23h < 10h, czyli pies korporacyjny

Ponownie jestem na Puerto Rico. Chmura wulkaniczna opadła, huragany jeszcze nie nadeszły, więc po dwudziestotrzygodzinnej podróży przez Londyn i Nowy Jork dotarłem do apartamentu w malowniczej dzielnicy Isla Verde na przedmieściach San Juan.

Firma, która mnie tu wysłała ma wspaniałomyślną zasadę, że w przypadku podróży przekraczającej dziesięć godzin kupuje bilet w klasie biznesowej. Fajnie to wygląda na papierze. Lecz firma jest amerykańska, a sporo managerów włoskich, więc zasady są kreatywnie modyfikowane. Po pierwsze uznano, że w opisywanej zasadzie chodzi o pojedynczy odcinek podróży przekraczający dziesięć godzin. Czyli po rozbiciu lotu na dwie przesiadki można współczująco pokiwać głową i uznać, że to nie o taki bizens chodzi w klasie biznes. Na wypadek jakichkolwiej wątpliwości, jeden z dyrektorów przybił gwódź do trumny wysyłając email z zawiadomieniem, że w tak ciężkiej sytuacji gospodarczej zaleca się, aby wszystkie osoby związanie z portorykańskim projetem latały ekonomicznie. Empatycznie wyraził, w tym samym emailu, troskę o zmęczonych podróżą podwładnych pozwalając im stawić się w biurze cztery godziny później niż zwykle. Też myślę, że ważne, aby zaoszczędzić trochę kasy, bo w końcu firma zobowiązała się płacić prezesowi rocznie dwa miliony dolarów jako bonus, więc w trudnej sytucji gospodarczej mogłyby z tym być problemy, gdybyśmy lekkomyślnie rozciągali swoje gnaty w wygodnych, acz kosztownych fotelach lotniczych. Mój kwałek projektu, był opóźniony przez wulkan, więc zamiast brać pół dnia wolnego, przespałem się kilka godzin i z zapałem godnym lepszej sprawy byłem od rana w biurze.

W sumie kiedyś pracowałem w niewielkiej rodzinnej firmie włoskiego dusigrosza i wtedy było dla mnie oczywiste, że ceną za autonomię w zarządzaniu projektami jest lot do Australii z podkulonymi nogami. Potem zostaliśmy wchłonięci przez świat korporacyjny i jedną z niewielu pozytywnych zmian były wygodne podróże. Nadszedł czas, gdy udziałowcy pozamieniali się akcjami swoich spółek i jeden z nich, tuż przed kryzysem w USA, został stuprocentowym właścicielem firmy. W rezultacie mamy warunki socjalne coraz bliższe czasom włoskiego centusia, a obszar naszej samodzielności jest redukowany krok po kroku do poziomu przypominającego życie w koszarach. Widzę, że Ci zarządcy to mieszczuchy i nie widzieli co się dzieje z psem jak dostaje coraz mniej karmy, a łańcuch skraca mu się do uciążliwego minimum. Pies może odkryć w sobie determinację do zmiany, zerwać się z uwięzi i zapolować na kawałek mięsa w świecie oddalonym od takiej dziwnej zagrody.

Zamiast przeciągać sarkastyczne filozofowanie wracam cieszyć się portorykańską przygodą. Bowiem wciąż mam w kieszeni służbową kartę kredytową, na parkingu samochód z wypożyczalni, w lodówce piwo, a kilkanaście metrów od balkonu fale rozbijają się o piaszczystą plażę. Przypuszczam, że drakońskie zasady rozliczania podróży, których opis już dostałem, dosięgną mnie dopiero za parę miesięcy. Póki co cieszę się z pełnej miski i dość niekrępującego łańcuszka trzymającego mnie przy tej globalnej budzie.