Miesięczne archiwum: Lipiec 2011

Na promie pisane na kolanie.

Siedzę na promie z wyspy Waiheke na stały ląd. Dobry moment na zebranie weekendowych wrażeń.

Zgodnie z przewidywaniami, zobaczyłem piękne miejsca i bezproblemowo żyjących ludzi.
Może Nowa Zelandia nie jest rajem na Ziemi, ale wiele jej do tego nie brakuje.

Pewno gdyby na promie tak nami nie miotało, to bylibyśmy krok bliżej do raju. Siedzę na górnym poziomie, a fale i tak przelewają się przez osłony z tworzywa sztucznego. Póki daje się pisać, to wracam do podsumowania mojej turystyki.

Sobotni lunch i jego kontekst miło zapadły mi w pamięć. Około półtorej godziny jazdy na północ od Auckland jest winnica, którą poleciła mi koleżanka z pracy. Jak się domyślacie, winnic w tym kraju jest pod dostatkiem, więc to chodziło o coś innego niż wypicie lampki czerwonego wina. Szczególnie, że znajomy Nowozelandczyk stwierdził, że pije białe lokalne, a czerwone australijskie.

O kurcze, wciąż mocno buja promem. Chyba wiem dlaczego facet obok mnie pije piwo z dwóch butelek na raz. Jedna to pewno za małe znieczulenie.

Wracam do tematu. Otóż wspomniana winnica jest galerią sztuki na otwartym powietrzu. Sztuka tam jest współczesna i do tego nowozelandzka, więc uznałem, iż może do mnie coś trafi  z artystycznej kreatywności. Eksponatów było ze czterdzieści. Graffiti na drzwiach drewnianego wychodka oraz namiot z folii odblaskowej średnio do mnie przemówiły. Lecz już mosiężna tabliczka z napisem „‚to drzewo zastało powalone dla upamiętnienia porzuconej nadziei” wmurowana obok starego pnia, bardzo mi się spodobała. Znalazłem też inne tabliczki w podobnym stylu. Zachęcały do refleksji na zmarnowanymi intencjami, nierozwiązywalnymi różnicami i zniszczonymi marzeniami.
Dwukilometrowy szlak artystyczny prowadził przez leśne ścieżki, zahaczał o małe jeziora, wspinał się na szczyt okolicznego pagórka i oplatał winnicę, z której żyją właściciele tego domu kultury pod gołym niebem. Czyli trzy w jednym: posiłek, wycieczka po winnicy oraz wizyta w galerii.

Pozostałą część relacji piszę już z lądu. Czuję się dużo lepiej, gdy podłoga stoi w miejscu.

Po sobotniej włóczędze samochodem, w niedzielę wypuściłem się na wodę, czego ślady są powyższych kawałkach tekstu.
Płynąc promem kilkadziesiąt minut na wschód dotarłem do wyspy Waiheke. Piękna wyspa słynąca z winnic, plaż i celebrytów, którzy ukrywają się w zacisznych willach ukrytych wśród zarośli i pagórków.

Tak wyglądało moje spotkanie z północną wyspą Nowej Zelandii pośrodku tutejszej zimy. Mam tu wrócić na wiosnę, czyli… w listopadzie.

W delegacji na antypodach.

Jestem w podróży. Najdłuższy lot w moim życiu. Wyjechałem z domu w niedzielę o piątej po południu, a do celu dotarłem we wtorek rano. Czyli jestem w Auckland, głównym mieście Nowej Zelandii.

Powiem przewrotnie, że wszystko jedno czy to Auckland, czy Londyn, czy Lublana, bo podróż służbowa różni się głównie czasem podróży. Reszta jest podobna. Taksówka, hotel, biuro, posiłki, hotel, biuro itd.

Rozumiem, że takie stwierdzenie może rozsierdzić osobę, która marzy o dalekich podróżach, która wiele by dała, by zrealizować marzenia o wyjeździe na antypody.

Jasne, że będąc na miejscu staram się skorzystać z okazji zobaczenia okolicy. Jednak zgodnie z prawdą Wam powiem, że wyjeżdżać z domu w ogóle mi się nie chciało.

Moje pierwsze wrażenia z Nowej Zelandii to jej niezwykła wielonarodowość. W firmowej kuchni spotkałem Rumunkę z obsługi klientów; w restauracji wino do kolacji dobierał mi Węgier; szefem zespołu, z którym tu pracuję jest południowy Afrykańczyk; jego podwładny jest z Danii; z lotniska wiózł mnie Rosjanin, a w posprzątanym hotelowym pokoju znalazłem karteczkę po polsku: „pozdrowienia od polskiego personelu zatrudnionego w hotelu Spencer :)”.

Czteromilionowa, malownicza Nowa Zelandia przyciąga ludzi z całego świata. Zresztą podczas rozmowy z urzędniczką na lotnisku zauważyłem, że ta popularność jest dla tubylców wyzwaniem imigracyjnym. Wymęczony po dwudziestu ośmiu godzinach podróży, z dopiero co zatrzymanym krwotokiem z nosa i pobolewającą głową, wyczekiwałem chwili, gdy naleję wody do hotelowej wanny i odsapnę przed pójściem do biura. Myślami byłem już w wannie, gdy przyszła moja kolej podejścia do kontroli paszportowej. Na pytanie czym się zajmuję, wyrecytowałem standardowe zdanie o badaniu oglądalności telewizji, które powtarzam na lotniskach od Szanghaju po Miami. A tu ściana pytań co konkretnie będę robił w projekcie w Auckland, jak się nazywają moi współpracownicy, pod jakim adresem jest biuro i hotel. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie mam pojęcia o adresach, bo z lotniska ma mnie odebrać taksówka, a nazwiska mojego lokalnego kontaktu nie pamiętam, bo jest zawiłe, w każdym bądź razie ma na imię Rolf. Urzędniczka uniosła brew i dopytała czy mam ze sobą swoją wizytówkę. Wizytówkę miałem i zaoferowałem, że mogę wyszukać w e-mailach dane o firmie i osobach. Poszło i mogłem odebrać bagaż. Potem jeszcze rozmowa z wesołkowatym urzędnikiem sanitarnym, który zagadał do mnie po imieniu. Jego zadaniem było sprawdzić, czy nie mam ze sobą niczego co by zagrażało tutejszej przyrodzie. Potem prześwietlenie bagażu przez celników i wkroczyłem do Nowej Zelandii.

Czołgiem po osobówkach, ciąg dalszy, czyli „fajnie, tylko jak tego dokonać?”

Tydzień temu pisałem o praktykach empikopodobnych. Skomentował to telemach na blogu oraz A.J. na mojej facebookowej ścianie.

Telemach zadał serię pytań:
„Co na to konsumenci? Co na to organizacje konsumenckie? Jaka jest pozycja organizacji przedsiębiorców? Co na to prawodawca? I co na to diktum mówi konkurencja?”
Oczywiście znał odpowiedź, co brzmiała „nic”.
Ja sobie pojadę po tych odpowiedziach szerszym strumieniem słowotoku.
Konsument: płacze i płaci. Świadom biznesowego bandytyzmu empiku, szukałem w innych księgarniach książki, która u nich była za 32 złote; w końcu znalazłem w wysyłkowej księgarni w Dąbrowie Górniczej za 29 złotych. Morał z tego taki, że konsument nie musi przepłacać w empiku, może przepłacać w dowolnym innym sklepie.
Organizacje konsumenckie: przepraszam, jakie organizacje? Organizacje i działalność społeczna to staroświecki wymysł komunizmu; nowoczesny Polak ma gotową do użycia serię żartów o śmiesznych ludziach, co robią z siebie pośmiewisko bezpłatnie zawracając głowę innym.
Organizacje przedsiębiorców: to ja się mam martwić tym, że mojego konkurenta ktoś legalnie oskubał? Z innymi przedsiębiorcami to my możemy zaapelować, żeby VAT był niższy, ale wtrącać się niewidzialną rękę wolnego rynku?
Prawodawca: ależ trzeba pilnie zająć się ustawami o układaniu asfaltu pod autokary kibiców 2012 oraz dolewaniu oliwy do ognia w bliskich mordobiciu pyskówkach miłujących kobiety socjaldemokratów z kochającymi nienarodzone dzieci katolikami.
Konkurencja: patrz punkt o konsumentach (tj. konkurencja też się wyżywi przy takim ustawieniu rynku).

Czy ja chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy beznadziejnie głupią społecznością, która jest skazana na bycie kolonią dostarczającą światu wykształconych niewolników i naiwnie otwarty, chłonny rynek zbytu dziadowskich produktów o luksusowych cenach?

Nie. Ja chcę powiedzieć, że jest przed nami nadzieja. Widzę nadzieję w tym, że zaczniemy chronić to co zdrowe i normalne. Do tego potrzebujemy odwagi w wyrażaniu swoich opinii o tym co jest normalne, a co chore. Do tego potrzebujemy odwagi posiadania własnego zdania. Zaś własne zdanie przychodzi z pakietem zaakceptowania tego, że mogę nie mieć racji, mogę się pomylić, mogę powiedzieć głupotę i przyjąć tego konsekwencje. O ileż to trudniejsze od wysłuchania w radiu jakie poglądy są w tym sezonie „obciachowe”, a jakie modne, i potem bezmyślnego ich powtarzania w pracy, w szkole, na ulicy i w rodzinie.

A.J. napisała: „fajnie, tylko jak tego dokonać? to chyba nasza narodowa przywara, bo generalnie mamy tendencję do takiego właśnie traktowania sprzedawców, uważając, że jako klienci mamy do tego prawo, a duzi tylko robią to w większej skali… może warto zacząć od wpajania szacunku do innych, w tym sprzedawców, naszym dzieciom?

„Szacunek.” To jest chyba słowo klucz. Czy tego u nas nigdy nie było? Czy było, ale gdzieś zaginęło?
Szacunek do człowieka. Tak po prostu, szacunek bo jest człowiekiem. Może być kasjerką, taksówkarzem, posłem, policjantem, uczniem, ochroniarzem, pacjentem, parafianinem, byłym ubekiem, prostytutką, nowobogackim, podwładnym, sąsiadem, własnym dzieckiem. Jesteś człowiekiem i odnoszę się do Ciebie stosownie do tego.

Czyli może potrzebujemy pary innowacji: odwagi bycia sobą oraz nawyku szacunku dla człowieka.
Może wtedy ci, co lubią działać społecznie stworzą obywatelską alternatywę dla Federacji Konsumentów, a inni konsumenci z szacunkiem będą wspierać działania dla dobra wspólnego. Może biznesmen widzący krzywdę swojego konkurenta głośno powie co mu dyktuje sumienie i stanie w obronie niszczonego kolegi. Zaś inni przedsiębiorcy uszanują taki gest. Może w parlamencie głos zabierze poseł, który zamiast „zwycięstwa w walce o utrzymanie władzy” będzie widział sposoby wspólnego z wszystkimi parlamentarzystami tworzenia prawa, by budować zdrowe ramy biznesu w Polsce. Zaś jego partyjni koledzy uszanują przełamanie partyjniackiego prymitywizmu.
Może konkurent będzie sprzedawał książki z 20% marżą, bo uzna, że tyle jest w porządku wobec czytelnika. Itd.

To wszystko chyba jest tak proste, jak uświadomienie sobie, że każdy z nas odpowiada za to jak żyjemy tu i teraz. Jest to chyba też tak trudne jak wyrwanie się z odmóżdżającego hipnotycznego snu wędrówek po telewizyjnych kanałach, korytarzach galerii handlowych, witrynach salonów samochodowych i  ucieczki przed samym sobą w dużych ilościach wysokoprocentowego alkoholu.

Czołgiem po osobówkach.

Za biznesową chorobę uznaję to, że „kupując książkę w Empiku, największej sieci księgarni w Polsce, nawet 55 proc. jej ceny wrzucasz do kieszeni tego dystrybutora. Pozostałe 45 proc. trafia do wydawcy i autora, ale tylko teoretycznie, bo Empik płaci swoim kontrahentom dopiero po pół roku” (http://www.wprost.pl/)

Myślę, że potrzebujemy zmiany w ocenie tego co w biznesie jest normalne, a co jest patologiczne.
Moim zdaniem, normalna jest realizacja swoich pasji poprzez budowanie projektów biznesowych, skupianie wokół nich ludzi, którzy będą uczciwie traktowani, oraz budowanie relacji z partnerami w oparciu o dotrzymywanie danego słowa, budowanie wzajemnego zaufania i odpowiedzialności za te relacje.

Dla odmiany, słyszałem o spotkaniu z polskim przedstawicielem międzynarodowego finansisty, którego firma wysysa kapitał od dostawców, poprzez marże na kosmicznym poziomie, oraz przez systematyczne lekceważenie terminów płatności faktur.
Na pytanie dlaczego firma tak traktuje swoich partnerów biznesowych, jej człowiek odparł, że skoro są tak duzi to mogą sobie na to pozwolić.
Polski pracownik zagranicznego inwestora powiedział to człowiekowi, który od dwudziestu lat prowadzi rodzinną firmę i ma opinię biznesowego gracza fair play. Ostatnio ten lokalny przedsiębiorca wziął kredyt obrotowy, bo zaległości w płatnościach ze strony dużego partnera stawały się niebezpieczne dla stabilności firmy.

Moim zdaniem to jest nienormalne.
Rozumiem pazerność mieszkającego w jakimś raju podatkowym geszefciarza, który wybrał ścieżkę biznesu poprzez kontakty z postkomunistami. Koledzy pomagają mu robić nad Wisłą złote interesy, a on swoją pracowitością i sprytem pomnaża kapitał. W sposób egoistyczny i z determinacją, osiąga swoje cele kosztem innych. Pewno tak lubi i może daje mu to satysfakcję. Budowanie zaufania i więzi z szerszą grupą ludzi mieszkających w naszym kraju są mu pewno niepotrzebne.

Lecz nie rozumiem powszechnej w Polsce wyrozumiałości dla takiej postawy. Nie rozumiem wyrażania tonem wyjadacza rynkowego komentarza o normalności takich zachowań.
Zatrzymywanie dla siebie ponad połowy pieniędzy ze sprzedaży mojego towaru i zaleganie mi z wypłatą przez pół roku jest patologiczne.
Mówienie o tym, jak o czymś naturalnym dla rynku i przedsiębiorczości jest, w moim odczuciu, złe i psuje nasz kraj.

Bowiem w konsekwencji takiego patrzenia na sytuację (i takiego o niej mówienia) ludzie nastawieni na przedsiębiorczość, wyrastający w takim rozumieniu świata, mogą uznać, że rozwój biznesu to wspinaczka kosztem słabszych graczy.

Jeśli kupię sobie czołg, wyjadę nim na ulicę i dotrę do pracy taranując zagradzające mi drogę samochody, to postronny obserwator moich działań może skomentować, że jestem tak duży, iż mogę sobie pozwolić na takie działania. Lecz pewno większość uzna mnie za niebezpiecznego wandala, który jest zagrożeniem dla otoczenia. Jak nie perswazją, to środkami przymusu skłonią mnie, abym przestał siać zniszczenie.

Co z czołgami polskiego biznesu? Może poprosić ich, aby nie taranowali innych przedsiębiorców?