Miesięczne archiwum: Październik 2011

Żarcie w Kuala Lumpur, czyli u Malaja od Chinki, w biurze Hindusa.

Jestem w Malezji. Chyba trzeci, a może czwarty raz. Wpadłem tu na tydzień, aby dokończyć szkolenie nowego człowieka w naszym zespole. Jego szefowa wylądowała na porodówce szybciej niż to było planowane, więc wpakowałem do walizy prezent dla nowonarodzonej Chinki i poleciałem zrobić szkolenie Malajowi. Wyzwaniem było znalezienie dogodnego terminu, bo facet jest w trakcie przygotowań do ślubu – a u tutejszych muzułmanów to zawiła i wielotygodniowa procedura. Po przylocie miła niespodzianka; okazało się, że mam do dyspozycji przestronne biuro tutejszego szefa, bo trwa hinduistyczne święto światła Diwali, więc on z tego powodu ma wolne.

Powyższy akapit dość wiernie oddaje koloryt religijny i etniczny Malezji. Liczebnie dominują Malajowie wierni islamowi. Natomiast w biznesie, szczególnie w sektorach zaawansowanych technologicznie jest sporo Chińczyków, którzy stanowią ponad jedną piątą populacji. Hindusi to około 7% mieszkańców Malezji. Swoje ślady zostawili też kolonizatorzy, więc tu i ówdzie są też chrześcijanie.

Lubię jeździć w delegacje do Kuala Lumpur. To jedno z moich ulubionych miast. Jak będziecie mieć szczęście tutaj dolecieć to pewno zdziwicie się, co ja takiego widzę w Malezji. Ani tu szczególnie ładnie, ani brzydko. Ceny w miarę przyzwoite, ale uderzająco tanio też nie jest. Można bezpiecznie mieszać się z tłumem, ale warto mieć się na baczności. Restauracje są prowadzone dość porządnie, ale jedzenie w przygodnych lokalach grozi problemami żołądkowymi. I tak dalej.

Chociaż może warto na chwilę zatrzymać się przy temacie posiłków. Tutejsze spektrum kulinarne jest odpowiednikiem tygla etnicznego Malezji. Mam przekrój wszystkich kuchni azjatyckich. Do tego zwykle są to kucharze z pierwszej ręki. Jako, że lubię próbować wszelakich potraw to lunche i kolacje są dla mnie najciekawszymi elementami dnia. Mój malezyjski podopieczny wymyśla miejsce posiłku, a ja zdaję się na jego sugestie przy wyborze menu. Próbuję wszystkiego. Zwykle zjadam do końca. Poddałem się tylko raz, przy deserze z cukrowych żelek polanych sokiem kokosowym i posypanych tłuczonym lodem z masą cukru. Mój lokalny kolega też ledwo co napoczął swoją porcję, więc czuję się rozgrzeszony.

Niedawno zastanawiałem się nad tym, co ciekawego jest wciąż – po odwiedzeniu kilkudziesięciu krajów – w moich podróżach służbowych. Wyszło na jedzenie. Po prostu chodzi o żarcie. Coraz to nowe, inne potrawy. Mieszanie smaków i składników, których wcześniej nie doświadczałem. To jest dla mnie główna frajda.

Kiedyś powiedziałbym, że atrakcją jest różnorodność spotykanych ludzi. Faktycznie moi współpracownicy reprezentują znakomitą paletę narodów, ras i religii. Po okryciu jak bardzo podobne mamy pragnienia i marzenia, bez względu na miejsce urodzenia, wolę pomruczeć przy herbacie z przyjaciółmi z mojej podwarszawskiej okolicy, zamiast lecieć w tym celu na koniec świata.

Kiedyś cieszyłem się na myśl, że w delegacji zobaczę inne, egzotyczne, nietypowe miejsca, budowle, rośliny i zwierzęta. Zobaczyłem ich sporo. Lecz oglądałem je przez szybę – dosłownie lub w przenośni. Uznałem, że poznawanie zakątków Ziemi jako turysta w autokarze, z aparatem i plikiem dolarów to strata mojego czasu. Mimo masy pieczątek w paszporcie, odbyłem tylko kilka podróży. Bowiem „podróż” to dla mnie zamieszkanie wśród lokalnej ludności, na warunkach zbliżonych do ich egzystencji. Taką podróż odbyłem kiedyś z mojego rodzinnego miasta do Lublina, potem była podróż do Warszawy, potem do podalpejskiej wioski w Szwajcarii. Być może jeszcze mogę powiedzieć, że mój kilkumiesięczny projekt w Sydney to też była podróż. Reszta to pusta turystyka. Zamiast własnych zdjęć i opowieści zawodowych przewodników, wolę raz na jakiś czas zobaczyć filmy Wojciecha Cejrowskiego. W jego podróżach widzę prawdę podróżnika. Niniejszym serdecznie kolegę Cejrowskiego pozdrawiam i przesyłam wyrazy uszanowania.

Czyli jak widzicie w mojej delegacji najważniejsze są diety. Absolutnie nic do tego nie mają diety rozumiane jako dostosowanie ilości i rodzaju pokarmu do potrzeb organizmu. Bowiem podczas moich wyjazdów żarcie przekracza tak potrzeby, jak i momentami możliwości przewodu pokarmowego. Zatem najważniejsze są diety, czyli to, że korporacja utrzymuje mnie w podróżach służbowych.

Piszę to po zjedzeniu ostatniej kolacji w Kuala Lumpur. W hotelowym pokoju bulgocze czajnik, za chwilę powtórnie zaleję zieloną herbatę i puszczę ten wpis w partycje amerykańskiego serwera goszczącego mojego bloga. Jutro pakuję bagaż i poprzez zalany Bangkok oraz bogaty Frankfurt lecę do domu.

A jak Wasza turystyka? A może podróżowanie? Napiszcie. Miło będzie się nawzajem ubogacić wymianą myśli.

Okupuję Wall Street.

Z zaciekawieniem patrzę na okupację Wall Street.

Czy na amerykańskim horyzoncie widać mieszkanie w blokach wielorodzinnych, transport publiczny, zanik kredytów konsumpcyjnych i czerpanie radości z prostego, skromnego życia?

Teraz ostrze protestu skupia się na oburzeniu z pompowania pieniędzy z kieszeni podatników na konta korporacji finansowych. Mam nadzieję, że przyjdzie druga fala refleksji nad tym co jest źródłem kryzysu. Myślę, że wyszukane instrumenty inwestycyjne są skutkiem tego, że w dwudziestym wieku Amerykanie wkręcili się w nakręcanie konsumpcji. Wyglądało to dla mnie jak narodowa religia. W punkcie kulminacyjnym, gdy produkcja przeniosła się do Chin, Amerykanie byli już tak otumanieni swoją nową religią, że oznajmili, iż ich wkład w rozwój świata to konsumpcja. Dzięki temu nadają bieg globalnej gospodarce. Jak zbliżało się widmo kryzysu to prezydent apelował, by nie ustawać w zakupach.

W tym samym czasie widziałem jak wyniszczamy zasoby Ziemi, aby produkować ogrom nietrwałych, zbytecznych przedmiotów, których kupowanie miało być zbawieniem świata. Czyli pęd wzrostu gospodarczego to pęd do uczynienia Ziemi ekologiczną pustynią.

Moim podejściem do rozwiązania węzła kryzysu jest skupienie się na tym co ja mogę zrobić, aby przywrócić w świecie równowagę. Mogę dbać o równowagę w moim życiu. Także równowagę materialną. To oczywiście wymaga równowagi duchowej. Odczuwam na własnej skórze, że z rozsądnych zakupów wypadam, gdy brak równowagi w moim sercu. Gdy z wnętrza płynie spokój oraz wola uważnego i świadomego życia to łatwiej mi lekceważyć zewnętrzne zachęty do rzucenia się w nurt konsumowania.

Myślę, że potrzebujemy też współczującej wrażliwości na innych. Czyli takiej zwykłej ludzkiej solidarności. Mogę coś dać innym i ułatwić im wprowadzanie równowagi w życiu. Mogę dzielić się pracą, przedmiotami, umiejętnościami lub pomysłami.

Rozwiązanie problemów świata rozpoczyna się od ustawienia na zdrowe tory mojego własnego życia. Jak zrobi to jeszcze kilka osób, albo kilka tysięcy, albo kilka milionów lub kilka miliardów, to bez względu jak nazwiemy system gospodarczy i polityczny, świat wejdzie na dobre tory.

Czyli mam nadzieję, że okupacja Wall Street jest etapem w budowaniu pokoju serca i solidarności tych, którzy widzą, że świat wymaga zmiany. Zmiana rozpoczyna się od serca każdego z nas.

Też okupuję Wall Street – moim wkładem jest codzienna medytacja i finansowanie programu edukacyjnego w domu dziecka.

Dolecieć do swojego lasu.

Znalezione w książce otrzymanej od przyjaciół:

Pewien ptak codziennie chronił się w suchych gałęziach drzewa, stojącego pośród rozległego pustynnego krajobrazu.
Razu pewnego trąba powietrzna wyrwała drzewo z korzeniami i biedny ptak musiał przelecieć sto długich mil, zanim wyczerpany znalazł sobie nowe schronienie.
Gdy wreszcie, po długim locie dotarł do gęstego lasu, znalazł tam niezliczone drzewa, które uginały się od owoców.

(cyt. za „Pasje i marzenia liderów XXI wieku” I. i M. Blimel)

Powyższa historyjka kojarzy mi się z przywołaną niedawno opowieścią Steva Jobsa o tym jak rozmaite tarapaty miały zbawienne znaczenia dla jego rozwoju. Gdy go wyrzucano to okazywało się, że kolejny etap życia otwierał możliwości, które zaistniały tylko dlatego, że jakaś trąba zwaliła drzewo, na którym siedział.

Jak tam Wasze doświadczenia latania długich mil po stracie swojego bezpiecznego drzewa?

Kaczyński czy Tusk, Ty wybierzesz ofiarę.

Czuję się jak na wyborach prezydenckich w państwie, gdzie lider ma bardzo dużą władzę, łącznie z władzą ustawodawczą.

Do tego w pakiecie wybieram gwardię przyboczną lidera.

Mamy głosowanie na jednego z dwóch kandydatów. Zresztą Platforma Obywatelska mówi na swoim plakacie wprost: „Tusk czy Kaczyński, ty wybierzesz premiera”.

Mieszkamy w dość dużym kraju. Ludzi tu sporo. Mamy wielość poglądów. Mamy rozmaite pomysły na życie i na Polskę.

A tu pod bokiem wyrósł nam taki potworek systemowy, gdzie tradycja parlamentaryzmu umarła nim się u nas zaczęła.

Chciałbym wybrać mojego posła. Chciałbym, aby był to człowiek reprezentujący moje patrzenie na nasz wspólny interes.

Zamiast tego, wybór sprowadzamy do dwóch kiepskich (moim zdaniem) liderów. Ich wizja Polski, ich obyczaje, sposób traktowania współpracowników, skuteczność w załatwianiu wspólnych spraw są mi obce.

Jak zagłosuję? Oddam głos na faceta z listy wyborczej, który w internetowej ankiecie wyraził poglądy podobne do moich, a do tego ma jakieś doświadczenie samorządowe. Wiem, że koniec końców oddaję głos na jego szefa. Zły jestem, bo obydwóch prawie premierów wysłałbym do jakieś małej i nieskomplikowanej gminy, aby jako radni nauczyli się jak działać dla dobra wspólnego i jak szanować ludzi, którzy są z nimi, i którzy są przeciw nim. W sejmie chciałbym widzieć innego formatu ludzi.

Podobno jaki naród tacy jego przedstawiciele. Moim zdaniem Polacy są coraz fajniejsi i mają coraz sensowniej poukładane w głowach. Zatem wierzę, że prędzej czy później ten pozytywny trend dotrze do szamba zwanego Sejmem RP.