Wróciłem do Europy. Stany zostały na swoim miejscu.

Spisuję trochę wrażeń na gorąco, aby zapamiętać nim uciekną i rozmyją się w głowie.

Ludzie wokół mnie. W moim projekcie większość stanowili faceci z Nowego Jorku. Być może, to z jakiego byli miasta miało znaczenie. Być może ważne było, że wywodzili się z firmy o „kulturze startupowej”, gdzie z małego przedsięwzięcia urośli do poważnej firmy i zostali przejęci przez korporację, która także mnie zatrudnia.
Chodzi o to, że było w tym zespole coś specyficznego. Było coś co odróżniało ich od naszych korporacyjnych Amerykanów, z którymi wcześniej miałem do czynienia. Poprzednio pracowałem z typami pasującymi do stereotypowego wizerunku Amerykanów z dużych firm. Byli formalni, bacznie patrzący w firmowe tylne lusterko – tzn. uważni na to kto może im wsiąść na kark, a kto może ich wyprzedzić. W wolnym czasie gadali głównie o jakiś konsumpcyjnych banałach. Tym razem było inaczej. Pół tuzina moich nowych współpracowników było osłodą roboty. Byli koleżeńscy i bezpośredni; głównie wobec siebie, ale z czasem przeszło to na ich relacje ze mną.
Okazało się, że czytujemy podobne artykuły. Naszym wspólnym czasopismem jest „Wired”, które sporo pisze o społecznym wymiarze technologii. Potem dowiedziałem się, że książką, która wywarła duże znaczenie na jednym z kolegów to „Siedem nawyków skutecznego działania” Coveya. To pozycja, którą sam uważam za niezastąpiony zbiór prawideł zdrowego współdziałania z ludźmi. Zresztą dla rzeczonego kolegi, Covey miał na tyle spory wpływ, że na jego ślubie był czytany fragment „Siedmiu nawyków”. Korzystając z okazji przytoczę tutaj ten kawałek, bo pozwala spojrzeć na miłość w nieco odmiennej perspektywie.
„Love is a verb, it is an action. You must do things for her, listen to her, be there for her. It’s not about what happens in return but what you do to love her.” („Kochać to czasownik. Musisz coś dla niej robić, słuchać jej i być z nią. To nie chodzi o to dostajesz w zamian; rzecz w tym co robić, aby ją kochać.”)

Legalizm z ludzką twarzą. Innym ciekawym doświadczeniem byli dla mnie obcy Amerykanie spotykani, gdy korzystałem z rozmaitych usług. Prezentowali oni dość sympatyczne połączenie przestrzegania zasad i ludzkiego podejścia do sytuacji. Doświadczyłem kilku takich sytuacji. Zjawiłem się na lotnisku do odprawy z walizką ważącą 65 funtów (29,5 kg), gdy limit to 50 funtów (22,5 kg). Pracownica linii lotniczych oznajmiła, że zapłacę za nadbagaż. Jako, że bilet był sprzedany przez Swiss, to opłata miała być wg szwajcarskich taryf. Gdy zobaczyła w systemie kwotę, to z troską powiedziała, że to aż 150 dolarów. Na mój komentarz, iż to dużo pieniędzy, pokiwała głową i przystała na propozycję, abym odchudził bagaż i wrócił z walizką pięśdziesięciofuntową. Gdy wróciłem to walizka faktycznie ważyła tyle co trzeba, bo mój bagaż podręczny urósł do rozmiarów przekraczających wszelkie lotnicze normy. Monstrualnie wypchany plecak, ogromna reklamówka i torba na ramię pozostały dyskretnie niezauważone. Później już przy wejściu do strefy odlotów, zauważyła to pracownica sprawdzająca paszporty. Ze znaczącym uśmiechem zwróciła się do mnie po imieniu i poradziła, abym wszystko upchną w dwie sztuki, bo ona mnie nie przepuści z trzema. Tak też zrobiłem.
W innych sytuacjach też widziałem przestrzeganie tego co było nieprzekraczalną normą, a jednocześnie sugerowanie rozwiązania, które zaspokoi mojej potrzeby. Gdy chciałem wejść do portu, aby zobaczyć ogromny statek wycieczkowy to pilnujący wejścia policjant mnie powstrzymał. Jak go dopytałem o wyjście z tej sytuacji, to powiedział, po której stronie portu jest dobry widok na statek zza płotu.

Samochody dla ludzi. Kilka tygodni temu wypożyczyłem samochód w Warszawie. Przy zwrocie auta, pracownik znalazł zarysowanie przy tylnych drzwiach. Pewno pochodziło od siatki z zakupami lub buta dziecka. Zapłaciłem 120 złotych za polerowanie i usłyszałem, że mam szczęście, bo nie muszę płacić za lakierowanie całego elementu. Kiedy wypożyczałem samochody na Puerto Rico, to tam też odprawa była skrupulatna. Każda najmniejsza rysa na zderzaku była zaznaczona na schemacie, który dostałem wraz z kluczykami. Natomiast we florydzkiej Tampie dostałem auto ze sporym zarysowaniem w okolicy baku. Pracownica wypożyczalni powiedziała, że nie ma problemu, bo oni liberalnie traktują drobne zarysowania. Dla mojego spokoju dopisała na rachunku informację o rysie. Przy zdawaniu samochodu faktycznie procedura była bezproblemowa. Ograniczała się do szybkiego rzucenia okiem na samochód i sprawdzenia stanu baku. Czy tam ogólnie tak jest, czy to tylko w Avisie, z którego korzystałem? Nie wiem. Lecz odnotowałem to jako ciekawostkę.

Miałem dobry pobyt w USA. Ktoś mnie zapytał czy zmieniłem zdanie o Ameryce. Poznałem ją nieco lepiej. Była to fajna wycieczka u Wielkiego Brata.