Miesięczne archiwum: Listopad 2010

Minus dwadzieścia.

„Między Polską, a Stanami jest dwadzieścia lat różnicy. Tamtejsi sześćdziesięciolatkowie zachowują się i żyją jak czterdziestolatkowie w Polsce.” – powiedziała J., która parę lat temu wróciła z USA. Co więcej Stany wydają się mieć być podobne do Szwajcarii i kilku innych krajów zachodnich. Odnoszę wrażenie, że w Polsce szybciej uznajemy się za starych ludzi.

Nasz trzydziestolatek to często człowiek, który poważnie wszedł w świat wykonywania obowiązków. Okres zabawy zostawił za sobą. W tym samym czasie jego rówieśnicy w krajach rozwiniętych wydają się mieć dużo luźniejsze podejście do rzeczywistości. Jako pracownicy, tamci sprawiają wrażenie traktujących robotę na serio. Jednocześnie poza biurem uwalniają się z formalnego gorsetu. (Uwaga, mam na myśli coś innego niż uwolnienie głowy od trosk poprzez wypicie wielu kieliszków wódki.)
Patrząc na starsza grupę, Polski sześciesięciolatek to już dziadek. Oczekujemy od niego skupienia aktywności na przygotowaniach do nachodzącej emerytury. Często pokornie przyjmuje on rolę osoby, która zostawia aktywne działanie młodszym, którzy lepiej rozumieją co i jak trzeba załatwić.

Czyżbyśmy mieszkali w najbardziej zdziadziałym zakątku globu?

Myślę, że sprawa ma szersze tło. W Europie Wschodniej – a może w ogóle w krajach uboższych – życie kończy się  wcześniej. Być może z tego wynika instynktowne przyspieszenie w podejmowaniu ról życiowych. Do tego pewno dochodzi pakowanie się w stereotypowe odgrywanie swojej roli. Znajoma trzydziestolatka mówi o swoim facecie „mój partner”, gdy jej zachodnia koleżanka mówi „mój chłopak”. U nas chłopaka może mieć studentka, potem to już partner. Moi czterdziestoletni koledzy w wolnym czasie zanurzają się w fotelu przed telewizorem. Ich szwajcarscy koledzy umorusani w błocie zasuwają na rowerach górskich lub biorą udział w jakimś zwariowanym przedstawieniu z grupą znajomych.

Zdaję sobie sprawę, że powyższy obraz jest przerysowany. Polacy w 2010 są innymi ludźmi niż Polacy w 1990. Widzę wokół ludzi, którzy „robią swoje” adekwatnie do swojego powołania, bez względu na spójność ze zwyczajami swoich rówieśników.
Napisałem ten tekst, aby zwrócić uwagę młodych i starych na to, że na rozwijanie swoich pasji i rozpoczynanie nowych zainteresowań każdy wiek jest dobry, o ile pozwalają na to siły. Zaś sił będziemy mieć tym więcej im później uznamy się za niedołężnych staruszków przeznaczonych do siedzenia w przychodniach lekarskich.

4×4, czyli jak motor zapadł w sen zimowy.

„Tato, przełącz na cztery koła, bo już jesteśmy poza drogą!” – tak upominał mnie siedmioletni S., gdy jechaliśmy na tor przeszkód dla wszelkiej maści pojazdów off-roadowych.
Zatrzymałem auto, wysiadłem i przestawiłem sprzęgiełka przy przednich kołach.
Nasza osiemnastoletnia terenówka ma ręcznie blokowane koła.
Faktycznie był to dobry moment na uruchomienie pełnego napędu. Po chwili byliśmy na pagórkach, które podobno powstały tymczasowo na miejscu przygotowanym pod wysypisko śmieci.
Pokonaliśmy kilka nierówności i byliśmy gotowi do głównego wyzwania: kilkumetrowej górki.
Tydzień wcześniej poddałem się na tym zboczu. Wtedy opony kiepsko trzymały ziemię. Teraz jechaliśmy na nowych gumach. Jeszcze kontrolnie przeszedłem pagórek. Wszystko wyglądało dobrze i bezpieczne. Napęd szedł na wszystkie koła, a skrzynia biegów była włączona na 4L (czyli na tryb pracy z reduktorem). Powoli ruszyliśmy dbając by jechać prostopadle do stoku. Poziomica (inclinometer) pokazała spore wychylenie w pionie. W przedniej szybie widzieliśmy tylko błękit nieba. Czułem, że wszystkie koła pewnie idą po nawierzchni. Po kilku sekundach byliśmy na szczycie. za moment zjechaliśmy po drugiej stronie przeszkody i ruszyliśmy w stronę miasta. W końcu był to niedzielny poranek, a my byliśmy w drodze po rogaliki na śniadanie. Pomyślałem, że skoro tor przeszkód był prawie po drodze, to warto było skorzystać z okazji na chwilę zabawy.

Póki co mamy piękną i słoneczną jesień. Jednak przezornie przygotowałem się do zimy. Od końca kwietnia do października poruszałem się motorem. Teraz, w zimniejszym półroczu, docieram do Warszawy pociągiem. Zaś pierwsze dziesięć kilometrów, z domu do stacji, przemierzam w tym starym japońskim aucie. Wyszperałem je w internetowych ogłoszeniach. Zapłaciłem pięć i pół tysiąca złotych. Dołożyłem sto pięćdziesiąt, aby zaspawać rurę wydechową i uszczelnić przewód paliwowy.
Tak jak wspomniałem, zafundowałem sobie też nowe ogumienie. Sprowadziłem z Wadowic bieżnikowane opony. Terenowo-szosowy model All Terrain – czyli dość głośne i nieprzyjemne na asfalcie, ale przyzwoite na bezdrożach.
Mimo, że to „nalewki” za pół ceny, to i tak komplet podwyższył wartość auta o jedną piątą.

Znajomi już się zapowiadają na zimowe kuligi w okolicach naszej wioski. Zatem czekamy na śnieżną zimę!