Anglia, Hindusi i szczur laboratoryjny.

Po kilku miesiącach ponownie zawitałem do angielskiego biura naszej globalnej firmy.

Pustawe biuro.
Gdy przekroczyłem próg sporego „open space” (czyli hali z biurkami upakowanymi w najtańszy z możliwych sposobów) to pomyślałem, że trwa jakieś wyjazdowe spotkanie. Większość krzeseł była pusta. Wątpliwości rozwiał kolega, z którym miałem pracować w tym tygodniu. „Their jobs were outsourced” – po naszemu oznaczało to, że pracę dostali ludzie w Indiach, a Anglicy poszli szukać szczęścia gdzieś, gdzie jeszcze zatrudniają Europejczyków.
Nasza historia dość niepozornie (bo firma to stosunkowo mała korporacja) wpisuje się w gazetowe przykłady spółek giełdowych, które zostały wykupione przez spekulantów szukających szybkiego zysku. Kilka lat temu to też była spółka giełdowa. Grupa firm spod znaku private equity wykupiła wszystkie udziały, zdjęła spółkę z giełdy i rozpoczęła radykalne porządki licząc na niezłe zyski, gdy sprzedadzą organizację po ostrej operacji.
Częścią programu był miliardowy kontrakt z hinduską firmą, która przejmuje obsługę niemal wszystkiego co ma związek z komputerami.

Hindusi na Wyspach.
Anglikom współpraca z kolegami z Azji przychodzi najwyraźniej dość łatwo. Ich dawna kolonia na dobre zasila tutejszy rynek specjalistami i pracownikami usług. W podlondyńskim biurze Hindusi pracowali na długo przed pojawieniem się konsultantów przejmujących miejsca pracy Brytyjczyków.
Rozmawiałem z D., Anglikiem pochodzenia hinduskiego, który od wielu lat zajmuje się administracją systemu komputerowego i niezmiennie siedzi przy tym samym biurku. Rozpoczynał, gdy była to brytyjska firma założona przez lokalnego przedsiębiorcę, który z czasem przekazał firmę w ręce dwóch synów. Potem D. został pracownikiem korporacji, gdy rodzina dogadała się z Amerykanami w sprawie przejęcia biznesu. Teraz D. jest konsultantem w hinduskiej firmie. Jego zdaniem przejście do nowego pracodawcy było bezproblemowe, bo zgodnie z brytyjskim prawem nowy pracodawca przejął wszelkie zobowiązanie poprzedniej firmy.
Mniej szczęścia mieli Ci, których biurka stoją teraz puste.

Całkiem niedawno temu w Ameryce.
Nieco inaczej sytuację rysowali koledzy ze Stanów, gdzie odbyło się podobne sprzątanie zasobów ludzkich. Tam prawo pracy daje dużo swobody przedsiębiorcom. Mówi się, że to czynnik siły amerykańskiej gospodarki potrafiącej szybko otrząsać się z kryzysów. Lecz drugą stroną medalu jest pozycja pracowników. Zwolnić ich łatwo, a jest to dość tani zabieg. Także w USA niektórzy ze zwalnianych dostawali propozycję przejścia pod skrzydła hinduskiego pracodawcy. Lecz tam ponoć nie było tak lukratywnych ofert jak pod Londynem.
Obecnie sprawa likwidowania miejsc amerykańskich miejsc pracy i przenoszenie roboty do Azji dostała wymiaru politycznego. Jeden z dyrektorów, przy szklance piwa, powtarzał słowa prezydenta Obamy ganiącego korporacje za takie praktyki. Dyrektor wyznał, że jest dla niego sporym moralnym problemem informowanie pracowników, że ich praca zostaje przeniesiona do Indii. Źle się czuje w tej sytuacji i wygląda na to, że przy nadarzającej się okazji przesiądzie się na pokład innej firmy.
Mam nadzieję, że przynajmniej dotrwa do końca wdrożenia projektu, który mam domknąć w Stanach w październiku.

Gry i roszady biurowe.
Póki co jestem w Anglii i siedzę przy biurku, gdzie są przyklejone jakieś notatki, trochę zawodowej literatury, a nawet stoją kubki do herbaty. Wygląda jakby właściciel tego dobytku na chwilę wyszedł z firmy. Dopytałem kolegów czy faktycznie mogę korzystać z tego biurka przez cały tydzień. Jeden z nich skiną głową dając do zrozumienia, że w tym miejscu już nikt nie pracuje. Z ciekawości wpisałem do korporacyjnej książki adresowej nazwisko z wyświetlacza telefonu, który należał do osoby, która użyczyła mi swojego krzesła. Faktycznie, tego nazwiska już nie ma na liście.
Angielskie biuro z osobistymi rzeczami w miejscu pracy jest przeżytkiem odchodzącym do lamusa. Pomysłem na przyszłość są „hot desks”. Jak mi wyjaśniono, pracownik będzie dokonywał rezerwacji swojego biurka codziennie przed przyjściem do biura. Na miejscu wyjmie z podręcznego magazynu swoje pudełko z tym co potrzebuje do pracy i pójdzie szukać kącika wskazanego przez system.

Podziemne miasteczko.
Taka wizja biura wydała mi się mało przyjemna. Lecz poczucie bycia w matriksie trwało także po po wyjściu z pracy. Miałem ochotę na spacer do hotelu. Wtedy poczułem, że odruch przemieszczania się na nogach jest przeżytkiem w tej industrialnej mieścinie. Zamiast chodników są tutaj podziemne przejścia pod ulicami. Do hotelu mam około kilometra. Większość tej trasy biegnie poniżej poziomu dróg. Czułem się jak szczur laboratoryjny szukający drogi w labiryncie. Dochodziłem do ślepego zaułka, wracałem do skrzyżowania kanałów, w miejscu, gdzie pomyliłem kierunek. Potem kawałek w dobrym kierunku, wyjście na powierzchnię, aby zobaczyć jakieś charakterystyczne budynki i spowrotem do kanałów. Pierwszego dnia było to frustrujące. Moja ogólnie dobra orientacja w przestrzeni została wystawiona na poważną próbę. Nazajutrz już było łatwiej.

W takim kontekście coraz bardziej podoba mi się moja brudna mazowiecka wioska, gdzie zamiast w tunelach mogę spacerować po lesie. Miło mi też na wspomnienie naszego warszawskiego biura, gdzie powracającym tematem jest pytanie, gdzie posadzimy nowych pracowników, bo systematycznie rozrasta się nasz zespół. To dobra odmiana w porównaniu z impresjami z angielskiej delegacji.

2 myśli nt. „Anglia, Hindusi i szczur laboratoryjny.

  1. telemach

    Dreszcze. Bo: w miarę osiągania następnego etapu wzrostu – zbliżamy się i w Polsce do tego świata, na który następne pokolenie może być o wiele bardziej nieprzygotowane niż ich rówieśnicy z UK lub USA.
    Tam „ześlizgi” powtarzają się cyklicznie i nieomal każda generacja ich (pośrednio lub bezpośrednio) od prapoczątków kapitalizmu doświadcza.

    Dla pierwszej fali dotkniętej kryzysem w Polsce będzie to zupełnie nowe doświadczenie. Bo dotknie tę część społeczeństwa która wychowała się w mylnym przeświadczeniu, że (masowa) deklasacja ich nie dotyczy.

  2. Swojak Autor wpisu

    Telemachu, przed rokiem lub dwoma słyszałem jak polscy dziennikarze spekulowali kogo u nas dotknie kryzys i jak wtedy poradzą sobie bezrobotni z klasy kierowniczej bez swoich wysokich pensji.
    Wtedy próbowałem sobie wyobrazić, jak zadziała bez pieniędzy i bez oszczędności taki pracownik najemny, który żyje na niezwykle wysokim poziomie materialnym.
    Spekulowałem jak ubożenie wpłynie na relacje międzyludzkie. Czy obudzi się solidaryzm społeczny? Czy kryzys poleci po kieszeni klasy średniej, a oszczędzi tych co mało zarabiają?
    Wtedy krach ominął Warszawę. Zatem tej nauczki pokoleniowej jeszcze nie mamy.
    Przyznam, że widząc co się działo na rynkach finansowych, zrobiłem wtedy plan awaryjny fizycznego przetrwania rodziny w totalnym załamaniu walutowym.
    Może inni też czuli, że deklasacja jest za rogiem?

Możliwość komentowania jest wyłączona.