Miesięczne archiwum: Listopad 2011

Na pokładzie A380.

Lufthansa kupiła osiem potężnych Airbusów zabierających 526 pasażerów. Dzisiaj leciałem jedną z tych maszyn.

Trudno mi pojąć jak 560 ton żelastwa, plastiku i paliwa może wzbić się w powietrze.

Nim wystartowaliśmy, już podpięcie A380 do terminala było ciekawostką. Wchodziliśmy do samolotu z dwóch poziomów frankfurckiego lotniska. Poczekalnia została specjalnie zaadoptowana do obsługi Airbusa. Rękawy dla pierwszej klasy i dla klasy biznes prowadziły na górne piętro maszyny, a ekonomiczne na dolny pokład.

Kabina, szeroka na ponad sześć i pół metra, zrobiła na mnie wrażenie przestronnej.

Słyszałem, że niektóre linie lotnicze wykorzystały okazję zakupu olbrzymiego samolotu do kreatywnego zaaranżowania jego wnętrza. Słyszałem o kontuarach barowych, placach zabaw itd. Lufthansa, z niemieckim pragmatyzmem, wykorzystała miejsce na umieszczenie jak największej liczby pasażerów. Warunki podróży są, moim zdaniem, bardzo podobne do innych dużych Airbusów i Boeingów, obsługiwanych przez tego przewoźnika.

Jedyną niespodzianką było gniazdo sieci komputerowej i port USB w podłokietniku fotela. Nie widziałem tego wcześniej. Po podłączeniu laptopa do sieci, komputer dostał swój adres IP, czyli został podpięty do pokładowej sieci. Był to tylko dostęp lokalny, bez internetu. Być może w przyszłości ma to być wykorzystane do surfowania podczas lotu. Natomiast przydatne okazało się gniazdo USB. Wpiąłem do niego komórkę i doładowałem baterię.

Skoro jesteśmy przy temacie gadżetów na pokładzie, to podzielę się z Wami ciekawostkami. Lufthansa robi w tym roku drugie podejście do internetu w lotach międzykontynentalnych. Na niektórych trasach transatlantyckich już są hot spoty w kabinie pasażerskiej. Następnym etapem będzie umożliwienie podróżnym korzystanie z telefonu komórkowego, ale tylko do wiadomości tekstowych.

Lufthansa zrobiła sondaż wśród pasażerów na temat korzystania z telefonów na pokładzie. Pod wpływem zebranych głosów postanowiono zablokować porty telefonii internetowej, oraz ograniczyć komórki do smsów i mmsów. Ludzie chyba nie chcą, żeby im współpasażerowie gadali nad uchem.

Napisałem, że jest to druga próba wdrożenia projektu internetowego w samolotach Lufthansy. Bowiem internet już był na ich pokładzie w ubiegłej dekadzie. Pamiętam lot z Azji, kiedy włączyłem na laptopie Skype’a i odbyłem kilka rozmów ze znajomymi i rodziną. Z tego co słyszałem ówczesne przedsięwzięcie upadło z powodów finansowych. Może było za wcześnie na taką usługę? Może było za drogo? Może formy płatności online potrzebowały więcej czasu na popularyzację?

Niemcy najwyraźniej wyciągnęli nauczkę z tamtej porażki. Teraz, działając z Deutsche Telekom, umożliwią płatność za internet tak samo jak za korzystanie z pakietów danych w roamingu. Będzie też możliwość płacenia kartami kredytowymi oraz milami z programu Miles&More.

Przypuszczam, że dopuszczenie komórek wymaga też innego zabezpieczenia urządzeń pokładowych, niż to było w przypadku wifi. Komórki potrafią ponoć narobić nieprzyjemnych psikusów czujnikom pożarowym oraz nawigacji. Więc projekt wygląda na ambitne przedsięwzięcie.

Podoba mi się ten pomysł Lufthansy, bo lubię widzieć jak ludzie szukają innowacyjnych rozwiązań. Pewno wielu pasażerów będzie zadowolonych z możliwości bycia online w trakcie lotu.

Dla mnie ma to małe znaczenie. Zawsze mam coś do roboty w ciągu długich lotów. Zwykle czytam książki.

Tym razem niewiele poczytałem, bo większość lotu przespałem. Teraz parę godzin na lotnisku w Singapurze i druga połowa drogi do Auckland.

Co ma zrobić I., aby podróżować służbowo?

Praca marzeń? Zwiedzać świat na koszt pracodawcy.

Jak do tego dojść? – zapytała mnie w e-mailu I. – koleżanka, która zaczyna swoją wędrówkę po rynku pracy.

Podczas weekendowej wycieczki, z niemieckim kolegą, uciąłem sobie pogawędkę na ten temat.

Obydwaj sporo latamy, dzieje się tak, pomimo światowego kryzysu i ustawicznego programu cięcia kosztów w firmie.

Przemierzając bajecznie zielony szlak, łączący plażę Carlos Rosario z plażą Flamenco na wyspie Culebra, rozprawialiśmy o tym co doprowadziło do naszych podróży.

Zastawialiśmy się co poradzić I. w realizacji jej marzenia. Nasze doświadczenia miały wiele podobieństw.

By pracować w różnych zakątkach globu trzeba być w firmie, która prowadzi międzynarodowy biznes. Czyli wydaje się, że podstawowym warunkiem jej znalezienie pracodawcy, który ma po co wysyłać swoich ludzi za granicę.

Do tego dochodzi niebanalny wymóg tego, by firma miała pieniądze na podróże. Wydaje się to coraz rzadsze wśród firm amerykańskich, a coraz powszechniejsze wśród chińskich. Pewno kolejny znak przesuwania się siły gospodarczej do Azji.

Są rozmaite oblicza podróży służbowych. Mój towarzysz debatowej wycieczki wspomniał o koledze, który zajmuje się obsługą kontenerowców zawijających do rozmaitych portów na świecie. Zjawia się w porcie przed przybyciem statku i koordynuje jego rozładunek. Mówił też o innym, który lata po świecie negocjując kontrakty. No i oczywiście nieśmiertelny przykład stewardessy zwiedzającej świat jako podniebna kelnerka.

Wróćmy do realizacji marzenia I. Gdy już moja dwudziestoparoletnia znajoma dostanie się do zamożnej międzynarodowej firmy, to pojawi się pewno pytanie dlaczego właśnie ją pracodawca miałby wysyłać w delegacje. Czyli co takiego wniesie do zespołu, aby ją wysłać w świat?

W naszych przypadkach podróże są skutkiem ubocznym. Nie byłym celem samym w sobie. Każdy z nas zagospodarował sobie jakiś odcinek roboty, a jego rozwój doprowadził do wyjazdów. Jedną z prozaicznych przyczyn wchodzenia w międzynarodowe projekty była znajomość języka. Podróżujemy na koszt amerykańskiej korporacji, więc w naszym przypadku ważny był język angielski. Obydwaj byliśmy nielicznymi pracownikami, którzy poza tym, że śmiało posługiwali się angielskim, to ponadto sami wchodzili w projekty wymagające współpracy z innymi krajami.

Czyli pewno ważne jest, by poza znajomością języka, mieć chęć i odwagę by robić z niego praktyczny użytek.

Lecz do roboty wnosimy coś innego, niż biegłość mówienia po angielsku. Każdy z nas ma jakiś talent, lub raczej konstelację talentów, które są przydatne dla globalnego przedsiębiorstwa. Mój niemiecki kolega łączy serdeczność i kulturę osobistą ze skrupulatnością, co pozwala skutecznie posuwać nerwowe projekty. Moim atutem jest łączenie zamiłowania do rozwiązań informatycznych z czerpaniem radości z pracy z ludźmi.

Każdy z nas, na którymś etapie, odkrył co jest jego unikalną siłą. Rozwinięcie tych sprawności pozwala nam wciąż być sobą i być coraz bardziej unikalnymi w tym co wnosimy do pracy.

Droga I, może takie postawienie sprawy utrudni Ci znalezienie szybkiej recepty na podróże służbowe. Myślę, że nie ma szybkiej recepty po odczytaniu, której każdy amator wyjazdów miałby załatwioną delegację w ciągu kilku tygodni. Jeśli chcesz zrealizować swoje marzenie zwiedzania świata na koszt pracodawcy, to radzę, znajdź się we właściwej firmie, we właściwym czasie, gdy potrzeba im Twoich niepowtarzalnych talentów.

This is America, speak Spanish!

Znajomy Meksykanin opowiedział anegdotę. Latynoski komik jechał windą w Los Angeles. Były tam też dwie Wietnamki ciągle gadające w swoim azjatyckim języku.

Artysta spojrzał na nie groźnie i warknął: „This is America, speak Spanish!” („Jesteś w Ameryce, mów po hiszpańsku!”).

Ten żart był morałem naszej rozmowy o rosnącym znaczeniu hiszpańskiego w Stanach. Była to humorystyczna mutacja typowej odzywki z przeszłości, gdy biali amerykanie pouczali imigrantów, aby przestali używać swojego języka ojczystego i mówili po angielsku.

Dzisiaj patrząc na grupę dwóch tuzinów amerykańskich żołnierzy czekających na prom na wyspę Viequez zastanawiałem się ilu z nich mówi po angielsku. W całej grupie widziałem tylko jednego faceta o rysach kaukaskich (tak Amerykanie nazywają teraz białych).

Wygląda na to, że upadek gospodarczy będzie szedł w parze z zanikiem kultury amerykańskiej.

Może za parę wieków encyklopedie będą wspominać, że na kontynencie amerykańskim przeprowadzono próbę stworzenia nowego narodu. Podwaliny położono w 19. wieku, a 20. wiek dał tej sztucznej nacji globalną dominację.

Jednak w 21. wieku załamanie gospodarki opartej o niepohamowaną konsumpcję przyczyniło się też do kryzysu demograficznego. Kontynent północnoamerykański został opanowany przez płodnych imigrantów z ubogich, zwykle hiszpańskojęzycznych krajów.

Przyznam, że podoba mi się takie zakończenie historii współczesnego odpowiednika starożytnego Rzymu.

Rozbrojenie chorobliwie hedonistycznego państwa przez ubogich, acz pełnych wigoru barbarzyńców może nam rozwiązać zagrożenie wojny światowej, do jakiej mogliby doprowadzić Amerykanie szukający sposobu na utrzymanie swojego panowania nad światem.

Zatem trzymam kciuki za spokojne usunięcie się z naszego otoczenia amerykańskiej kultury, stylu zarządzania i sposobu rozwiązywania konfliktów.

Pospieszmy się z wypracowaniem własnych pomysłów na życie, bo rzeczywistość może chcieć szybko wypełnić lukę po jankesach. Ich miejsce pewno zajmą Chińczycy z Hindusami.

Nie wiem czy będzie lepiej niż za czasów amerykańskich, na pewno będzie inaczej.

Stworzyłem domową drukarnię.

Właściciel punktu kserograficznego zawołał mnie na zaplecze i pokazał drukarki laserowe, na których robi wydruki dla klientów. „Jak robi Pan tyle kopii to opłaci się Panu kupić drukarkę i samemu drukować.”

Miał rację. Dzięki jego sugestii, od tygodnia mam w swoim domowym biurze małą drukarnię.

O ile w punkcie ksero mogłem liczyć na jedną odbitkę za 17 groszy, to u siebie mam grubo poniżej 10 groszy.

Zakup sprzętu zwrócił się po wydrukowaniu materiałów szkoleniowych na zajęcia z jedną grupą wychowawców domu dziecka.

Jestem wdzięczny za bezinteresowną pomoc człowieka, który na warszawskich Bielanach prowadzi swój sklep i punkt kserograficzny. Jak sobie o nim przypominam, to robi mi się ciepło na sercu i moje serdeczne myśli płyną w jego stronę.

Jest to też pouczająca lekcja liczenia kosztów wydruku.

Byłem zaskoczony, że już przy pięciu tysiącach odbitek, taniej jest zainwestować we własną drukarnię, niż chodzić do punktu ksero.

Co więcej, sprzęt, na którym drukuję jest mocno zaawansowany technologicznie. Drukarka ma tzw. duplex, czyli moduł drukowania dwustronnego, ma kasety na tysiąc kartek oraz kartę sieciową umożliwiającą podpięcie go do mojego domowego modemu neostrady i drukowanie z dowolnego komputera w domu.  Cały ten luksus kosztował 510 złotych wraz z kurierem.

Gdzie sprzedają takie cuda? W miejscach, gdzie dostają stary sprzęt biurowy, konserwują go i ponownie puszczają na rynek. Moja drukarka służyła komuś od 2002 roku. Wtedy kosztowała około pięciu tysięcy złotych. W większych firmach taki sprzęt jest liczony na pięć lat. Potem jest zastępowany czymś nowym. Stary odsprzedaje się za grosze lub oddaje za darmo komuś, kto bierze na siebie recycling wszelkich biurowych staroci.

Moja radość jest podwójna. Bo poza oszczędnościami w opłatach za ksero, mam też sprzęt, który zamiast powiększać sterty elektronicznych śmieci jest wciąż przydatny.

Starszy pan na chodniku.

Wracając z biura spotkałem starszego pana, który golił się siedząc na chodniku. Miał schludne ubrania. Wyglądał na zadbanego. Innego dnia spotkałem go czytającego gazetę. Widziałem też, że spał okryty jakimiś ubraniami. Było to na zadaszonym łączniku ulic, który codziennie przemierzałem między hotelem, a biurem. Słabo znam Kuala Lumpur i jego obyczaje. Czuję, że bez względu na kraj, bezdomność jest zwykle wyborem ostatecznym.

W dniu mojego wyjazdu znowu tamtędy przechodziłem. Człowiek siedział na swoim legowisku, wyglądało, że niedawno rozpoczął dzień.

Zagadałem do niego. Odpowiedział ładną angielszczyzną, że jest z innej prowincji. Przyjechał szukać pracy. Na razie mieszka na ulicy. Jak zacznie pracować to za 200 ryngitów (czyli ok. 200 złotych) wynajmie sobie pokój. Życzyłem mu powodzenia i dałem jakieś pieniądze na jedzenie. Poszedłem do biura. Słyszałem za plecami jak wołał do mnie ciepłym głosem „God bless you!”.

Mam nadzieję, że znajdzie pracę.