin spotykał się z tak pozytywnym przyjęciem.
Otrzymałem wszelkie możliwe rady poczynając od tego jakie przekroczenia prędkości pozwolą mi uniknąć mandatu, gdzie na drogę może mi wypaść pantera, a gdzie muszę być przygotowany na rozjeżdżanie węży.

Wyprawę rozpocząłem w sobotnie południe. Oczywiście mogłem pomyśleć o wyruszeniu wcześniej, na przykład o świcie, ale wtedy ominęłoby mnie nocne wyjście do parku rozrywki Busch Gardens przemalowanego w halloweenowe Howl-O-Scream. Zatem piątkowy wieczór spędziłem w wesołym miasteczku, potem to odespałem w moim hotelu koło Tampy, a przed wyruszeniem na południe wstąpiłem do supermarketu po wodę, t-shirty i krem przeciwsłoneczny.

Pomny pouczeń znajomych trzymałem się w granicach dziesięciu mil od dozwolonej prędkości. Spory kawałek autostrady zalecał 70 mil na godzinę, czyli 113 kilometrów na godzinę. Reszta drogi to głównie 55 mph czyli 88 kmh.
Pokusę zabawy trzystukonnym silnikiem Mustanga leczyłem tempomatem ustawionym na stałą prędkość.

Po mniej więcej sześciu godzinach opuściłem stały ląd i wjechałem na mosty łączące wyspy Keys. Słynny Seven Miles Bridge (Most Siedmiomilowy) przemierzałem już po ciemku. Na kolację dotarłem do Key West, gdzie ma swój koniec droga US-1 ciągnąca się od granicy z Kanadą.

Zostawiłem bagaże w hotelu i poszedłem na stare miasto, gdzie miały czekać na mnie liczne kluby. Centrum Key West tętniło życiem. W wielu miejscach można było posłuchać muzyki na żywo. Przysiadłem w knajpie, gdzie przypasowała mi muzyka. Dostałem pyszny kawałek ryby, a na deser zmrożony sok owocowy. Potem przez chwilę połaziłem po uliczkach zaglądając do kilku klubów i znużony długim dniem poszedłem spać.

Nazajutrz miałem umówione spotkanie z delfinami. Cieszyłem się, że je zobaczę. Zdaniem właścicielki galerii obrazów, którą odwiedziłem przed rejsem. delfiny też się miały cieszyć na spotkanie ze mną (tzn. Tippi, żona Zbyszka ze Zbyszek Gallery uznała, iż mam dobrą energię, a to sprawi radość delfinom).

Przed delfinami odwiedziłem jeszcze dom, gdzie w latach 30. mieszkał Hemingway. Potem powłóczyłem się po miasteczku zahaczając o wspomnianą galerię. No i już była prawie druga po południu, czyli czas na rejs.

Przy łodzi czekała Sheri, która prowadzi jednoosobową firmę pod nazwą „Wild about Dolphins” („Szalona na punkcie delfinów”). Była też trójka pozostałych uczestników wycieczki: szwajcarskie małżeństwo z dorastającą córką.
Delfiny nie kazały na siebie długo czekać. Kilkanaście minut po wyściu w morze, Sheri usłyszała przez radio, że jej kolega z innej firmy jest wśród delfinów. Jego zdaniem koło łodzi było ich ze dwadzieścia. Po chwili zobaczyliśmy zwierzęta kilkaset metrów od nas. Były coraz bliżej. Sheri włączyła walce Strausa, bo ponoć delfiny lubią słuchać muzyki i chętnie przypływają tam, gdzie grają ich ulubione kawałki. Pojawiły się delfinie rodziny, gdzie para rodziców asystowała swoim dzieciom. Rodziny trzymały się na dystans od łodzi. Lecz kilka dorosłych delfinów przepływało tuż obok nas. Były tak blisko, że gdyby nie wysokość burty to byłyby na wyciągnięcie ręki.
Miałem szczerą ochotę wskoczyć do wody. Zdaniem Sheri, w październiku lepiej tego nie robić, bo delfiny opiekują się młodymi i nie lubią by im przeszkadzać. Lecz w niektóre letnie dni można śmiało z nimi popływać, mimo, że to dzikie stworzenia.

Pożegnaliśmy delfiny i popłynęliśmy popluskać się na płyciźnie. Poleniuchowaliśmy zbierając muszelki, obserwując kitesurferów i jedząc lunch serwowany przez naszego kapitana. Ostatnim punktem programu było nurkowanie z maskami i rurkami przy rafie koralowej. Skończyło się tym, że sam zostałem w wodzie, po tym jak zobaczyłem ogon odpływającego rekina. Z mojego opisu Sheri uznała, że to Nurse Shark (rekin wąsaty), którym nie warto się przejmować. Szczególnie takim, co to się oddala. Ja jednak czułem się trochę niepewnie i nurkowałem tylko w pobliżu łodzi. Mój szwajcarski kompan niezwłocznie wyszedł z wody, i podobnie jak jego rodzina został w łodzi. Trochę pooglądałem kolorowe rybki i też wróciłem na pokład.

Po atrakcjach Key West czekała mnie długa nocna jazda do Tampy. Pocieszałem się faktem, że nawet gdybym na weekend nie ruszał się z miejsca, to miałbym przed sobą bezsenną noc. Bowiem z niedzieli na poniedziałek ruszał system produkcyjny w koordynowanym przeze mnie projekcie. Tej nocy koledzy w Nowym Jorku zamknęli stary system. Nasz człowiek w Warszawie ruszył z importem danych na serwer koło Tampy. Zaś ja systematycznie zbierałem informacje o sytuacji na froncie robót, dzwoniąc z komórki, gdy przemieszczałem się z południa Florydy.
Ku mojemu zaskoczeniu na drodze było trochę samochodów. Zaś pomysł pchnięcia Mustanga na wyższe obroty studził widok policyjnych patroli, których w nocy spotkałem więcej niż za dnia. Zatem zamiast w cylindry sportowego silnika, wrzuciłem energię w samochodowe głośniki słuchając płyt z komórki podpiętej do radia. Najlepiej mi wtedy brzmiał Marcin Styczeń ze swojego krążka „21 gramów”.

Kończąc słonecznie pozdrawiam Marcina Stycznia i swojakowych czytelników.

Jedna myśl nt. „Key West Story.

  1. dudi

    wielki szacun! takie wariackie wyprawy sprawiają, że życie nabiera smaku 🙂

    zazdroszczę tych delfinów na wolności….

Możliwość komentowania jest wyłączona.