Autostopowicze.
Syna i psa odwiozłem do moich rodziców do Galicji, a po kolacji, wraz z córką, wracałem pod Warszawę.
Ujechałem kilka kilometrów, gdy zobaczyłem parę turystów z dużymi plecakami i kartką “Radom”.
Zatrzymałem się i skończyło się tym, że nikt z nas do Radomia tego dnia już nie dojechał.
Jak widzę autostopowiczów z bagażami to odruchowo staję i ich zabieram. Sam, w latach studenckich, przejechałem tysiące kilometrów, podwożony przez ludzi dobrej woli. Czasem były to wyprawy ekstremalne, jak tysiąckilometrowa podróż przez zimową Skandynawię w marcu 1992, aby dotrzeć na słynny studencki festiwal w norweskim Trondheim. Innym razem jechałem odwiedzić narzeczoną pracującą we Normandii, i przy okazji doświadczyłem spania pod gołym niebem, pod paryską wieżą Eiffla. Pamiętam też przemierzanie Niemiec, tuż po obaleniu Muru Berlińskiego, gdy zachodni Niemcy nie mieli pojęcia o Polsce. Wtedy jeden kierowca, gadając z moim młodszym bratem i ze mną myślał, że żartujemy mówiąc, iż pochodzimy z Polski. Uwierzył dopiero, gdy pokazaliśmy mu nasze paszporty. Jego zdaniem Polacy, ani tak nie wyglądają, ani tak się nie zachowują, ani nie znają angielskiego.

Teraz, gdy widzę niedomytych turystów z wyciągniętym kciukiem i kartonem z nazwą kierunku, to mam przed oczami te dziesiątki ludzi, którzy kilkanaście lat temu mnie podwozili, karmili, załatwiali noclegi, obdarowywali mapami i opowiadali swoje historie życia.
Wróćmy do rozpoczętej opowieści z dwójką podróżników jadących do Radomia. Gdy plecaki były już w bagażniku, a autostopowicze na tylnym siedzeniu, to ruszyliśmy w ich wymarzonym kierunku. Okazało się, że tego samego dnia wystartowali ze Słowacji, wcześniej byli w Czechach i Austrii. Chłopak był z Florydy, a dziewczyna ze Szwecji. Jadą do Finlandii, przez Litwę, Łotwę i Estonię.
Niezwykle ciekawi ludzie. On studiował socjologię, a ona pisarstwo. Jako, że ostatnio zainteresował mnie temat uczenia dzieci w domu, zamiast posyłania do szkoły, to mogłem posłuchać o doświadczeniach ze Stanów, gdzie sporo rodziców decyduje się naukę w domu. Zdaniem A., który znał kilka osób uczonych w domu, każda z nich miała wyraźne niższy poziom kompetencji społecznych, niż koledzy chodzący do szkoły. Z J. rozmawiałem o pisarstwie, bo zaintrygowała mnie informacja o studiowaniu pisarstwa. Jej studia odbywają się na uniwersytecie ludowym (Folkuniversitetet), który działa na zasadzie stowarzyszenia oferującego dorosłym rozmaite programy edukacyjne. Zajęcia prowadzą z nimi m.in. najznakomitsi szwedzcy literaci.
Podczas rozmowy okazało się, że podróżnicy jadą do Radomia, aby stamtąd dotrzeć do Lublina, i dalej na Litwę. Wybrali Radom, bo na ich bardzo ogólnej mapie nie było głównej drogi do Lublina. Rozwiązałem ich obydwa problemy. To znaczy podarowałem moją starą, ale dokładną mapę Polski, oraz zmieniłem moją marszrutę i pojechałem przez Lublin.
Wspólnie szukaliśmy pomysłu na nocleg. Chodziło o miejsce, gdzie autostopowicze mogliby na dziko rozbić swój namiot. Pomyślałem o siostrze zakonnej z Lublina, którą spotkałem przed rokiem na warsztatach medytacyjnych. Uleciało mi z głowy jej imię, ale wiedziałem, że pracuje w akademiku. Po wjeździe do miasta skręciłem pod akademik, wysiadłem z samochodu i… przed wejściem spotkałem moją znajomą siostrę. Właśnie wracała ze spaceru. Czytających te słowa statystyków proszę, aby powstrzymali się od obliczania prawdopodobieństwa takiego zdarzenia losowego. Ja jestem przekonany, że to była synchroniczność. Czyli spotkałem siostrę, bo po prostu miałem ją spotkać. Wszystko poszło bardzo dobrze. Zostawiłem A. i J. na pięknym, parkowym trawniku. Po rozbiciu namiotu mieli się stawić w akademiku, aby skorzystać z łazienki.
Po pożegnalnych uściskach ruszyłem w stronę Warszawy. Jechałem ciesząc się, że kilka godzin wcześniej A. i J. napisali na swoim kartoniku “Radom”, a nie “Lublin”. Gdyby napisali “Lublin” pewno bym się nie zatrzymał, bo jechałem do Radomia. Wtedy bym z nimi nie porozmawiał. Zaś przez ich “Radom” pojechałem do Lublina i miałem niezwykle ciekawą podróż do domu.

Orest Tabaka on 14 lipca 2010 at 20:32 #
Nigdy nie korzystałem z autostopu i się nie zanosi. Ta historia utwierdza mnie w przekonaniu, że jeśli będę miał okazję zabrać autostopowiczów to zabiorę
Staś on 16 lipca 2010 at 03:42 #
Jak to dobrze że są tacy dobrzy ludzie jak Ty! Poza tym, zawsze pozytywnie!
Swojak on 17 lipca 2010 at 08:51 #
@Orest Tabaka, @Staś
Orest, myślę, że branie autostopowiczów to taki bardzo prosty sposób łatwego udzielenia pomocy innym. Jak w każdej sytuacji pomagania, mam kod podstawowych zasad, które mam w głowie, gdy zatrzymuję się przy autosptopowiczach. Po pierwsze zwracam uwagę na bagaż. Potrafię poznać bagaż podróżników. Patrzę też na twarze, tzn. moja intuicja ma stwierdzić czy “czy dobrze im patrzy z oczu”. Następnie, już po zatrzymaniu jestem wyczulony na zapach alkoholu. Nie zabrałbym ludzi podpitych.
Czasem może się okazać, że dopiero w samochodzie poczujemy, że coś jest niewporządku i czujemy się niepewnie w obecności nowych pasażerów (mnie się to jeszcze nie zdarzyło). Wtedy radziłbym natychmiast odszukać miejsce, gdzie są inni ludzie - np. stację benzynową lub przystanek autobusowy - i oznajmić pasażerom, że zmieniłem zdanie na temat jazdy. Wolałbym pożegnać autostopowiczów w taki sposób, niż w środku lasu przekonać się, że moje odczucia miały sens.
Uważam, że każdy z nas, z podstawowym poziomem samoświadomości, ma dostęp do sygnałów, który wysyła nasz organizm. Czasem są to reakcje fizyczne, a czasem jakieś przeczucia. Myślę, że zwracanie na nie uwagi i doskonalenie się w ich interpretacji pozwala nam skuteczniej działać. Także wtedy, gdy decydujemy się zabrać autostopowiczów.
Staś, robienie dobrych rzeczy daje mi radość. Dochodzę do wniosku, że to naturalna radość, której każdy może doświadczyć, byle tylko dać sobie szansę na wysiłek zrobienia czegoś dobrego.
Orest Tabaka on 18 lipca 2010 at 22:53 #
Dzięki za te wskazówki. Postaram się o nich pamiętać, gdy będę miał okazję kogoś zabrać. Dużo mniej boli uczenie się na doświadczeniu innych niż na błędach własnych
telemach on 03 sierpnia 2010 at 19:06 #
No cóż, ja też zabieram. Przeważnie pary. Zabierając ponoszę ryzyko. Nie zabierając - mam pewność, że zostawiam na poboczu szanse na spotkanie z drugim czlowiekiem.
A zatem zabieram.
Swojak on 07 sierpnia 2010 at 11:07 #
telemachu, chyba o to spotkanie chodzi. Mam znajomą, która ogromną wagę przywiązuje do przygodnych spotkań. Niemal jak w książce “Niebiańska przepowiednia” (”The Celestine Prophecy”), odszukuje wiadomość jaką miał jej do przekazania napotkany człowiek. Nauczyłem się od niej z większą uwagą traktować sytuacje, gdy moja ścieżka krzyżuje się z czyjąś ścieżką.