Miesięczne archiwum: Kwiecień 2011

Wiosna!

Jest piękna wiosna.
Drzewa są coraz bardziej zielone.

Gdy rano wybiorę się do lasu to trudno mi wrócić do domu – ptaki wyczyniają taki radosny harmider, że mógłbym tego słuchać w nieskończoność. Przyroda jakby po bardzo mroźnej zimie odzyskała na nowo masę energii do życia.
Jak macie okazję to zachęcam, wyskoczcie na chwilę poza skupiska ludzi. Takie kipiące radosnym życiem miejsca są czasem zupełnie blisko.
Myślę, że warto chwilę pobyć w tym budzącym się do życia świecie.

Ustąp miejsca dziewczynce!

„Zwrócono nam uwagę, że wśród mówców była tylko jedna kobieta” – napisał organizator doskonałej konferencji TEDxWarsaw. W dalszych słowach tłumaczy jak do tak okropnej sytuacji doszło i jak można temu zaradzić w kolejnej edycji.

Piszę o tym, bo to już kolejny tekst podobnego typu, który wpada w moje ręce. Mamy jakieś działania, gdzie zgłasza się sporo facetów i kilka kobiet, a potem samokrytyka z powodu nadreprezentacji mężczyzn.

Proszę, podpowiedzcie, o co chodzi? W czym jest problem?
Jako uczestnik konferencji widziałem na sali masę kobiet. Wśród rozmów, które prowadziłem w przerwach, mniej więcej tyle samo odbyłem z paniami, co z panami. Dostęp do spotkania był niezależny od płci.

Jestem ojcem dwóch dorastających córek. Chcę, aby mogły rozwijać swoje pasje i realizować marzenia. Tego samego chcę dla naszego syna.

Widzę, że są obszary życia, gdzie kobiety i mężczyźni idą ramię w ramię. Na mój gust, do sprzedaży i marketingu garnie się chyba tyle dziewczyn co i chłopaków.
Lecz już do prac bliższych technice masowo gnają faceci. Niedawno zatrudniałem osobę do wdrażania systemów komputerowych. W zasadzie szukałem osoby do przyuczenia do zawodu, a z racji zupełnie męskiego zespołu, liczyłem na zatrudnienie kobiety. Zgłosiło się dziesięć razy więcej panów niż pań. Nie dałem za wygraną. Skontaktowałem się z każdą z kandydatek. Kiepsko nadawały się na to stanowisko. Do naszego zespołu dołączył kolejny facet.
Są też obszary, gdzie równie trudno jest trafić na mężczyznę przyzwoicie rokującego. Edukacja jest świetnym przykładem. Przy dramatycznej feminizacji szkół, zastawiam się ilu wychowawców spotka mój syn na swojej drodze do dorosłości.

Czy powyższe ma oznaczać, że za wszelką cenę zatrudnię kobietę przy komputerach tylko dlatego,  że jest kobietą, a ja zatrudniałem za dużo mężczyzn? Czy może oddam edukację syna w ręce kiepskiego belfra tylko dlatego, że jest facetem?

Mój zdrowy rozsądek burzy się na apel pt. usilnie szukamy kobiet do wygłoszenia wykładu na naszej konferencji, bo dotychczas gadało u nas za dużo mężczyzn.
Wiem, że w tym roku organizator zrobił wszystko co w jego mocy, aby każdy kandydat do występu był sprawiedliwie oceniowy, bez względu na płeć. O co chodzi tym co skarżą się na brak kobiet na scenie i dlaczego organizator się z tego tłumaczy?

Może lepiej ode mnie rozumiecie o co chodzi? Może jest coś ważnego co umyka mojej uwadze? Zachęcam do dyskusji.

Kraków dla leniwych.

Kraków jest niezmiennie moją pierwszą propozycją, gdy znajomy z zagranicy pyta, co zwiedzić w Polsce.
W weekend doświadczyłem miasta, do którego wysyłam gości.

Poniżej kilka przystanków, które polecam jak będziecie pod Wawelem.

Jazz Club u Muniaka. ul. Florianska 3.
Sobotni wieczór spędziliśmy w klubie jazzowym Janusza Muniaka. Ten krzepki siedemdziesięciolatek z saksofonem, zapewnił nam przednią rozrywkę. Małżonka skonstatowała, że byliśmy tam najprawdopobniej  jedynymi Polakami…

Cheder Cafe, ul. Józefa 36.
Na Kazimierzu wypiliśmy poobiednią kawę. Weszliśmy na chybił trafił do lokalu. Podczas zamawiania zaintrygowała mnie informacja w menu, o kawie po izraelsku, parzonej w dzbanku z przyprawami. Więc żona zamówiła tradycyjną kawę, a ja dałem się skusić na ten wynalazek. Dopiłem tylko połowę, bo resztę oddałem mojej połowicy, widząc jak jej posmakował napitek pachnący cynamonem, kardamonem i Bóg wie jakimi jeszcze orientalnymi przyprawami. Zaś ta przypadkowa kawiarnia okazała się zupełnie nietuzinkowym miejscem. Ponoć jedynym, gdzie podają tak sympatyczną kawę.

Gruzińskie Chaczapuri, ul. Grodzka 3.
Tradycyjnie, co pobyt w Krakowie, jemy gruziński obiad. Gruzja jest w Polsce coraz popularniejsza, widać to też na przykładzie nowych lokali Chaczapuri otwieranych w Krakowie. Jest ich już cztery. Jadłem tam raczej z sentymentu, niż z powodu cudów kulinarnych. Pewno przy kolejnym wypadzie do Krakowa też tam zjem i wypiję lampkę gruzińskiego wina.

Na knajpy wydaliśmy sporo więcej niż na nocleg. Gustuję w hostelach, których tam sporo. Za stówkę z okładem mieliśmy dwuosobowy pokój ze śniadaniem (z którego zrezygnowaliśmy na rzecz posiłku w Cafe Camelot, ul. Św. Tomasza 17).

Jak szukacie pomysłu na weekend we dwoje, a kilkaset złotych uprasza się by je wydać, to Kraków wydaje się zachęcającym pomysłem. Może by tak znowu tam pojechać…

Jestem z Europy, to widać, słychać i czuć.

„W tej wiosce, w referendum europejskim było najwięcej głosów przeciw Unii. Mówili, że im to do niczego nie potrzebne, a teraz patrz jakie sobie traktory pokupowali za unijne pieniądze” – usłyszałem w sobotę, gdy jeździłem po lubelszczyźnie z lokalnym przedsiębiorcą.
Natomiast przed paroma tygodniami inny znajomy pokazywał mi „Sugar” – darmowe oprogramowanie edukacyjne. Mało kto się interesuje tym pomysłem, bo można sfinansować drogi komercyjny software za pieniądze z Unii. Facet jest społecznikiem i stwierdził: „Dobrze, że kończą się te europejskie fundusze, bo ludzie przestali docenić to, że dasz organizacji tysiąc złotych, gdy Unia zapewnia im kasę na trzy lata działalności.”

(ilustracja: http://www.flickr.com/photos/planespotter/)

Wczoraj para studentów z Holandii zapytała mnie czy z mojego punktu widzenia wejście Polski do UE było dobrym posunięciem. Przyjechali do nas, bo piszą pracę na studiach europejskich. Podzielili się na grupki i spotykają z rozmaitymi  ludźmi.

Moja odpowiedź była podszyta subiektywnym zapatrzeniem na Szwajcarię. Stwierdziłem, że wolałbym współpracę z Unią w ramach umów bilateralnych i zachowanie poziomu autonomii jaki ma Szwajcaria. Szwajcaria zachowuje autonomię w najważniejszych dla siebie sprawach, przy jednoczesnym dostępie do europejskich rynków, na zasadach wynegocjowanych między Bernem, a Brukselą. Oczywiście Szwajcarzy czerpią umiejętności dbania o swoje interesy z kilkuset lat demokratycznej ciągłości. Co więcej kultura dialogu i budowania społecznego porozumienia w sprawach zasadniczych, stawia ich w dobrej pozycji negocjacyjnej na arenie międzynarodowej.
My się uczymy i krok po kroku zbieramy lekcje dbania o polskie interesy.  Myślę, że nim zdefiniowaliśmy jakiej przyszłości chcemy dla Polski, przystąpiliśmy do tworu, który miał stawać się federacją, a z czasem superpaństwem obejmującym Stary Kontynent.
Co więcej integracja gospodarcza Polski była gorąco popierana przez firmy, które szukały nowych rynków zbytu. Model biznesu popularny w ostatnich dekadach mówi, że szalona i ciągle rosnąca konsumpcja dóbr ma zbawienny wpływ na gospodarkę. Gdy konsumenci na Zachodzie zostali już wyposażeni we wszelkie niepotrzebne do szczęścia dobra i usługi, wzrok biznesowych wizjonerów padł na biedniejszą część kontynentu.
Pamiętam publiczną dyskusję w Szwajcarii na temat wypłacenia z helweckiej kasy sporej kwoty na wsparcie nowych członków Unii. Prostolinijni Szwajcarzy nazywali rzeczy po imieniu: trzeba było wpłacić do unijnej kasy opłatę ze otwarcie dla ich producentów nowych rynków. W ogólnokrajowym referendum alpejscy górale poparli ten pomysł, bo składka była niższa od spodziewanych korzyści z udziału w gospodarczej kolonizacji Biednego Wschodu.

Myślę, że członkostwo w Unii jest zagrożeniem dla naszej autonomii. W zasadzie nie przegrywamy żadnych polskich interesów na forum unijnym, bo zapomnieliśmy zdefiniować jakie mamy interesy. No może przesadzam, bo przecież czasem słyszę o tym co jest naszym celem. W naszym imieniu niektórzy politycy głoszą, że polskim interesem jest budowanie coraz wspanialszej Unii Europejskiej. W czasie kryzysu Niemcy są zajęci swoimi sprawami i kombinowaniem jak uratować skórę podczas tarapatów państw u nich zadłużonych; Francuzi mają podobne problemy; Włochom Unia zaprząta mniej uwagi niż Północna Afryka, a my na sztandary wpisujemy budowanie zjednoczonej Europy. Aha, poza tym są na liście też autostrady i stadiony. Tak jakby potomni mieli na karty historii wpisać powierzchnię naszego asfaltu i wynik meczu finałowego na Euro 2012.

Uważam, że zagrożenie jest doskonałym kandydatem, by się stać szansą. Nasza obecność w Unii jest ogromną szansą. Jako mieszkańcy gospodarczej kolonii globalnych korporacji mamy dostęp do technologii, umiejętności i rynków innych państw. Szansa leży w wyrwaniu się z roli skłóconych niewolników i nawiązaniu lokalnej współpracy przy tworzeniu przedsięwzięć, które zawojują Europę. Unijna polityczna poprawność wymagała dania nam podobnego dostępu do rynków innych państw europejskich, jakie im dano u nas. Była to, i cały czas jest, czysta teoria. Coraz obficiej korzystamy z dóbr i usług dostarczanych przez zagraniczne firmy. Ekspansja naszych produktów i usług jest nieproporcjonalnie mniejsza. Możemy to zmienić. Oczywiście wykorzystanie tej szansy wymaga trzeźwej oceny naszej sytuacji i wypracowania naszych narodowych celów strategicznych. W moim przeświadczeniu „wypracowanie” oznacza dyskusję, wysłuchiwanie romzitych opinii i zbudowania porozumienia wokół wspólnych celów. Wymaga też świadomości gospodarczej polityków. Kiedyś usłyszałem, jak ważny polski polityk na pytanie o sprawy gospodarcze, odparł, że w Polsce są sprawy ważniejsze niż gospodarka. Uważam, że jest to facet o głębokim wyczuleniu na sprawy Polski, lecz ważne, by troszczył się o nasze interesy gospodarcze.

Tak też holenderscy studenci zainspirowali mnie do przemyśleń jak – postrzegane przeze mnie – europejskie zagrożenia przekuć w szanse dla Polski.

Może macie ochotę podzielić się swoimi ocenami tego czym dla Polski jest Unia? Jak oceniacie to, że weszliśmy do Unii?