Są ferie, więc pojechaliśmy do Szwajcarii.
Półtora tysiąca kilometrów w ciągu jednego dnia to dla naszej mobilnej rodziny dość zwykłe wyzwanie.
Tym razem najbardziej szwajcarski z członków rodziny uznał, że jest za stary na takie przygody i tuż przed granicą w Świecku dał znać, że dalej nie chce jechać.

Mowa o naszym samochodzie towarzyszącym nam od czasów helweckich. W połowie lutego staruszek obchodzi dziesiąte urodziny.
Zepsuła się skrzynia biegów. Szczęście w nieszczęściu, iż udało się wrócić do domu na tych biegach, które jeszcze działały.
Przepakowaliśmy bagaże do innego auta i następnego dnia ponownie wstaliśmy o czwartej rano, żeby około piątej być w trasie. O północy dotarliśmy w Alpy.

To miał być koniec naszej relacji z wyjazdu na ferie. Chciałem napisać, że Szwajcaria jest tak uporządkowana i niezmienna, iż nie oczekujemy niespodzianek godnych opisania. Chciałem pozostawić Cię, Czytelniku, z ubiegłorocznymi wpisami na temat kraju Helwetów. Lecz mój polsko-szwajcarski przyjaciel czytujący bloga był zniesmaczony twierdzeniem, że w Szwajcarii nic się nie zmienia. “Ależ nawet legitymacje zniżkowe na tutejszą kolej mają nowy wygląd! To nie prawda, że w Szwajcarii nic się nie zmienia.”

Wobec tego będę uważnie poszukiwał czy zmieniło się coś poza kolorem legitymacji. Jak znajdę nowości to o nich napiszę.