Miesięczne archiwum: Maj 2011

Polacy do domu.

Pół roku temu dzieliłem się refleksjami po wizycie w angielskim biurze, które pustoszało w wyniku wysyłania pracy do Indii (http://blog.swojak.info/?p=136).
Teraz patrzę jak wyciekają tam polskie posady. Formalnie wszystko jest jak należy. Globalna korporacja dopasowuje swoje metody działania do warunków na rynku. Właściciele dogadali się z hinduskim partnerem, który daje nadzieję na poprawę rentowności spółki.
Coraz lepiej wyglądają słupki prezentowane co kwartał przez głównego księgowego, patrzącego zimnymi i zmęczonymi oczami w oko korporacyjnej kamery, która przekazuje obraz na tysiące pecetów korporacyjnej klasy niewolniczej. Z wymuszonym uśmiechem gratuluje nam poprawienia sytuacji sprzed roku. Rozmarzonym głosem dzieli się swoją wizją dalszego obcinania firmowych wydatków.

Film jak co kwartał jest na korporacyjnym portalu. Widz może wybrać jedną z niezliczonych wersji językowych tłumaczenia ścieżki dźwiękowej. Organizacja czerpie inspirację z mediów społecznościowych. Pod materiałem jest miejsce na komentarze. Sam prezenter zachęca do umieszczania tam wpisów i zadawania pytań.
Kilkadzesiąt tysięcy pracowników jest namolnie namawianych, aby oglądać ten korporacyjny spam. Wiem, że sporo osób to ogląda. Wymieniają uwagi na korytarzu lub przy maszynie do kawy. Pod prezentacją nigdy nie widziałem ani jednego wspisu.
Rzuciłem okiem na inny portal. Internetową gazetę, która parę lat temu podała neutralnie brzmiącą notatkę o zmianach w zarządzie firmy. Amerykańscy pracownicy uznali to miejsce za swój zakątek i do dzisiaj jest tam ponad trzy tysiące komentarzy. Ogromny ładunek frustracji.
Patrzyliśmy na te igrzyska ze współczującym dystansem.
Do czasu.
Ostatnio poszedłem rozliczyć rachunki w naszej warszawskiej księgowości. Zwykle pracujące tam kobiety były małomówne, siedziały skupione na swoich monitorach i masie wydruków. Teraz też było cicho i sztywno. Lecz ta sztywność była inna, dużo bardziej napięta niż dotychczas. Otóż okazało się, że w sąsiedniej salce konferencyjnej zagościło kilku Hindusów, którzy przez miesiąc lub dwa będą dokładnie opisywać stanowiska pracy księgowych. Po starej znajomości, koleżanki dogadały się z ludźmi z oddziałów w innych europejskich krajach. Usłyszały, że gdziekolwiek pojawili się ci goście, tam kończyło się zamknięciem lokalnej księgowości. Sądzą, iż będą pracować tylko tak długo, jak długo oliwkowi konsultanci będą potrzebować na zrozumienie specyfiki polskiej księgowości.
Pustoszeją też pokoje informatyków. Tutaj obyło się bez niezręcznych gości. Wystarczy, że ktoś odejdzie z pracy, a jego biurko już na zawsze zostaje puste. Praca jest przekazywana na Daleki Wschód. To znaczy mówienie o przekazaniu pracy jest nadużyciem językowym. Do zespołu dołącza zdalnie zatrudniony Hindus. Lecz pracę po polskim koledze przejmują pozostali Polacy, do czasu przyuczenia zagranicznych specjalistów. Im lepszym specjalistą był Polak, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że Hindus kiedykolwiek przejmie jego zadania. Czyli ludzie, którzy wciąż mają pracę w warszawskim biurze mają coraz więcej zadań. W konsekwencji spodziewam się dalszych odejść z pracy. Skoro to dołoży jeszcze więcej ciężarów na barki tych co zostali, to wróżę koniec polskiemu zespołowi. Przez przypadek byłem świadkiem wymiany zdań między polskim kierownikiem, a jego globalnym pryncypałem. Gdy Polak rwał włosy z głowy jęcząc, że Hindusi, których dostaje do zespołu są kiepscy, to jego przełożony  wykładał mu zalety zdobywania doświadczenia w zdalnym zarządzaniu personelem.
Tylko jak długo będzie potrzebny w Warszawie menadżer, którego zespół będzie już bardzo daleko stąd?
Doczekaliśmy się światowego życia w Polsce. Tylko czy to właśnie to mieliśmy na myśli podłączając nasz rynek do globalnej gospodarki? Czy firma, która mi płaci jest wyjątkiem na naszym rynku? Chyba nie. Ostatnio zatrudniliśmy człowieka (był chyba ostanim, który dołączył do polskiego zespołu) bezrobotnego po przeniesieniu do Indii jego poprzedniego miejsca pracy. Widziałem się też z koleżanką, która rekrutuje w Polsce zespół pracowników do wprowadzania danych. Przejmą pracę po Anglikach. Jeszcze nie widzą, że to tymczasowa robota, bo potem wszystko pójdzie do Indii.
Proszę Was o kreatywne propozycje jakie prace będą do wzięcia w Polsce przez wykształconych absolwentów za dziesięć lat? Pogdybajmy sobie. Nikt nie wie jak będzie wyglądała przyszłość, czyli możemy bezkarnie powróżyć z fusów. Serdecznie zapraszam do dyskusji.

Pożegnanie z bezdrożami.

„To raczej nie jest samochód dla Pana. Jako listonosz pewno zarabia Pan niewiele i potrzebuje auta, które będzie w ciągłym ruchu. To raczej dla weekendowego pasjonata wyjazdów w teren, który lubi pogrzebać przy samochodzie.”Podobną rozmowę odbyłem z kilkoma osobami, które skusiły się na ogłoszenie z ofertą mojej terenówki.Zniechęcałem niektórych kupców, czekając na idealnego nabywcę.Chodziło o pojazd niecodzienny, o dziewiętnastoletnią terenówkę o bliżej nieokreślonym przebiegu.

W sobotę wieczorem zadzwonił człowiek, który już jeździł kilkoma starymi autami 4×4 i teraz szukał czegoś nowego do zabawy na bezdrożach. Wiedziałem, że to ten, na którego czekała moja Feroza. Przyjął do wiadomości, gdzie są ogniska korozji, że silnik pije olej i pali 17 litrów gazu na 100 kilometrów. Z uznaniem wysłuchał jakie opony założyłem oraz co ostatnio robiłem przy samochodzie.Nazajutrz pokonał 200 kilometrów I zjawił się na jazdę testową.Dobiliśmy targu, samochód sprzedałem prawie za taką samą kwotę, jaką zapłaciłem w październiku poprzedniemu właścicielowi.Tym sposobem zakończyłem moją off-roadową przygodę.

O sztuce rozniecania ognia.

Dwa lata temu pisałem tu o ogniu http://blog.swojak.info/?p=64

Niedawno wpadł mi w ręce tekst, który jest, według mnie, pięknym uzupełnieniem moich refleksji zrodzonych z siedzenia przy kominku.
Posłuchajcie:

„Po wielu latach pracy, pewien wynalazca odkrył sztukę rozpalania ognia. Wziął swoje narzędzia do pokrytych śniegiem północnych regionów i nauczył tej sztuki jeden z tamtejszych szczepów, a także pokazał im zalety tego wynalazku. Ludzi tak bardzo pochłonęła ta nowość, że nie podziękowali wynalazcy, który pewnego dnia cichutko wymknął się z wioski. Ponieważ był on jednym z tak rzadkich stworzeń ludzkich obdarzonych darem wielkości, nie pragnął, aby go pamiętano, czy uwielbiano. Szukał tylko zadowolenia z tego, że ktoś skorzystał z dobrodziejstwa jego odkrycia.

Następny szczep do którego się udał, również bardzo pragnął nauczyć się sztuki rozpalania ognia. Ale miejscowi kapłani, zazdrośni o wpływ wynalazcy na ludność, kazali go zamordować. Aby rozproszyć jakiekolwiek podejrzenia o zbrodnię, ustawiono portret Wielkiego Wynalazcy na głównym ołtarzu świątyni, ułożono również liturgię, tak aby imię jego było czczone, a pamięć o nim nigdy nie wygasła. Zadbano z wielką pieczołowitością, aby ani jedna rubryka liturgii nie została zmieniona czy też pominięta. Narzędzia do rozniecania ognia zostały umieszczone na relikwiarzu i mówiono, że mają moc uzdrowienia każdego, kto z wiarą położy na nich swoje ręce.

Najwyższy Kapłan sam podjął się opisać żywot Wynalazcy. Stał się on Świętą Księgą, w której jego pełna miłości dobroć była stawiana wszystkim za przykład, jego chwalebne czyny były wysławiane, a nadludzka natura stała się przedmiotem wiary.

Kapłani pilnowali, by Księga była przekazywana przyszłym pokoleniom, podczas gdy oni samorzutnie interpretowali znaczenie słów wynalazcy i wagę jego świętego życia i śmierci. Równocześnie bezwzględnie karali śmiercią lub klątwą każdego, kto nie zgadzał się z ich poglądami. Byli tak zajęci obowiązkami religijnymi, że ludzie zupełnie zapomnieli sztuki rozniecania ognia.”

Opowieść pochodzi w wydanego przez Jezuitów w 1992, zbioru opowiadań medytacyjnych zebranych przez Anthony de Mello. Oryginał poszedł do druku w 1987 roku, kilka miesięcy przed śmiertelnym atakiem serca, który powalił de Mello w Nowym Jorku. Tomik zatytułowany „Modlitwa żaby” był popularny w latach 90. Widziałem jego niebieską okładkę wśród publikacji religijnych w przyparafialnych księgarenkach.

Ci z Was, którzy czytają Swojaka od jakiegoś czasu, domyślają się, że to jak de Mello patrzył na świat jest mi bliskie. Na nieszczęście kościelnych księgarzy, inaczej sprawy widział niemiecki kapłan w randze kardynała Józef Ratzinger, stojący na czele Kongregacji Nauki Wiary. W 1998 Ratzinger skierował publikacje de Mello na przemiał. Pomosty, jakie hinduski jezuita przerzucał między duchowością Wschodu i Zachodu, były najwyraźniej zbyt odległe od kompasu wewnętrznego jego cztery lata starszego kolegi z Bawarii.  Józef przeżył Antoniego i teraz jako Benedykt XVI ma szansę dać światu nowy pomysł na rozniecanie ognia. Co ja piszę?! Ognia? Ależ ogień jest niebezpieczny, a nierozważnie podkładany może strawić zasuszone konstrukcje duchowe! No właśnie, ten de Mello z tym swoim ogniem jakoś nie pasuje do watykańskiej układanki…

Ona miała taki miły głos i nawet rozumiała mój silny polski akcent…

Telefoniczna konsultantka firmy Microsoft zapytała, czy siedzę przed komputerem i widzę na ekranie kod produktu. Gdy odparłem twierdząco, poprosiła, abym podyktował jej ten numer. Potem podała mi wygenerewane przez jej system cyfry i litery, które miałem wpisać w puste pola na ekranie mojego Windows XP. Na koniec poprosiła o potwierdzenie, czy Windows jest już aktywny i podziękowała za rozmowę.

Rozmawiałem z androidem. Czyli moją sprawę załatwił system komputerowy wykonujący pracę konsultanów. Kolejna bariera w zastąpieniu ludzi maszynami została skutecznie pokonana.
W pierwszej chwili byłem podekscytowany myślą, że systemy rozpoznawania głosu potrafią tak dobrze radzić sobie z automatyczną obsługą klienta. Szybko jednak przyszły mi na myśl słowa, jakie usłyszałem od Amerykanina, który tęsknił za dawnymi czasami, gdy w sektorze usług wszelkie sprawy załatwiał człowiek. Brakuje mu tego pierwiastka człowieczeństwa w automatycznych systemach, które panoszą się usługach. Rynek goni za obniżką kosztów. Amerykańskie centra obsługi klienta zostały, parę lat temu, przeniesione do tanich Indii. Niektórzy klienci narzekali na ten ruch, więc część kontaktów z klientami, Hindusi zlecili swoim amerykańskim pracownikom. Teraz kolejny krok. Hinduski konsultant zostaje zastąpiony automatem.

Dodam, że opisaną we wstępie rozmowę odbyłem z amerykańskim oddziałem firmy Microsoft. Przypuszczam, że w Polsce wciąż miałbym szansę porozmawiać z Ewą, Jackiem lub Beatą, którzy odebraliby mój telefon. Jednak 3 maja mieli oni, podobie jak ja, wolne. Do USA zadzwoniłem po nieudanej próbie aktywacji systemu przez Internet. Na ekranie dostałem polecenie wykonania telefonu pod polski numer. Skoro tam było nieczynne, to zadzwoniłem pod numer w Szwajcarii (licencję na system kupiłem w Helwecji). Jednak Szwajcarzy już wyłączyli linię, której używali do aktywacji Windows XP – pewno tam takie starocie mało kto instaluje. Pomyślałem, że w Stanach jest duży rynek, więc zapaleńców mojego pokroju trochę się zbierze i będzie tam dla nich konsultant. Intuicja dobrze mi podpowiedziała. No i dostałem to czego potrzebowałem, a mój stary komputer znów jest na chodzie.

Historia ma jeszcze jedno dno. Przyznam, że problem rozpoczął się kilkanaście miesięcy temu z powodu mojej niefrasobliwości. Podczas oglądania filmu o Gandhim przeszkadzał mi hałas komputerowych wiatraczków. Niewiele myśląc, wyłączyłem chłodzenie. Zostawiałem tylko słabiutkie wietrzenie procesora. W połowie filmu komputer był tak gorący, że się przepalił. Dość szybko i tanio znalazłem na Allegro podobną płytę główną z procesorem. Rupieć stał w kącie jak wyrzut sumienia, aż do wczorajszego, śnieżnego święta. Wtedy przywróciłem go do życia, przy pomocy androida, aktywującego Windows XP, gdzieś z za Oceanu, a może gdzieś z Indii, czy nawet z Europy? W końcu komputer mówiący z amerykańskim akcentem może stać w dowolnym ekonomicznie sensownym zakątku świata, wybranym przez Microsoft.

Czy zmierzamy do czasów, gdy tylko najznakomitsi, wybrani klienci, będą obsługiwani przez człowieka, a wszyscy pozostali będą rozmawiać z maszynami? Czy maszyny nabiorą takiej ogłady, że tylko najwprawniejsi rozmówcy zorientują się, że gadają z automatem? Jaki aspekt rozmowy z żywym konsultantem nigdy nie zostanie skutecznie zastąpiony przez komputer? Jakie są Wasze refleksje? Zapraszam do dyskusji.