Miesięczne archiwum: Styczeń 2011

Gdzie się podziała kierownica?

Kilkoro moich znajomych narzeka, że są męczeni masą informacji na temat wypadku smoleńskiego. Ktoś ostatnio kupował w osiedlowym sklepiku drogie saszetki z jogurtem dla dziecka narzekając, że kupuje bo taka jest presja w klasie. Kolega
fabrykuje jakieś fikcyjne przelewy na koncie bankowym, aby wykazać się zdolnością kredytową na drogi samochód, który musi kupić.

Dla każdej z tych historii, ciśnie mi się na usta komentarz: kochani, to Wy decydujecie co konsumujecie!

Informacja w telewizji, radiu czy gazetach jest produktem. Ty i ja jesteśmy jego konsumentami. Właściciel mediów chce, abym spędził jak najwięcej czasu wchłaniając jego produkty (programy informacyjne, filmy, teleturnieje itp.). Im więcej skonsumuję tym więcej on na tym zarobi, drogo wyceniając czas reklamowy.  Czujesz się zmęczony pożeraniem informacji? To wyłącz telewizor i odpuść sobie dzisiejszą gazetę. Ty decydujesz czy Smoleńsk będzie Twoim tematem dnia.

Natomiast idąc do sklepu spożywczego często płacimy za program telewizyjny (także ten smoleński). Przy kasie w osiedlowym sklepiku regulujemy opłatę za Polsat, TVN, a nawet za TVP. W cenie dziwnie drogiego jogurtu jest zawarty koszt reklam emitowanych w telewizji. Nasze pieniądze trafiają na konto stacji telewizyjnej. Skoro jedno pokazanie krótkiego spotu reklamowego kosztuje 20’000 złotych to jakoś trzeba zebrać te kilka milionów złotych na kampanię reklamową sprytnych jogurcików. Producent jogurtu zbiera je od kilkuset tysięcy jeleni, którzy kupią jogurt. Pieniądze na reklamę są zawarte w cenie. Zaś presja szkolnej grupy kilkulatków, by kupować taki a nie inny jogurt, jest zwykle wynikiem manipulacji mediów. Lecz to my jako rodzice możemy zdecydować co kupimy. Mamy wolność wyboru. Mamy też wolność zmuszenia dziecka do przykrego doświadczenia wyłamania się presji stada. Uczmy dziecko swoim mądrym przykładem.

Może mój kolega załatwiający kredyt na auto jest dość kiepskim wzorem dla swojego dziecka. Biedak „musi” mieć wymarzony samochód. Zadłuża się ponad bezpieczny poziom. Igra ze stabilnością finansową swojej rodziny, ale coś mu mówi, że „musi mieć ten samochód”. Ale skąd się bierze ten głos? Skąd się bierze przekonanie, że tani, a co gorsza stary samochód, powodowałby jego kiepskie samopoczucie? Sam sobie to wymyślił? Doszedł do tego patrząc z dystansem na to co w jego życiu jest ważne i co daje mu poczucie szczęścia? Czy pęd naszych rodaków do nowych drogich aut kupowanych często ponad miarę portfela jest spontaniczną modą? Czy wielomilionowe nakłady producentów samochodów na umieszczanie samochodów w programach telewizyjnych są przypadkowe? Czy jest jakiś związek finansowania dziennikarzy przez koncerny motoryzacyjne z tym co słyszymy o samochodach? Moim zdaniem producent stara się dotrzeć do nas licząc, że kupimy nowy samochód. On chce produkować i sprzedawać. Kreuje mody, wymyśla związki emocjonalne użytkowników z ich pojazdami, trafia w pozaracjonalne wymiary naszych decyzji, aby potrzeba kupienia auta zagrała nam w duszy. Ot, biznes jak każdy inny, tylko pieniądze duże. Znowu, to ja decyduję, czy chcę wejść w dialog z producentem. To ja decyduję czy kupie nowy samochód i jaki on będzie. Decyduję ja, a nie rozmiar samochodu sąsiada, nie zachwycone głosy kolegów, a nawet nie moje zakompleksione ego utulone w skórzanym fotelu pięknej fury. Mam wolność wyboru.
To Ty i ja decydujemy czy „musimy” obejrzeć wiadomości, kupić dziecku jogurt czy popaść w samochodowe długi.

PS
Czy ten tekst został napisany bezinteresowanie?
Być może.
Lecz im więcej osób to przeczyta, tym więcej kliknie w reklamy obok, a ja wtedy dostanę więcej pieniędzy od firmy, która umieszcza reklamy na moim blogu.
Kochani, internet to też świat mediów. Także tutaj decydujecie co konsumujecie!

Trzy tysiące książek w kieszeni dżinsów?

Trzymam w ręce ekran rozmiaru małej książki, urządzenie jest cieńsze od telefonu komórkowego i podobnie lekkie. Czyli właśnie dotarł do mnie czytnik książek Kindle. W czwartek nadany w USA, we wtorek już był u mnie.

Żona, pracuje z dyslektykami. Spojrzała na gadżet pod kątem pedagogicznym. Skoro Kindle potrafi też czytać książki na głos, to rozwiązałby wiele problemów dyslektyków. Bowiem uczniowie, którzy mają wrodzone trudności w czytaniu toczą ciężkie życie w szkole rządzonej przeładowanym spisem lektur.

W tej chwili elektroniczny lektor Kindle czyta tylko po angielsku, więc jego kariera w polskiej szkole jest odległa (przynajmniej do czasu ukazania się polskojęzycznego oprogramowania). Co jednak nie przeszkadza w korzystaniu przez nauczycieli lub rodziców z elektronicznych bibliotek. Jest już kilka miejsc w sieci, gdzie można dostać polską klasykę w wersji elektronicznej. Potem można skorzystać z jakiegoś polskiego programu text-to-speech (tj. czytającego na głos) zainstalowanego zwykłym pececie i już dyslektyk może posłuchać lektur. Myślę, że zainteresowani mogą zasięgnąć języka w stowarzyszeniach i forach osób niewidomych – tamci korzystają z takich rozwiązań od jakiegoś czasu.

Dla mnie funkcja lektora w Kindle jest dobrym dodatkiem. Prawdę mówiąc, przykładałem do tego małe znaczenie, gdy decydowałem się na zakup.

Głównie chodziło mi o poręczność w czytaniu. Jednego wieczora czytałem książkę na ekranie laptopa. Obróciłem ekran, by bardziej przypominał książkę. Jednak było to dalekie od wygodnej lektury. Co z tym zrobić? iPad czy innej maści tablety to moim zdaniem za drogie zabawki. Ostatecznie dałem się zainspirować pozytywnym tekstom znajomych blogerów, którzy korzystają z czytnika Kindle, i złożyłem zamówienia za niespełna pięćset złotych w Amazonie.

Po pierwszym dniu mam bardzo dobre wrażenia. Zaskoczyła mnie czytelność ekranu. Odczucie czytania jest dużo bliższe zwykłemu papierowi niż przypuszczałem.
Jestem też pod wrażeniem sprawnego konwertowania plików do standardu urządzenia. Wczoraj wysłałem z peceta na swoje konto w Kindle biblię po polsku w formacie RTF (jako załączniki do e-maili). Po kilku minutach cały tekst był już na czytniku Kindle w odpowiednim formacie.
Dzisiaj podobnie zrobiłem z PDFem e-booka blogowego. Po siedmiu minutach był na Kindlu.
Pierwsze wrażenia wskazują na niemal idealne urządzenie. Jego doskonałość nieco blaknie, gdy oddalamy się od języka angielskiego.

Cień rzuca brak wyszukiwarki polskich tekstów. Ściśle mówiąc w Kindle 3 nie ma opcji wprowadzania polskich znaków. Zatem polski tekst zostaje zindeksowany, lecz nie sposób go przeszukać. Pewno warto pomonitować Amazona, to może przy kolejnej modyfikacji oprogramowania załapiemy się na polskie znaki.

Myślę, że Amazon wysoko postawił poprzeczkę innym graczom na rynku czytników. Pułap cenowy 460 złotych wliczając w to koszty dostawy może być twardym orzechem do zgryzienia z punktu widzenia biznes planów na dość płytki polski rynek gadżetów e-bookowych.

Przed dwoma laty Amazon zaczynał od kilkakrotnie wyższej ceny i dzięki masowej (przez duże „M”) sprzedaży zszedł do obecnego poziomu.

Niech Amazon zalewa nas Kindlami, a ja liczę na rodzimą inicjatywę w dostarczaniu elektronicznych książek. Biblioteki? Wydawcy? Księgarnie? Autorzy? Chyba na tych ostatnich będę głównie liczył. Bo publikacja elektroniczna jest dzisiaj na wciągnięcie ręki każdego kto marzy o wydaniu książki.

Nieśmiertelna wiedza.

Z jednego z wyjazdów przywiozłem plakat, który wisi w moim pokoju. Jest tam kilkanaście inspirujących zdań, ponoć napisanych przez Dalajlamę.

Dzisiaj chcę podzielić się z Wami jedną z tych plakatowych myśli:

Share your knowledge. It’s a way to achieve immortality.
(Dziel się wiedzą. To sposób osiągnięcia nieśmiertelności.)

Pomyślałem, że jest to piękne w swojej prostocie. Czyż nie mamy w głowie twarzy ludzi, którzy uczyli nas prawideł życia? Mój dziadek od dawna nie żyje, a wciąż jest nieśmiertelny w wartościach i opowieściach, które wlewał w moje dziecięce serce. A nauczycielka z „zerówki”? A polonistka z liceum? One zapracowały na nieśmiertelność w tym jak dzieliły się swoją wiedzą.

Masz takich swoich nieśmiertelnych nauczycieli? Może sama dostajesz od życia zaproszenia do dzielenia się wiedzą, czyli zaproszenia do nieśmiertelności? Może chcesz o tym napisać?

Pogodne dialogi.

„Ależ o czym będę z nimi rozmawiał? Nie widzieliśmy się od wielu lat. O pogodzie mam gadać?!” – stwierdził przy świątecznym stole jeden z krewniaków. Moim zdaniem zdecydowanie powinien postawić na pogodę.
Odkryłem, że pogoda jest doskonałym „otwieraczem rozmowy”.

Jestem często bezradny w odczytywaniu emocji napotkanych rodaków. O ile dość łatwo wyczuję w jakim nastroju  jest Włoch lub Szwajcar, ba nawet udawało się z Anglikami, o tyle u Polaków widzę twarze pokerzystów.
Na stacji benzynowej tankuję gaz. Wychodzi pracownik, aby podpiąć zawór. Jego twarz to zagadka. Zero śladów emocji. Puszczam komentarz na temat pogody, jako probierz nastrojów. Jego reakcja definiuje sytuację.
Rozgaduje się o tym jak to poprzedniego dnia wracał z nart i było bardzo ślisko. Potem rozmawiamy o samochodach i kończymy na temacie wyboru dla niego używanej terenówki.
Zdziwilibyście się na jakie tematy schodzą ludzie odpowiadający na hasło „pogoda”.
Oczywście czasem nie ma oddzewu, a jest tylko wzrok dający znać, że sobie pomilczymy. To też jest konkretna odpowiedź.

Zatem jeśli zachodzisz w głowę, jak nawiązać kontakt z napotkanym człowiekiem, to polecam mój sposób na pogodę. Wydaje się bezpieczny i skuteczny.

Może masz własne doświadczenia z rozpoczynaniem rozmowy? Podziel się nimi jak masz ochotę. Czy też widzisz jakąś różnicę w pierwszym kontakcie z przygodnie napotkanym Polakiem, a ludźmi w innych krajach, które odwiedziłaś?