Miesięczne archiwum: Wrzesień 2010

Anglia, Hindusi i szczur laboratoryjny.

Po kilku miesiącach ponownie zawitałem do angielskiego biura naszej globalnej firmy.

Pustawe biuro.
Gdy przekroczyłem próg sporego „open space” (czyli hali z biurkami upakowanymi w najtańszy z możliwych sposobów) to pomyślałem, że trwa jakieś wyjazdowe spotkanie. Większość krzeseł była pusta. Wątpliwości rozwiał kolega, z którym miałem pracować w tym tygodniu. „Their jobs were outsourced” – po naszemu oznaczało to, że pracę dostali ludzie w Indiach, a Anglicy poszli szukać szczęścia gdzieś, gdzie jeszcze zatrudniają Europejczyków.
Nasza historia dość niepozornie (bo firma to stosunkowo mała korporacja) wpisuje się w gazetowe przykłady spółek giełdowych, które zostały wykupione przez spekulantów szukających szybkiego zysku. Kilka lat temu to też była spółka giełdowa. Grupa firm spod znaku private equity wykupiła wszystkie udziały, zdjęła spółkę z giełdy i rozpoczęła radykalne porządki licząc na niezłe zyski, gdy sprzedadzą organizację po ostrej operacji.
Częścią programu był miliardowy kontrakt z hinduską firmą, która przejmuje obsługę niemal wszystkiego co ma związek z komputerami.

Hindusi na Wyspach.
Anglikom współpraca z kolegami z Azji przychodzi najwyraźniej dość łatwo. Ich dawna kolonia na dobre zasila tutejszy rynek specjalistami i pracownikami usług. W podlondyńskim biurze Hindusi pracowali na długo przed pojawieniem się konsultantów przejmujących miejsca pracy Brytyjczyków.
Rozmawiałem z D., Anglikiem pochodzenia hinduskiego, który od wielu lat zajmuje się administracją systemu komputerowego i niezmiennie siedzi przy tym samym biurku. Rozpoczynał, gdy była to brytyjska firma założona przez lokalnego przedsiębiorcę, który z czasem przekazał firmę w ręce dwóch synów. Potem D. został pracownikiem korporacji, gdy rodzina dogadała się z Amerykanami w sprawie przejęcia biznesu. Teraz D. jest konsultantem w hinduskiej firmie. Jego zdaniem przejście do nowego pracodawcy było bezproblemowe, bo zgodnie z brytyjskim prawem nowy pracodawca przejął wszelkie zobowiązanie poprzedniej firmy.
Mniej szczęścia mieli Ci, których biurka stoją teraz puste.

Całkiem niedawno temu w Ameryce.
Nieco inaczej sytuację rysowali koledzy ze Stanów, gdzie odbyło się podobne sprzątanie zasobów ludzkich. Tam prawo pracy daje dużo swobody przedsiębiorcom. Mówi się, że to czynnik siły amerykańskiej gospodarki potrafiącej szybko otrząsać się z kryzysów. Lecz drugą stroną medalu jest pozycja pracowników. Zwolnić ich łatwo, a jest to dość tani zabieg. Także w USA niektórzy ze zwalnianych dostawali propozycję przejścia pod skrzydła hinduskiego pracodawcy. Lecz tam ponoć nie było tak lukratywnych ofert jak pod Londynem.
Obecnie sprawa likwidowania miejsc amerykańskich miejsc pracy i przenoszenie roboty do Azji dostała wymiaru politycznego. Jeden z dyrektorów, przy szklance piwa, powtarzał słowa prezydenta Obamy ganiącego korporacje za takie praktyki. Dyrektor wyznał, że jest dla niego sporym moralnym problemem informowanie pracowników, że ich praca zostaje przeniesiona do Indii. Źle się czuje w tej sytuacji i wygląda na to, że przy nadarzającej się okazji przesiądzie się na pokład innej firmy.
Mam nadzieję, że przynajmniej dotrwa do końca wdrożenia projektu, który mam domknąć w Stanach w październiku.

Gry i roszady biurowe.
Póki co jestem w Anglii i siedzę przy biurku, gdzie są przyklejone jakieś notatki, trochę zawodowej literatury, a nawet stoją kubki do herbaty. Wygląda jakby właściciel tego dobytku na chwilę wyszedł z firmy. Dopytałem kolegów czy faktycznie mogę korzystać z tego biurka przez cały tydzień. Jeden z nich skiną głową dając do zrozumienia, że w tym miejscu już nikt nie pracuje. Z ciekawości wpisałem do korporacyjnej książki adresowej nazwisko z wyświetlacza telefonu, który należał do osoby, która użyczyła mi swojego krzesła. Faktycznie, tego nazwiska już nie ma na liście.
Angielskie biuro z osobistymi rzeczami w miejscu pracy jest przeżytkiem odchodzącym do lamusa. Pomysłem na przyszłość są „hot desks”. Jak mi wyjaśniono, pracownik będzie dokonywał rezerwacji swojego biurka codziennie przed przyjściem do biura. Na miejscu wyjmie z podręcznego magazynu swoje pudełko z tym co potrzebuje do pracy i pójdzie szukać kącika wskazanego przez system.

Podziemne miasteczko.
Taka wizja biura wydała mi się mało przyjemna. Lecz poczucie bycia w matriksie trwało także po po wyjściu z pracy. Miałem ochotę na spacer do hotelu. Wtedy poczułem, że odruch przemieszczania się na nogach jest przeżytkiem w tej industrialnej mieścinie. Zamiast chodników są tutaj podziemne przejścia pod ulicami. Do hotelu mam około kilometra. Większość tej trasy biegnie poniżej poziomu dróg. Czułem się jak szczur laboratoryjny szukający drogi w labiryncie. Dochodziłem do ślepego zaułka, wracałem do skrzyżowania kanałów, w miejscu, gdzie pomyliłem kierunek. Potem kawałek w dobrym kierunku, wyjście na powierzchnię, aby zobaczyć jakieś charakterystyczne budynki i spowrotem do kanałów. Pierwszego dnia było to frustrujące. Moja ogólnie dobra orientacja w przestrzeni została wystawiona na poważną próbę. Nazajutrz już było łatwiej.

W takim kontekście coraz bardziej podoba mi się moja brudna mazowiecka wioska, gdzie zamiast w tunelach mogę spacerować po lesie. Miło mi też na wspomnienie naszego warszawskiego biura, gdzie powracającym tematem jest pytanie, gdzie posadzimy nowych pracowników, bo systematycznie rozrasta się nasz zespół. To dobra odmiana w porównaniu z impresjami z angielskiej delegacji.

Wróciłem do Europy. Stany zostały na swoim miejscu.

Spisuję trochę wrażeń na gorąco, aby zapamiętać nim uciekną i rozmyją się w głowie.

Ludzie wokół mnie. W moim projekcie większość stanowili faceci z Nowego Jorku. Być może, to z jakiego byli miasta miało znaczenie. Być może ważne było, że wywodzili się z firmy o „kulturze startupowej”, gdzie z małego przedsięwzięcia urośli do poważnej firmy i zostali przejęci przez korporację, która także mnie zatrudnia.
Chodzi o to, że było w tym zespole coś specyficznego. Było coś co odróżniało ich od naszych korporacyjnych Amerykanów, z którymi wcześniej miałem do czynienia. Poprzednio pracowałem z typami pasującymi do stereotypowego wizerunku Amerykanów z dużych firm. Byli formalni, bacznie patrzący w firmowe tylne lusterko – tzn. uważni na to kto może im wsiąść na kark, a kto może ich wyprzedzić. W wolnym czasie gadali głównie o jakiś konsumpcyjnych banałach. Tym razem było inaczej. Pół tuzina moich nowych współpracowników było osłodą roboty. Byli koleżeńscy i bezpośredni; głównie wobec siebie, ale z czasem przeszło to na ich relacje ze mną.
Okazało się, że czytujemy podobne artykuły. Naszym wspólnym czasopismem jest „Wired”, które sporo pisze o społecznym wymiarze technologii. Potem dowiedziałem się, że książką, która wywarła duże znaczenie na jednym z kolegów to „Siedem nawyków skutecznego działania” Coveya. To pozycja, którą sam uważam za niezastąpiony zbiór prawideł zdrowego współdziałania z ludźmi. Zresztą dla rzeczonego kolegi, Covey miał na tyle spory wpływ, że na jego ślubie był czytany fragment „Siedmiu nawyków”. Korzystając z okazji przytoczę tutaj ten kawałek, bo pozwala spojrzeć na miłość w nieco odmiennej perspektywie.
„Love is a verb, it is an action. You must do things for her, listen to her, be there for her. It’s not about what happens in return but what you do to love her.” („Kochać to czasownik. Musisz coś dla niej robić, słuchać jej i być z nią. To nie chodzi o to dostajesz w zamian; rzecz w tym co robić, aby ją kochać.”)

Legalizm z ludzką twarzą. Innym ciekawym doświadczeniem byli dla mnie obcy Amerykanie spotykani, gdy korzystałem z rozmaitych usług. Prezentowali oni dość sympatyczne połączenie przestrzegania zasad i ludzkiego podejścia do sytuacji. Doświadczyłem kilku takich sytuacji. Zjawiłem się na lotnisku do odprawy z walizką ważącą 65 funtów (29,5 kg), gdy limit to 50 funtów (22,5 kg). Pracownica linii lotniczych oznajmiła, że zapłacę za nadbagaż. Jako, że bilet był sprzedany przez Swiss, to opłata miała być wg szwajcarskich taryf. Gdy zobaczyła w systemie kwotę, to z troską powiedziała, że to aż 150 dolarów. Na mój komentarz, iż to dużo pieniędzy, pokiwała głową i przystała na propozycję, abym odchudził bagaż i wrócił z walizką pięśdziesięciofuntową. Gdy wróciłem to walizka faktycznie ważyła tyle co trzeba, bo mój bagaż podręczny urósł do rozmiarów przekraczających wszelkie lotnicze normy. Monstrualnie wypchany plecak, ogromna reklamówka i torba na ramię pozostały dyskretnie niezauważone. Później już przy wejściu do strefy odlotów, zauważyła to pracownica sprawdzająca paszporty. Ze znaczącym uśmiechem zwróciła się do mnie po imieniu i poradziła, abym wszystko upchną w dwie sztuki, bo ona mnie nie przepuści z trzema. Tak też zrobiłem.
W innych sytuacjach też widziałem przestrzeganie tego co było nieprzekraczalną normą, a jednocześnie sugerowanie rozwiązania, które zaspokoi mojej potrzeby. Gdy chciałem wejść do portu, aby zobaczyć ogromny statek wycieczkowy to pilnujący wejścia policjant mnie powstrzymał. Jak go dopytałem o wyjście z tej sytuacji, to powiedział, po której stronie portu jest dobry widok na statek zza płotu.

Samochody dla ludzi. Kilka tygodni temu wypożyczyłem samochód w Warszawie. Przy zwrocie auta, pracownik znalazł zarysowanie przy tylnych drzwiach. Pewno pochodziło od siatki z zakupami lub buta dziecka. Zapłaciłem 120 złotych za polerowanie i usłyszałem, że mam szczęście, bo nie muszę płacić za lakierowanie całego elementu. Kiedy wypożyczałem samochody na Puerto Rico, to tam też odprawa była skrupulatna. Każda najmniejsza rysa na zderzaku była zaznaczona na schemacie, który dostałem wraz z kluczykami. Natomiast we florydzkiej Tampie dostałem auto ze sporym zarysowaniem w okolicy baku. Pracownica wypożyczalni powiedziała, że nie ma problemu, bo oni liberalnie traktują drobne zarysowania. Dla mojego spokoju dopisała na rachunku informację o rysie. Przy zdawaniu samochodu faktycznie procedura była bezproblemowa. Ograniczała się do szybkiego rzucenia okiem na samochód i sprawdzenia stanu baku. Czy tam ogólnie tak jest, czy to tylko w Avisie, z którego korzystałem? Nie wiem. Lecz odnotowałem to jako ciekawostkę.

Miałem dobry pobyt w USA. Ktoś mnie zapytał czy zmieniłem zdanie o Ameryce. Poznałem ją nieco lepiej. Była to fajna wycieczka u Wielkiego Brata.

Notatki z amerykańskiej delegacji.

Przeprowadziłem się do nowego pokoju w budynku Marriotta, tuż obok hotelu tej samej sieci, gdzie spałem przez poprzednie sześć nocy. Teraz mam sporą lodówkę, poręczną kuchnię i cieszę się z możliwości samodzielnego przygotowywania posiłków.
Wieczorem, jak zwykle podczas noclegów w podróży, wyłączyłem klimatyzację, otworzyłem okno i położyłem się spać. Zauważyłem, że dużo lepiej się wysypiam bez klimatyzacji. Tym razem było inaczej. W środku nocy obudziłem się w gorącym pokoju. Termometr pokazywał około trzydziestu stopni. Dałem za wygraną. W San Juan spałem bez klimatyzacji, w Kuala Lumpur też, ale na Florydzie gorąco było szczególne. Więc tutaj używam klimatyzacji.

Skoro mam możliwość pomieszkiwania w Stanach przez dwa tygodnie to korzystam z rozmaitych tutejszych wynalazków, o których piszę poniżej.

Przejechałem się po wielopasmowej autostradzie z włączonym tempomatem. Fajne doświadczenie. Przede mną stały dystans od innego auta i równa płynna jazda.Zjadłem solidnego hamburgera. Mimo, że mięso jadam tylko sporadycznie, to odszukałem lokal, gdzie zdaniem lokalnych kolegów serwują dobre burgery i zjadłem narodową potrawę Amerykanów. Za cenę kilka razy wyższą, niż w śmieciowych sieciach hamburgerowych, w kanapce znalazłem kawał dobrego mięsa. Podrasowało to moje wyobrażenie tego czym może być hamburger.

Poznałem zasady gier cornhole i holy board (rzuty do celu w ogrodzie). Było to z okazji weekendowej imprezy ogrodowo-basenowej organizowanej przez znajomych Amerykanów. Z siedzenia w basenie wprawdzie nie skorzystałem, ale impreza była sympatyczna. Gospodarze i ich przyjaciele to dość zamożni ludzie, więc opowiadali o swoich jachtach, połowach ryb i polowaniach. Potem dopytywali o samochody jakimi jeżdżą Europejczycy, pytali jak działa komunikacja miejska, upewniali się czy to prawda, że są kraje, gdzie sklepy są zamykane w niedzielę i ogólnie rzecz biorąc weryfikowali swoje wyobrażenia o Starym Kontynencie. Niespodziewaną atrakcją był wąż, który przyplątał się do na imprezę. Stworzenie było małe i wypłoszone zniknęło pod płotem.

Poszedłem na zakupy do Wal-Mart, czyli największej sieci supermarketów w USA. Jak przystało ma skalę kraju i sklepu, produkty spożywcze były w opakowaniach większych w innych zakątkach globu. Pamiętałem z Puerto Rico ubóstwo produktów do w miarę zdrowego zjedzenia, a jednocześnie byłem pomny ostrzeżeń znajomego Anglika o tym, że w Stanach znalezienie przyzwoitych produktów spożywczych jest wyzwaniem. Byłem mile zaskoczony. Soki pomarańczowe smakowały pomarańczami. Znalazłem też trochę dobrych sałatek ze świeżych owoców. W kilku miejscach sklepu trafiłem też na żywność z etykietką „USDA Organic”. Zresztą także w lotniskowych barach i w firmowej kantynie widziałem zaskakująco dużo lekkich, świeżych potraw.  Znajomi twierdzą, że Amerykanie coraz częściej zastanawiają się co jedzą. Kolega z Nowego Jorku, który szefuje projektowi, nad którym tu pracuję, opowiadał, że dzięki przyzwoitej pensji stać go na unikanie sieci handlowych i kupuje żywność w małych wypróbowanych sklepikach.

Na wycieczce u Wielkiego Brata.

Jestem w Stanach Zjednoczonych.
Byłem tu też w maju, gdy w Nowym Jorku przesiadałem się do San Juan.
Wtedy uderzyło mnie długie czekanie na odprawę paszportową. Kilkadziesiąt minut stania w kolejce, aby dostać pieczątkę było czymś wyjątkowym. Chiny, Rosja czy Indie dużo szybciej wpuszczały mnie na swoją dobrze chronioną ziemię.
Jednak odczekałem co miałem odczekać. Na uszach miałem słuchawki z audiobookiem, czy z muzyką i dzięki temu szybciej zleciała kolejka do urzędnika.
Teraz, po czterech miesiącach, było ostrzej. Jeszcze na pokładzie samolotu lądującego w Charlotte zapowiedziano, że w poczekalni paszportowej zabrania się korzystania z telefonów, czyli jak zrozumiałem chodziło o rozmowy przez komórkę. Dołączając do olbrzymiej kolejki, wyciszyłem komórkę i planowałem wysłać smsa, a potem sprawdzać emaile. Po chwili usłyszałem głos policjatki, która srogo ogłaszała, że telefony mają być wyłączone. Jeden ze współpasażerów miał przy uchu telefon i dość szybko dostał za to reprymendę. Po chwili policjatka, przechadzająca się wzdłuż kolejki, wyłowiła człowieka ze słuchawkami na uszach. Tym razem wykrzyknęła, że wszelkie urządzenia elektroniczne mają być wyłączone. Dałem spokój moim pomysłom pisania smsów. Wyłączyłem obydwie komórki, które miałem w kieszeniach.
Okropne powitanie w Stanach Zjednoczonych osłodził wesołkowaty celnik, który znał kilka zwrotów po polsku. W serdecznej atmosferze wprowadzlił do bazy danych wielkiego brata linie papilarne moich dziesięciu palców i cyfrową fotografię mojej twarzy.
Potem, gdy siedziałem w poczekalni lotniska przed kolejnym lotem, zauważyłem nową formułę komunikatów wzywających do obywatelskiej czujności. Antyterrorystyczna histeria już mnie przyzwyczaiła do lotniskowych komunikatów nawołujących do czujności względem wszelkiego bagażu. Teraz doszło jeszcze wezwanie do powiadomienia władz o wszelkim nietypowym zachowaniu innych obywateli.
Wygląda jakby Ameryka była w stanie wojny i stosowała wyjątkowe metody ochrony przed wrogiem. W sumie to nie wiem czy oni sami jeszcze kojarzą z kim walczą, albo kto nastaje na ich dobrobyt i demokrację. Lecz to już amerykańskie zmartwienie.
Na mój gust Amerykanie popadają w coraz większe poczucie zagrożenia. Jako, że strach ma wielkie oczy, to być może w końcu faktycznie zobaczą coś przerażającego i zareagują z siłą niewspółmierną do sytuacji.

Kura czy jajo?

Ostatnio wpadła w moje ręce książka Willigisa Jaegera „Fala jest morzem”. Znalazłem tam sporo inspiracji do przemyśleń.
Podzielę się z Wami krótkim fragmentem, gdzie autor dywaguje w okolicach nauk przyrodniczych.

Wcześniej byliśmy zdania, że ciało z biegiem czasu rozwinęło ducha. Inteligencja miała być funkcją mózgu i systemu nerwowego. Teraz wiemy, że rzecz ma się dokładnie odwrotnie. „Niematerialny duch porusza mózg” powiada John Eccles, badacz mózgu i noblista. Dowiódł on, że to nasze myśli i nasza wola uaktywniają neuroproteiny w mózgu. Że procesy duchowe obrazują się materialnie, a nie są funkcjami procesów biochemiczno-materialnych. Jeśli pojawia się myśl, uczucie lub życzenie, to ich energia przekształca się w naszym mózgu w molekułę. Innymi słowy, energia intelektualna i emocjonalna materializuje się w postaci neuroprotein. Są one niejako kluczami, które szukają swoich zamków. Jeśli znajdą w jakieś komórce pasującą dziurkę, to komórka ta przyjmuje wiadomość, którą przynoszą. Ten proces toczy się nie tylko w naszym mózgu, lecz przenika całe ciało. Każda komórka ciała komunikuje się z innymi komórkami. W każdej komórce manifestuje się myślący duch.

Zostawiam Was z tym tekstem i serdecznie pozdrawiam.