Miesięczne archiwum: Październik 2010

Zaufanie za kilkaset tysięcy.

Uważam, że w Polsce mamy szansę na rozwój fajnych przedsięwzięć. Możemy sporo zdziałać. Potrzeba współdziałania, bo większe inicjatywy to spory wysiłek.

Z takim założeniem podszedłem do szukania partnerów w realizacji moich pomysłów na działania edukacyjne dla młodzieży. Znalazłem fantastycznych ludzi, którzy poza dużym wsparciem dla mojej wizji zaproponowali bliską i długofalową współpracę.

Działania utknęły w momencie, gdy zobaczyłem projekt umowy regulującej naszą współpracę. Dwustutysięczne weksle, kary, analizy zeznań PIT i praktyczna śmierć zawodowa przez dwa latach od zaprzestania współpracy z moimi nowymi przyjaciółmi wbiły mnie w ziemię.

Czy to jest powszechna forma umawiania się w Polsce? Czy może to jakiś relikt pierwszych lat po obaleniu komunizmu?

W moim przekonaniu sukces w biznesie idzie w parze z zaufaniem. Rzecz jasna po Ziemi chodzą rozmaici ludzie. Myślę, że warto być uważnym i wnikliwym, gdy decydujemy z kim nawiązać współpracę. Świat zna system referencji, poleceń, weryfikacji dotychczasowych działań, aby lepiej zrozumieć z kim wyruszymy w biznesową podróż.

W Polsce wyrośliśmy z drugiego końca tej sytuacji. Do współpracy zabierały się przypadkowe osoby, a poczucie bezpieczeństwa miały gwarantować jakieś nieludzkie kajdany zobowiązań finansowych. Myślałem, że to była polska rzeczywistość początku lat dziewięćdziesiątych. Obchodziliśmy już dwudziestolecie obaleniu muru berlińskiego. Zatem minęło sporo czasu. Lecz widzę, że mur zamiast się zawalić został przesunięty na wschód od Berlina.

Może po prostu niefortunnie trafiłem do jednego z nielicznych skansenów postkomunistycznego geszefciarstwa? Może takie obyczaje to jednak wyjątek?

Napiszcie jakie macie obserwacje. Napiszczcie czy widzicie rozwój kapitału zaufania w polskim biznesie.

Key West Story.

Tłum ludzi na Placu Mallory czekał na zachód słońca. Wśród gapiów występowali kuglarze i uliczni muzycy, ktoś stawiał tarota za pieniądze, a nad tłumem latał dwupłatowiec reklamujący atrakcje lotnicze. Tak wyglądał niedzielny wieczór w porcie Key West – najbardziej wysuniętym na południe skrawku Stanów Zjednoczonych. Ponoć taki festyn jest tam codziennie, i to już od wielu lat. Około dziewiętnastej przy akompaniamencie oklasków słońce zniknęło za horyzontem. Pospiesznie przemknąłem portowymi uliczkami i odpaliłem ogromny silnik w Mustangu. Czekało mnie co najmniej osiem godzin jazdy do hotelu oddalonego o ponad 440 mil, czyli 700 kilometrów.

To był koniec mojego weekendu na Florydzie. Było moim niewątpliwym wariactwem przemierzenie łącznie półtora tysiąca kilometrów, aby spędzić jeden dzień w Key West. Miasteczko ma w sobie tyle uroku, że jestem gotów uwierzyć w plotkę, iż zgodnie z indiańską klątwą każdy przybysz będzie czuł nieodpartą potrzebę, aby tu powrócić.
W moim przypadku za tym wyjazdem stały delfiny.
Chciałem zobaczyć te ssaki na wolności, w ich naturalnym środowisku. Na moje zapytania Google uporczywie wyrzucały linki związane z Florida Keys. Sprawdziłem na mapie i dopytałem lokalnych kolegów. Ktokolwiek w biurze słyszał, że myślę o Keys to gorąco wspierał mnie w pomyśle wyjazdu. Coś musiało być na rzeczy, gdy mój szaleńczy pomysł spędzenia za kółkiem kilkunastu weekendowych godzin spotykał się z tak pozytywnym przyjęciem.
Otrzymałem wszelkie możliwe rady poczynając od tego jakie przekroczenia prędkości pozwolą mi uniknąć mandatu, gdzie na drogę może mi wypaść pantera, a gdzie muszę być przygotowany na rozjeżdżanie węży.

Wyprawę rozpocząłem w sobotnie południe. Oczywiście mogłem pomyśleć o wyruszeniu wcześniej, na przykład o świcie, ale wtedy ominęłoby mnie nocne wyjście do parku rozrywki Busch Gardens przemalowanego w halloweenowe Howl-O-Scream. Zatem piątkowy wieczór spędziłem w wesołym miasteczku, potem to odespałem w moim hotelu koło Tampy, a przed wyruszeniem na południe wstąpiłem do supermarketu po wodę, t-shirty i krem przeciwsłoneczny.

Pomny pouczeń znajomych trzymałem się w granicach dziesięciu mil od dozwolonej prędkości. Spory kawałek autostrady zalecał 70 mil na godzinę, czyli 113 kilometrów na godzinę. Reszta drogi to głównie 55 mph czyli 88 kmh.
Pokusę zabawy trzystukonnym silnikiem Mustanga leczyłem tempomatem ustawionym na stałą prędkość.

Po mniej więcej sześciu godzinach opuściłem stały ląd i wjechałem na mosty łączące wyspy Keys. Słynny Seven Miles Bridge (Most Siedmiomilowy) przemierzałem już po ciemku. Na kolację dotarłem do Key West, gdzie ma swój koniec droga US-1 ciągnąca się od granicy z Kanadą.

Zostawiłem bagaże w hotelu i poszedłem na stare miasto, gdzie miały czekać na mnie liczne kluby. Centrum Key West tętniło życiem. W wielu miejscach można było posłuchać muzyki na żywo. Przysiadłem w knajpie, gdzie przypasowała mi muzyka. Dostałem pyszny kawałek ryby, a na deser zmrożony sok owocowy. Potem przez chwilę połaziłem po uliczkach zaglądając do kilku klubów i znużony długim dniem poszedłem spać.

Nazajutrz miałem umówione spotkanie z delfinami. Cieszyłem się, że je zobaczę. Zdaniem właścicielki galerii obrazów, którą odwiedziłem przed rejsem. delfiny też się miały cieszyć na spotkanie ze mną (tzn. Tippi, żona Zbyszka ze Zbyszek Gallery uznała, iż mam dobrą energię, a to sprawi radość delfinom).

Przed delfinami odwiedziłem jeszcze dom, gdzie w latach 30. mieszkał Hemingway. Potem powłóczyłem się po miasteczku zahaczając o wspomnianą galerię. No i już była prawie druga po południu, czyli czas na rejs.

Przy łodzi czekała Sheri, która prowadzi jednoosobową firmę pod nazwą „Wild about Dolphins” („Szalona na punkcie delfinów”). Była też trójka pozostałych uczestników wycieczki: szwajcarskie małżeństwo z dorastającą córką.
Delfiny nie kazały na siebie długo czekać. Kilkanaście minut po wyściu w morze, Sheri usłyszała przez radio, że jej kolega z innej firmy jest wśród delfinów. Jego zdaniem koło łodzi było ich ze dwadzieścia. Po chwili zobaczyliśmy zwierzęta kilkaset metrów od nas. Były coraz bliżej. Sheri włączyła walce Strausa, bo ponoć delfiny lubią słuchać muzyki i chętnie przypływają tam, gdzie grają ich ulubione kawałki. Pojawiły się delfinie rodziny, gdzie para rodziców asystowała swoim dzieciom. Rodziny trzymały się na dystans od łodzi. Lecz kilka dorosłych delfinów przepływało tuż obok nas. Były tak blisko, że gdyby nie wysokość burty to byłyby na wyciągnięcie ręki.
Miałem szczerą ochotę wskoczyć do wody. Zdaniem Sheri, w październiku lepiej tego nie robić, bo delfiny opiekują się młodymi i nie lubią by im przeszkadzać. Lecz w niektóre letnie dni można śmiało z nimi popływać, mimo, że to dzikie stworzenia.

Pożegnaliśmy delfiny i popłynęliśmy popluskać się na płyciźnie. Poleniuchowaliśmy zbierając muszelki, obserwując kitesurferów i jedząc lunch serwowany przez naszego kapitana. Ostatnim punktem programu było nurkowanie z maskami i rurkami przy rafie koralowej. Skończyło się tym, że sam zostałem w wodzie, po tym jak zobaczyłem ogon odpływającego rekina. Z mojego opisu Sheri uznała, że to Nurse Shark (rekin wąsaty), którym nie warto się przejmować. Szczególnie takim, co to się oddala. Ja jednak czułem się trochę niepewnie i nurkowałem tylko w pobliżu łodzi. Mój szwajcarski kompan niezwłocznie wyszedł z wody, i podobnie jak jego rodzina został w łodzi. Trochę pooglądałem kolorowe rybki i też wróciłem na pokład.

Po atrakcjach Key West czekała mnie długa nocna jazda do Tampy. Pocieszałem się faktem, że nawet gdybym na weekend nie ruszał się z miejsca, to miałbym przed sobą bezsenną noc. Bowiem z niedzieli na poniedziałek ruszał system produkcyjny w koordynowanym przeze mnie projekcie. Tej nocy koledzy w Nowym Jorku zamknęli stary system. Nasz człowiek w Warszawie ruszył z importem danych na serwer koło Tampy. Zaś ja systematycznie zbierałem informacje o sytuacji na froncie robót, dzwoniąc z komórki, gdy przemieszczałem się z południa Florydy.
Ku mojemu zaskoczeniu na drodze było trochę samochodów. Zaś pomysł pchnięcia Mustanga na wyższe obroty studził widok policyjnych patroli, których w nocy spotkałem więcej niż za dnia. Zatem zamiast w cylindry sportowego silnika, wrzuciłem energię w samochodowe głośniki słuchając płyt z komórki podpiętej do radia. Najlepiej mi wtedy brzmiał Marcin Styczeń ze swojego krążka „21 gramów”.

Kończąc słonecznie pozdrawiam Marcina Stycznia i swojakowych czytelników.

Blog z Androida

Po trzech latach pisania na klawiaturze symbianowego telefonu Sony-Ericsson przesiadłem się na nowy sprzęt.
Od dzisiaj blogowe wpisy tworzę na urządzeniu z systemem Android napisanym w firmie Google.
http://blog.swojak.info/jpg/mob01.jpg
http://blog.swojak.info/jpg/mob02.jpg

Po powrocie z emigracji szkoła da się przeżyć.

Piszę to w momencie, gdy moje córki zaczęły trzeci rok szkolny w Polsce.
Dobrze dają sobie radę. Starsza kończy gimnazjum, a młodsza podstawówkę. Przed przeprowadzką do kraju, nie przerobiły materiału z ani jednej klasy polskiej szkoły, nie czytały lektur obowiązujących w Polsce, praktycznie nie pisały też po polsku.

Wracam do tematu, bo raz na jakiś czas piszą do mnie rodzice planujący powrót do Polski. Zwykle  przejmuje ich stan polskich szkół.
Ci, którzy za granicą doświadczyli kontaktu z dobrymi pedagogami, w rozsądnych systemach edukacyjnych wiedzą, że polska szkoła jest dziwna.

szkola

Uważam, że uczeń wracający z zagranicy da sobie radę w szkole. Oto kilka refleksji, które wynikają z mojego widzenia tutejszych szkół:
– Jeśli za granicą dziecko dobrze poznało język obcy, zna jego gramatykę, potrafi pisać, czytać i mówić w tym języku, to języka polskiego też się nauczy; opanowanie drugiego języka przyjdzie pewno dużo łatwiej niż pierwszego; może w pierwszym roku warto zainwestować w korepetycje z polskiego.
–  Jeśli zagraniczne dziecko dzieli od polskich rówieśników dramatyczna przepaść w znajomości dat z historii, wyuczonych na pamięć setek nazw geograficznych, opanowanej małej encyklopedii przyrody oraz życiorysów wielkich pisarzy to cieszcie się, że jego głowa jest pozbawiona tego niepotrzebnego balastu; jest szansa, że zamiast bezmyślnie ćwiczyć pamięć, Wasze dziecko ćwiczyło w zagranicznej szkole myślenie – w tym może tkwić jego przewaga nad polskimi rówieśnikami.
– Jeśli korzystanie ze ściągawek podczas sprawdzianów, odrabianie zadań za koleżankę i okłamywanie nauczyciela jest uważane przez Wasze dziecko za oszustwo, to starannie sprawdźcie wartości jakie dominują w szkole, do której wyślecie ucznia; bywają szkoły, gdzie znajdzie się  kilku uczniów i nauczycieli myślących podobnie jak Wasza pociecha – tam Waszemu dziecku będzie łatwiej być sobą.
– Jeśli uważacie, że sposób uczenia religii przez polskich katechetów może wprowadzić zamęt w życie duchowe Waszego dziecka, to możecie rozważyć wybranie zajęć z etyki; przed podjęciem decyzji radzę poczytać podręcznik do religii oraz spotkać się z katechetą – bywają katecheci, których język jest bliższy Matce Teresie, niż chrzczenia ogniem i mieczem; z nimi Wasze dziecko będzie bezpieczne.
– Jeśli Wasze dziecko chodziło do szkoły, gdzie podstawowym zadaniem nauczycieli było dbanie o rozwój człowieka i jego wychowanie, to czeka Was nowe doświadczenie; tutaj obowiązuje kult „przedmiotowców”, czyli – w większości – pedagogicznych analfabetów, którzy ukończyli specjalistyczne studia kierunkowe; w zasadzie, ciężar wychowania zawsze był na Waszych rodzicielskich barkach, lecz o ile w niektórych krajach mogliście dzielić ten obowiązek z nauczycielami, o tyle w Polsce zostajecie sami ze sobą; tutaj nauczyciele nie wychowują, nie rozwijają człowieka, ani grupy, nie propagują wartości, ani zasad życia; tutaj tylko „nauczają”; zatem powrót to także dla Was nowa praca: wytężona rodzicielska praca wychowawcza.
–  Jeśli macie przekonanie, że Wasze dziecko ma radość życia i zdrowe podejście do obowiązków to będzie się rozwijać szczęśliwie i mądrze, bez względu na absurdy systemu szkolnego i dziwactwa otoczenia; bez względu na kiepski system szkolny i pomimo jego zapędów do niszczenia ciekawych jednostek, mamy w Polsce mnóstwo ludzi, którzy wyszli ze szkół bez poważniejszych blizn na osobowości; instynkt wzrostu i rozwoju u młodego człowieka jest często silniejszy, niż wszelkie zapędy do zabicia indywidualności i wyrównania do poziomu bylejakości.

Na koniec uwaga, która być może powinna znaleźć swoje miejsce we wstępie: jeśli, Drogi Czytelniku, trafiłeś na ten tekst przez pomyłkę, jeśli nie mieszkasz za granicą i nie planujesz przeprowadzki do Polski; jeśli uważasz, że Polska szkoła jest jedną z najlepszych na świecie i dobrze uczy Twoje dzieci to proszę, uwierz, iż szanuję Twój punkt widzenia; rozumiem, że system szkolny jest uszyty na miarę społeczeństwa i jego oczekiwań; być może oczekujesz, że szkoła da Twojemu dziecku wiedzę i jeszcze raz wiedzę; faktycznie, to oczekiwanie jest zaspokajane; polska szkoła, aż kipi od informacji przekazywanych i kompilowanych w najbardziej przemyślne sposoby. Rozumiem, że możesz być z tego zadowolony.
Ja uważam, że rozwój człowieka i grupy jest dużo ważniejszy od wiedzy, ale ja jestem z innej bajki, i dobrze mi w tam. Na zasadzie wzajemności oczekuję uszanowania mojego punktu widzenia.

Tyle uwag ogólnych. Wracam do emigrantów. Jeśli czujecie, że powrót do Polski to Wasza droga to wracajcie. Wasze dzieci przeżyją tutejszą szkołę jeśli im trochę pomożecie i będziecie wspierać w tej przygodzie edukacyjnej. W naszym przypadku odbywa się to raczej bezboleśnie i u Was też tak może być.