Słońce, słońce, woda całkiem szmaragdowa, muszla biała całkiem nowa…

Założyłem maskę z rurką oraz płetwy i opłynąłem rafę koralową. Od strony oceanu były większe ryby. Na wyspie Culebra byłem kilka godzin i niemal cały ten czas wisiałem pod powierzchnią wody, koło rafy, gapiąc się na ryby. Jak żartował mój angielski towarzysz, ocean jest największym akwarium świata. D. wiedział co mówi. Sam większość urlopów spędza nurkując. Niedzielne pływanie z rurką robiło na nim dużo mniejsze wrażenie, niż na mnie. Ja byłem oczarowany pięknymi kolorami ryb. Widziałem je na wolności po raz pierwszy; wcześniej tylko w akwariach. Teraz wypatrywałem coraz to innych odmian. Jak sobie upatrzyłem rybę to chwilę za nią płynąłem, a za moment inna zwracała moją uwagę. Ryby były spokojne i lekceważyły moją obecność.

D., który ratował system komputerowy ubiegłej nocy, drzemał teraz na piasku po nieprzespanej nocy – uznał, że rafa jest w kiepskim stanie, ryb niewiele, a chmury zasłoniły słońce. Gdy promienie przebiły się nad rafę, to D. ją opłynął, a po powrocie był już ożywiony i uśmiechnięty. Na głębszej wodzie wypatrzył półtorametrowego rekina – a dla niego główną frajdą nurkowania jest oglądanie rekinów. Podobno przeważająca większość rekinów jest bezpieczna i nie stanowi zagrożenia dla nurkującego człowieka. Zresztą w takim miejscu jak ta plaża człowiek nie jest postrzegany, ani jako napastnik, ani jako potencjalny pokarm dla ryb.

Ludzi tu mało, bo Plaża Carlos Rosario jest odcięta od ludzkich osad pagórkami i idzie się do niej długie minuty wąską ścieżką wśród zarośli. Jest tu spokojnie, luźno i zacisznie. Wyjątkiem jest czas, gdy koło rafy kotwiczą jachty, a ich niecierpliwi pasażerowie zabijają denerwującą ciszę głośną muzyką z pokładowego stereo. Dudniąca rozrywka bardziej rozpraszała mnie niż ryby, które wydawały się nic sobie nie robić z hałasu.

Taki łomot to pewno drobiazg w porównaniu z ćwiczeniami amerykańskich żołnierzy, którzy wykorzystywali plażę jako poligon. Na wszelki wypadek, na brzegu powieszono tablicę ostrzegającą, żeby w wodzie niczego nie dotykać, bo mogą tam być pozostałości po obrońcach pokoju. D. był niepocieszony, że taka rafa powstająca przez tysiące lat może być bezmyślnie i błyskawicznie niszczona przez mundurowych. Lecz nawet jeśli to co widziałem było tylko namiastką pięknej rafy, to i tak byłem zauroczony. Żal mi było wychodzić z wody i wracać na prom.

Czekała mnie barwna droga powrotna. Po dojściu do parkingu, przy popularnej plaży Flamenco, wpakowaliśmy się do jednego z rozklekotanych busików wożących turystów do przystani. Wewnątrz była już wesoła grupa portorykańczyków z elektryczną tubą i czarnoskórym animatorem. Wycieczkowicze ze szczekaczki puszczali muzykę, do której śpiewali i wymachiwali rękami. W połowie drogi kaowiec zapytał po angielsku, czy ktoś nie rozumie jego języka. Wraz z D. machnęliśmy mu rękami, a ten z radością powitał mnie na pokładzie wykrzykując, że w tyle pojazdu jedzie Bill Gates. D. spojrzał na mnie, i ze swoją angielską flegmą stwierdził, że faktycznie przypominam Gates’a.

Wesoła jazda po culabryjskich dziurach szybko się skończyła i przez kolejne półtorej godziny siedzieliśmy na promie do Fajardo. Tutaj ekspresywność portorykańczyków wydała mi się dziwna. Grupa rozweselonych facetów bawiła się w liczenie czasu potrzebnego pasażerom na… skorzystanie z toalety. Kibelek był z przodu kabiny, więc przypadła mu rola obiektu rozrywki. Wchodził tam turysta, a ekipa wrzeszczała: uno, dos, tres, cuatro, cinco, seis… Gdy delikwent wychodził, to z gardeł wylatywał w powietrze koszmarny ryk i śmiech. Zatkałem uszy słuchawkami i do końca podróży słuchałem audiobook’a.

Potem wsiadłem do wypożyczonego Suzuki SX4, spojrzałem na znajomą kontrolkę ostrzegającą o niskim ciśnieniu w oponie, i w leniwym weekendowym ruchu jechałem do San Juan. W tylnym kole faktycznie mam mniej powietrza niż w pozostałych, ale konsekwentnie to lekceważę. Pierwszego dnia, po otrzymaniu auta, wróciłem do wypożyczalni z informacją o problemie. Beztroski portorykańczyk wytłumaczył mi, że ten czujnik jest niemożliwe wrażliwy, dopompował powietrze i radził bym w przyszłości lekceważył żółtą lampkę. Tak też czynię. Nim ruszę sprawdzam tylko czy opona ma jeszcze kilka centymetrów między felgą, a asfaltem. Powietrze schodzi systematycznie, ale powoli. Do zwrotu auta w środę powinno wystarczyć.

Suzuki przydawało się przez cały weekend. W sobotni wieczór pojechałem oglądać fosforyzujący plankton na Laguna Grande. To znaczy pojechałem na parking, a dalej już płynąłem kajakiem, w ciemnościach, aż do laguny.  Atrakcją wyprawy było to, że po zamieszaniu ręką lub wiosłem, w wodzie widać smugę światła. Nocne kajakowanie bardzo mi się podobało. Płynęliśmy w zorganizowanej grupie z dwoma przewodnikami. Większość dwugodzinnego wiosłowania przeprawialiśmy się przez kanał łączący lagunę z oceanem. Uczestnicy to głównie weseli i rozgadani Amerykanie.

Z moich obserwacji, Puerto Rico wygląda na turystyczną kolonię USA. Jest tu dolar, a głową państwa jest Obama. Portorykańczycy nie mają praw wyborczych przy głosowaniu na amerykańskiego prezydenta, ale mają zaszczyt oddania życia za amerykańskie interesy w Iraku, w szeregach armii USA.

Postrzegam Puerto Rico jak hybrydę między tym co zostało po Hiszpanach, a tym czym nafaszerowali tubylców Amerykanie (także dosłownie w formie okropnego amerykańskiego jedzenia). Dobrym symbolem tej krzyżówki jest ruch drogowy. Odległości są opisywane w kilometrach, a ograniczenia prędkość w milach na godzinę.

Mimo sporej odległości, Puerto Rico przypomina mi Filipiny. Widzę tu podobny amerykański konsumpcjonizm zaszczepiony w biednym społeczeństwie, wyeksploatowanym przez twardorękich Hiszpanów. O ile w Tajlandii i Malezji widziałem jak niezależnie od dochodów ludzie żyją we względnej harmonii, o tyle na Filipinach i na Puerto Rico czułem napięcie między tymi co mają mało, a tymi co żyją dostatnio. Uważam, że amerykański sen o dużej kasie, przy lekkim życiu, jest nierealny, ale portorykańczycy wydają się bardziej wierzyć agencjom reklamowym niż zdrowemu rozsądkowi.

Od początku tej wyprawy pobrzmiewa mi w uszach piosenka Maanamu „Puerto Rico” przysłana tuż przed wyjazdem przez kolegę z biura. Z niej też pochodzi tytuł tego wpisu, a poniżej wklejam link do teledysku. Polecam posłuchać jak Kora widzi wyspę, bo faktycznie „w Puerto Rico rum Bacardi, Espaniole, i cygara, błyszczy złoto, brylantyna, diabła w oczach, ma dziewczyna”.

http://www.youtube.com/watch?v=_W74gRStwhg

7 myśli nt. „Słońce, słońce, woda całkiem szmaragdowa, muszla biała całkiem nowa…

  1. Swojak Autor wpisu

    @Orest, @Pistacjowy Kosmita,
    Orest, cieszę się, że Ci się spodobało.
    Pistacjowy Kosmito, tak jest, już się cieszę na powrót na Puerto Rico w kwietniu. Życzę Ci łagodnych i dobrych Świąt.

  2. Orest Tabaka

    Zapytam (jeśli nie chcesz odpowiedzieć to rozumiem) czy to wyjazd typowo wczasowy czy może połączony, np. z pracą?

    PS: Udanego lotu do Madrytu 🙂

    Uśmiechy!
    Orest

  3. Swojak Autor wpisu

    Orest, kieruję projektem w San Juan dla mojego klienta (jestem konsultantem). Zatem poza weekendami ostro tam pracowałem.

  4. Malgosia

    Fajnie opisane. Dzieki. Zycze dalszych sukcesow i niegasniecia tej twojej wspanialej radosci zycia.

  5. Swojak Autor wpisu

    Malgosiu, właśnie w magazynie The Brain przeczytałem, że „as we age, we actually tend to accentuate the positive” („gdy się starzejemy, to tak naprawdę mamy wtedy tendencje do zwracania uwagi na pozytywy”). Czyli badania dowodzą, że moja radość życia powinna się umacniać 😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.