Miesięczne archiwum: Luty 2011

Nie przegap wiadomości (rodzinnych), to tylko 20 minut!

Wieczorem znajdźmy czas, aby usiąść z najbliższą osobą i porozmawiać jak minął dzień. Może wspólna rodzinna kolacja jest do tego dobrą okazją?

Co raz wpadają mi w ręce jakieś podsumowania badań z nauk społecznych, poradniki dla rodziców i dla małżonków, wykłady na temat funkcjonowania człowieka, czyli publikacje odruchowo wyłapywane przez mój radar psychologa frontowego. Jak echo, odbija się od wielu z nich hasło codziennego rodzinnego spotkania. Brzmi to jak renesans rodzinnego stołu, gdzie w cieple i bezpiecznie zasiadają domownicy, aby być razem.

Wprowadziliśmy w życie masę wynalazków mających wznieść międzyludzką komunikację na wspaniałe wyżyny. Lawina technik komunikacji nabierała tempa od dziewiętnastego wieku. Gazety dostawały globalne doniesienia, dzięki użyciu telegrafu. Potem telefon, radio, telewizja, internet, telefonia komórkowa, gry interaktywne, blogi, sieci społecznościowe sprawiły, że inni ludzie i ich sprawy są natychmiast na wciągnięcie naszej ręki. Dotarliśmy do ściany absurdu. Tak ściśle wypełniliśmy życie rodzinne sprawami obcych ludzi, że straciliśmy kontakt z najbliższymi.

Matka więcej wie o losie ofiar powodzi na Filipinach, niż o pasjach swojego dziecka. Nastolatka w szczegółach zna przebieg kuracji odwykowej swojej ulubionej gwiazdy, a nie ma pojęcia, że jej własna matka przeżywa katusze czekając na wynik swoich badań lekarskich.

Kiedy to się stało? To pewno przez ten internet, bo domownicy przykleili się do ekranów komputerowych! Czyżby? Przecież na wiele lat przed wynalezieniem Facebooka, Lombard śpiewał o szklanej pogodzie i szybach niebieskich od telewizorów (niebieskich? tak, bo to było wtedy, gdy ekrany były czarno-białe). Czyli winny jest telewizor? A może radio? A może gazety?

Myślę, że zmiany następowały powoli. Media odnajdowały swoje sposoby rozpanoszenia się w naszych domach.
Pewno w każdym pokoleniu były zmiany i miały one wpływ na życie rodzin. Media stopniowo zagłuszały domowe dialogi.

Moi dziadkowie czytali prasę i słuchali radia. Pewno dzięki temu sprawy świata zajmowały w ich domu więcej miejsca, niż w domu pradziadków. Lecz telewizja rozkwitła, gdy dziadkowie byli już w wieku emerytalnym. Przypuszczam, że refleksyjnie patrzyli na to jak nowe medium wdziera się do rodzin, rozsiada w dużym pokoju i przekrzykuje bliskich im ludzi.

Moi rodzice byli z pokolenia telewizyjnego. Szklany ekran był częścią ich dorosłej codzienności. Był traktowany jak oczywisty element domu. Grał kiedy tylko mógł. Zaś komputery podłączone do internetu zawładnęły nami, gdy rodzice byli dobrze po pięćdziesiątce. Widziałem ich niepokój, że za sprawą nowego medium domownicy przyklejają się do monitorów i znikają z życia telewizyjno-rodzinnego.

Komputery są zwyczajnym elementem całego mojego dorosłego życia. Pisałem na nich teksty do studenckiej gazetki, redagowałem swoją pracę magisterską i pisałem e-maile do kolegów na zagranicznych uczelniach. Natomiast eksplozja urządzeń przenośnych to błysk ostatnich lat i pokolenia moich dzieci. Gdy chcę porozmawiać z córką, czasem nawet przy stole, to kilkakrotnie proszę ją o wyłączenie komunikatora tekstowego na komórce.

Anglosaskie stwierdzenie, że mój dom jest moją twierdzą, zostało pogrzebane przez wszędobylstwo mediów. Być w domu sam na sam ze swoją rodziną, to dzisiaj spore wyzwanie.

Media to przemysł, ogromny przemysł napędzany sporymi pieniędzmi. Uparcie i wytrwale szuka on sposobów obecności w naszych domach. Czasem otrzeźwienie przychodzi gdy zadamy sobie pytania: Czy pozwolisz obcemu człowiekowi stanąć przed całą Twoją rodziną, w porze kolacji, i wygłaszać jakieś dziwne poglądy? Czy tuż po nim wpuścisz do salonu sprzedawcę głośno zachwalającego swoje towary, które Cię zupełnie nie interesują?
Zatem kto ich tu wpuścił włączając telewizor, gdy jecie kolację?! Czy to o czym mówią na ekranie, jest ważniejsze od rodzinnej wymiany doświadczeń mijającego dnia?

Wiadomości telewizyjne trwają około dwudziestu minut. Gdy się skończą to pewno pozostanie w Twojej głowie zamieszanie i przygnębienie. Mądrości z wiadomości raczej nie wyniosłeś. Dobra też tam nie powinieneś zobaczyć. Krew, śmierć, cierpienia i zło są w założeniu motorem takich audycji.
Co by było gdybyś spędził te dwadzieścia minut na rozmowę z najbliższymi? Jak byś się czuł po takiej rozmowie? Co pozostanie w Twojej głowie i w Twoim sercu?

Napiszcie jak wyglądają wieczory w Waszych domach? Jak rozmawiacie ze sobą? Jak sprawiacie, że dla Waszych dzieci czas rodzinny jest atrakcyjniejszy od mediów?

Demokracja biega na golasa.

Realne jest to co widzimy w najbliższym otoczeniu, to czego sami doświadczamy. Gdy czujemy rozdźwięk między osobistymi obserwacjami, a tym jaki obraz trafia do nas przez media, to radzę postawić na to pierwsze.
Pamiętacie baśń Andersena o nowych szatach cesarza? Masa ludzi uwierzyła, że ich władca przechadza się w pięknym stroju. Żadnych szat nie było. Na szczęście jakiś dzieciak, który miał dystans to tej zwariowanej manipulacji, powiedział co widzi, a w zasadzie czego nie widzi. Inni widzowie dali sobie wcisnąć nieistniejącą tkaninę. Za manipulacją stało dwóch spryciarzy potrafiących zagrać na ludzkich słabościach.

Królowie odeszli u nas na karty historii. Mamy demokrację. Lecz podzielam opinię, że także dzisiaj ktoś tka jej nowe nierealne szaty.
Może to media? Albo nauki społeczne? Eksperci? Instytucje opiniotwórcze? Marketingowcy? Zdaniem Anny Gizy oni wszyscy należą tej symbolicznej gałęzi przemysłu, która zamiast działać w naszym najlepszym interesie, robi coś dokładnie przeciwnego. Np. „marketingowcy mają nas przekonać do zakupu niestniejących szat”. Ten symboliczny przemysł celowo buduje dystans między naszym realnym doświadczeniem, a obrazem kreowanym na potrzeby oniemiałych gapiów.

Słowa Anny Gizy zainspirowały mnie do przemyśleń. Zachęcam Was do wysłuchania tego dwudziestominutowego wystąpienia, gdzie profesor Giza dzieliła się swoimi refleksjami o współczesnej demokracji (link).

Materiał pochodzi z TEDxWarsaw 2010. Przy okazji informuję, że 24 marca odbędzie się kolejna konferencja TEDxWarsaw. Wciąż można uzyskać zaproszenie do osobistego udziału. W dniu konferencji wszystkie wykłady będą też transmitowane w internecie. Szczegóły na http://tedxwarsaw.com/ .

Z przyjemnością poczytam o Waszych refleksjach i inspiracjach na temat demokracji biegającej na golasa, jeśli zechcecie się nimi tutaj podzielić.

Kiedyś były komórki na dekadę…

Ubiegłej zimy przestaliśmy korzystać z telefonu komórkowego, który żona kupiła prawie dziesięć lat wcześniej. Urządzenie działało jak należy, nawet bateria trzymała przyzwoicie. Pozbyliśmy się tej komórki niechcący, podczas zabawy na śniegu, gdy telefon wypadł z kieszeni kurtki i zginął.

Takie historie wydają się niewiarygodne tym, którzy używają najnowszych modeli sprzedawanych za niebotyczne ceny. Po dwóch latach wiele komórek zaczyna szwankować. Trzeci rok to czas, gdy wymiana urządzenia wydaje się koniecznością.

Czyżby jakość i trwałość straciły na znaczeniu?

Gdy przed dwoma tygodniami dyskutowaliśmy tu o świadomej konsumpcji, to jednym z wątków była żywotność produktów. Kilka osób odniosło wrażenie, że producenci celowo przekazują w ich ręce sprzęty psujące się po kilku latach. Ma to wymusić kolejny zakup i zapewnić firmie systematyczny dopływ pieniądza.

Gdy podzieliłem się tymi opiniami z G., moim angielskim przyjacielem, on pokiwał głową i opowiedział mi historię ze swojej pracy. Jako  inżynier pracował w firmie S. produkującej telefony komórkowe. Gdy realizował pierwsze projekty to cykl życia urządzenia był przewidziany na dziesięć lat. Czyli użytkownik mógł liczyć na usunięcie problemów związanych z wadliwym egzemplarzem wiele lat po zakupie. Także jakość użytych komponentów i sposób ich montażu miały zapewnić wieloletnie użytkowanie.
Potem projekt po projekcie skracano cykl. Przy ostatnim telefonie, w którego wykonaniu uczestniczył G. cykl życia wynosił trzy lata. Sporą część tego okresu pochłaniały prace projektowe. Zatem od momentu pojawienie się telefonu w ofercie operatorów mijało maksymalnie kilkanaście miesięcy i kończyło się wsparcie techniczne. Szefowie G. oznajmili, że nawet gdyby ten model miał jakiś zasadniczy feler w oprogramowaniu lub sprzęcie, to zamiast szukać rozwiązania, firma da użytkownikom nowszy model, który wejdzie na półki kilka miesięcy po poprzedniku.
Oczywiście opisywana firma ma w swoich hasłach reklamowych dbanie o środowisko naturalne, utylizację odpadów i głęboką troskę o przyszłość naszej planety, której zasoby naturalne są gwałtownie wyczerpywane, a ludzi otaczają góry elektronicznych śmieci.

Czy Waszym zdaniem jest na rynku miejsce na producenta telefonów, który powie, że jego produkt przetrwa dekadę?

Chiński Nowy Rok.

Wszystkiego dobrego w roku królika!
Kultura chińska staje się nam coraz bliższa.
Rośnie znaczenie Chin. Jednocześnie Chińczycy zaczynają być ludźmi z sąsiedztwa (w przenośni i dosłownie). W mojej podwarszawskiej okolicy mieszka sporo osób z Państwa Środka. Zaś w międzynarodowym biznesie widzę ich na wszelkich szczeblach. Z jednej strony od kilku lat kieruję pracą chińskiej koleżanki mieszkającej w Malezji, a z drugiej, wśród udziałowców międzynarodowej firmy, która mi płaci, chińscy inwestorzy są coraz bardziej widoczni.
Jeżdżąc po świecie, wpadam do chińskich restauracji. Są one naturalnym elementem krajobrazu od Europy, poprzez Afrykę, aż do Ameryki. Zaś Chińska medycyna, oparta o zasadę utrzymania organizmu w stanie zdrowej równowagi, jest bliska podejściu do zdrowia jakie panuje w mojej rodzinie. Zatem z przyjemnością poświęcam dzisiejszy wpis jednemu elementowi chińskiej kultury. Będzie o chińskim horoskopie.

3. lutego Chińczycy zaczynają nowy rok, rok metalowego królika.
Potrwa on do 22 stycznia 2012.

Królik przykicał – jak głosi legenda – przed oblicze Buddy jako czwarte zwierzę, tuż za szczurem, wołem i tygrysem. Za królikiem przybył jeszcze smok, wąż, koń, kozioł, małpa, kogut, pies, a jako ostatnia dołączyła świnia. Z wdzięczności za odzew na jego zaproszenie, Budda nazwał imionami przybyłych gości następujące po sobie dwanaście lat. Co więcej, sprawił, że ludzie, którzy przyjdą na świat w danym roku, przejmą trochę cech patronującego mu zwierzęcia. Tym sposobem, urodzeni w roku psa będą wierni i oddani, jak pies, zaś ci z roku woła, będą pracowici, zdecydowani i uparci.
Ponadto lata mają przypisane żywioły, które wzmacniają lub osłabiają cechy danego zwierzęcia. Zatem pies z roku 1922 był wodny, z 1934 drewniany, z 1946 ognisty, z 1958 ziemski, a z 1970 metalowy.

Sprawdziłem czegóż Chińczycy oczekują w roku królika? Królik to istota, która z zadowoleniem w spokoju i pokojowo idzie przez życie. Nawet w obliczu rozmaitych, dynamicznych wydarzeń, podchodzi do nich w pozytywny i inspirujący sposób. Ponoć w swoim roku królik sprzyja życiu rodzinnemu, rozwojowi osobistemu i celebrowaniu ważnych okazji.

Jak napisał Neil Somerville, który pasjonuje się chińskim horoskopem:
„To rok dyskusji, dyplomacji oraz, co ważne, osobistego wzrostu. (…)  Korzyści z roku królika wyniosą ci, którzy zrobią dobry użytek z nadarzających się okazji, szczególnie okazji do rozwinięcia siebie i swoich mocnych stron.”

Jako, że każda okazja jest warta tego, aby bardziej zadbać o rodzinę i solidniej zabrać się za rozwijanie swoich talentów, to potraktujmy początek roku królika jako pretekst, aby zrobić coś dobrego dla najbliższych oraz zadbać o własną edukację.