Mokro-suche podróżowanie po Puerto Rico.

W sobotnie popołudnie siedziałem pod wodospadem zażywając kilkunastominutowego masażu wodnego. To był doskonały relaks, przed czekającą mnie nazajutrz wędrówką pod palącym słońcem. Bowiem po sobotniej wyprawie do wilgotnego lasu równikowego El Yunque, niedzielę miałem spędzić w suchym lesie rezerwatu Guánica na przeciwległym krańcu wyspy. Porto Rico jest małe, niespełna dwieście kilometrów dzieli wilgotny las w północo-wschodniej części, od suchego lasu na południowo-zachodnim brzegu.

Jedną z radości dwutygodniowej delegacji jest weekend wypadający pośrodku roboty. Wykorzystałem go do granic wytrzymałości. W piątkowy wieczór i sobotni poranek myszkowałem po sklepach idąc za sugestią znajomego Hiszpana, że na terytorium USA ceny amerykańskich ubrań bywają bardzo atrakcyjne. Faktycznie, z radością uzupełniłem braki w swojej szafie pamiętającej szwajcarskie przeceny sprzed dwóch lat. Potem, z bagażnikiem pełnym fantastycznych nabytków, pojechałem do lasu: wziąłem plecak z napojami, sandałami oraz ręcznikiem i ruszyłem na wycieczkę przez Vereda La Mina czyli po szlaku La Mina. Wokół gęsta, intensywnie zielona roślinność; obok szlaku potok przepływający przez kamieniste koryto rzeczne. Miły spacer został uwieńczony – wspomnianym we wstępie – widokiem ślicznego wodospadu. Pośpiesznie zruciłem z siebie wszystko z wyjątkiem kąpielówek, na stopy włożyłem sandały i po chwili na plecach czułem miły chłód wody spadającej z kilkunastu metrów. Wdrapałem się na skałę, znalazłem dość wygodne siedzenie i pozwoliłem wodospadowi na długi masaż. Wyszedłem spod strumienia odprężony i zadowolony z odkrycia tego cudownego miejsca.

Nazajutrz wstałem wcześnie rano, aby dojechać do Tibes koło Ponce, na południowym wybrzeżu. Byłem na miejscu tuż po otwarciu muzeum spotkań, ceremonii i rozrywki Indian. Jest to fascynujące miejsce odkryte trzy dekady temu. W Tibes Indianie odprawiali pogrzeby, spotykali się, aby pograć w piłkę lub odbyć debaty. Najstarsze ślady wskazują na pierwszy wiek naszej ery.

Z Tibes ruszyłem na zachód w poszukiwaniu suchego lasu Guánica. Byłem już bardzo blisko, gdy wjechałem w ślepą drogę. Czekała mnie jazda powrotna do północnego wjazdu do parku. Lecz minęło południe, a na mojej drodze pojawił się porządny hotel Copamarina Guánica położony między plażą, a rezerwatem. Wymarzona okazja na lunch. Zjadłem tam wyśmienicie. Rozpocząłem od sałatki, potem dostałem rybę (chyba graniec) z lokalnym specjałem „mofongo” (mofongo to mieszanina plantanów czyli bananów do gotowania, skrawków skóry wieprzowej i czosnku). Bardzo smaczne i syte. Na koniec stanął przede mną duży talerz z sałatką owocową. Hotel wyglądał na dość drogi, więc posiłek obciążył kartę kredytową na pięćdziesiąt dolarów. Co odpowiadało cenie posiłku w przyzwoitej portorykańskiej restauracji. (Dla porównania: za lunch w wegetariańskim barze koło biura płacę jedną trzecią tej ceny.)

Syty i uśmiechnięty objechałem las, a po niespełna pół godzinie byłem na parkingu pośrodku rezerwatu. Tutaj rozpoczął się trudny kawałek dnia. W upale przebrnąłem przez szlak. Na zakończenie wyprawy podjechałem na plażę i rzuciłem się w przyjemne fale.

Wieczorem w powolnym weekendowym ruchu toczyłem się po autostradzie do swojego apartamentu koło San Juan.

2 myśli nt. „Mokro-suche podróżowanie po Puerto Rico.

  1. witka

    Swojaku, Twoja opowieść jest apetyczna smakowo i widokowo. Słońce i wspaniałe widoki- wystarczą aby naładować akumulatoru i wrócić z zapałem do pracy, nawet po czynnym wypoczynku.
    Może i ja kiedyś będę miała okazję zawitać w te strony:)

  2. Swojak Autor wpisu

    Witko, jest tam ładnie i egzotycznie. Sporym minusem jest bezpieczeństwo. Ja jestem już w domu cały i zdrowy. Lecz rodziny raczej tam nie zabiorę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.