Miesięczne archiwum: Czerwiec 2010

Wracaj, tam właśnie wracaj.

Po przeczytaniu komentarza Sylwi biorę się za moje rocznice emigracyjne.
Prawie dziesięć lat temu pakowaliśmy nasz dobytek, w malutkim mieszkaniu na warszawskich Bielanach, aby zamieszkać w Alpach. Jak to powiedział jeden z komentatorów mojego bloga, wyjeżdżałem wtedy w podróż służbową do Szwajcarii.
Pamięć zatarła ostrość tamtych wspomnień. Wiem, że przeprowadzka była wielką i dość przyjemną przygodą. Wynajęliśmy piękne mieszkanie z widokiem na góry, zakupiliśmy sporo sprzętów, łącznie z dużym rodzinnym autem, i rozpoczęliśmy oswajanie Helwecji.

Gdy opadło zawirowanie przeprowadzkowe, podobnie jak wspomniana we wstępie Sylwia, poczułem ciężar oddalenia od Polski. Wpadłem w sytuację lodowato-wybuchową. Zimni, jak okoliczne skały, sąsiedzi utrudniali nam nawiązanie więzi z lokalną społecznością, a w pracy u krewkiego Włocha rozstrajały mnie jego histeryczne krzyki.
Nasza pierwsza wizyta w Polsce miał miejsce w Boże Narodzenie. Jechaliśmy z doświadczeniem kilkumiesięcznego, trudnego mieszkania wśród Szwajcarów. Podróż powrotna po Nowym Roku była smutna i łzawa. Miałem wtedy ochotę zamknąć ten emigracyjny rozdział i wrócić do Polski. Postanowiliśmy zostać jeszcze jakiś czas, żeby spłacić pożyczkę na zagospodarowanie, bo z polskiej pensji spłata byłaby trudniejsza.
Dobrnęliśmy do pierwszej rocznicy pomieszkiwania w Alpach. Wtedy nastąpił cud. Sąsiedzi ogłosili, że pozytywnie przeszliśmy okres kwarantanny, gdy byliśmy obserwowani i sprawdzani. Kolejne siedem lat było usłanych serdecznościami, wzajemną pomocą, sympatią i przyjaźniami. Nasz wyjazd ze Szwajcarii w 2008 był trudnym momentem. Zostawialiśmy na miejscu sporo bliskich nam osób.
Teraz, po dwóch latach, widzę jak nasza rodzina ponownie wrosła w polskie życie. Każdy z nas na swój unikalny sposób. Żona odnalazła swe zawodowe powołanie i robi masę dobrej roboty jako pedagog szkolny. Wygląda na to, że w Polsce zdecydowanie potrzeba zatrudniać w szkołach dodatkowych pedagogów, bo większość personelu szkolnego to nauczyciele przedmiotowi bez solidnego przygotowania do pracy z uczniami. To przeciwieństwo Szwajcarii, gdzie nauczyciele mieli głównie umiejętności pedagogiczne, a ich erudycja była drugoplanowa.
Starsza córka zbliża się do końca gimnazjum. Doskonale radzi sobie w szkole. Wygląda na to, że coraz bardziej docenia uroki polskiego życia. Młodsza córka, ze swoim otwarciem na innych, chyba bardziej pasuje do polskiego otoczenia, gdyż szwajcarska konwencjonalność mogłaby by być dla niej trudna. Zaś syn, po wakacjach rozpoczyna naukę w podstawówce. Paradoksalnie, to on najczęściej wspomina, że Szwajcaria to nasz kraj, w którym chciałby zamieszkać.
Ja dostałem od swojego szwajcarskiego pracodawcy możliwość „miękkiego lądowania” w Polsce. Jako konsultant pracuję przy jego międzynarodowych projektach. Daje mi to stabilność finansową. Mogę wykorzystać czas na odnalezienie w polskiej rzeczywistości miejsc, gdzie moje specyficzne umiejętności będą szczególnie przydatne. Od miesięcy, misternie buduję plan, którego realizacja może wypełnić przyszłe lata lub dekady. Jestem podbudowany tym jak ciekawie kraj zmienił się pod moją nieobecność. „Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chcę dalszego rozwoju i budowania tutaj takiego społeczeństwa, które zasłynie z międzyludzkiej solidarności i wzajemnego wspierania się w pomysłach gospodarczych, politycznych i społecznych. W tym kierunku idzie moje myślenie o tym co mam tutaj do zrobienia.
Tym co mieszkają na obczyźnie dedykuję kawałek tekstu Ewy Bem:
„Wracaj, złe drogi skracaj,
Wracaj, gdzie byś nie był Rzym czy Krym
Wracaj, wracaj tam gdzie się na ogół ma gigant kaca
Lecz przynajmniej jest się napić z kim
Wracaj, tam właśnie wracaj
Gdzie się całkiem nie opłaca żyć
Stary, stary pomyśl, że ojczyzna to kumpli paru
Z nimi znów szczęśliwy,
Z nimi znów szczęśliwy spróbuj być”

Wybory 2030.

Marzę o tym, by za dwadzieścia lat iść na wybory prezydenckie i mieć straszne wątpliwości na kogo oddać głos, bo każdy z kandydatów będzie, w moim odczuciu, doskonale nadawał się do pełnienia funkcji głowy państwa.

Uważam, że w tym roku mieliśmy tylko kiepskich kandydatów. Co z kolei, jest dla mnie logiczną konsekwecją tego, iż życie publiczne i dbanie o dobro wspólne jest konkurencją, gdzie mamy sporo do zrobienia.
Swoją diagnozę sytuacji dobitnie wygłosiłem po smoleńskim wypadku (http://blog.swojak.info/?p=112). Dzisiaj skupiam się na tym co zrobić, aby sprawy miały się coraz lepiej. Uważam, że kluczem do zmiany są dzieci i młodzież. Z nich może wyrosnąć nowe pokolenie osób szukających porozumienia z innymi, zjednujących sobie współpracowników, ceniącymi różnorodność opinii, kontunująch mądre działania bez względu na zmiany na kierowniczych stanowiskach, otaczający się ludźmi wybitnymi i przerastającymi ich w dziedzinach, którymi się zajmują.

Wiem, że perspektywa wykształcenia takiego pokolenia liderów jest realna. Jednak potrzeba nad tym popracować. Potrzeba dać młodym ludziom umiejętności i wzorce, które oderwą ich od arogancji, kłótliwości i nienawiści prezentowanych przez dzisiejszych mistrzów życia publicznego.
Dwadzieścia lat temu, po odzyskaniu przez Polskę wolności, słyszałem głosy, że normalizacja polskiego życia publicznego będzie wymagać kilku dekad, bo musi odejść pokolenie osób skażonych życiem w systemie komunistycznym. Czekaliśmy, aż magiczna różdżka czasu cudownie przemieni nasz kraj. Nie przemieniła. Starzy urzędnicy i politycy przyjmują pozę mistrzów i nauczają młode pokolenie. Gdy spotykam urzędników wrogich obywatelom, myślących kategoriami represjonowania obywatela przy pomocy aparatu administracyjnego to wiek gra tu niewielką rolę. Tak dwudziestoletni jak i pięćdziesięcioletni urzędnicy miewają przekonanie, że stoi przed nimi petent, który jest na łasce ich urzędniczej dobrej lub złej woli.
Doskonale – moim zdaniem – opisał to Mirosław Barszcz w Walec drogowy, czyli kto tu właściwie rządzi. Uważam, że ten absurd musimy przełamać niszcząc tą chorą sztafetę pokoleń.
Wykształćmy młodzież angażującą się w sprawy społeczne, szerzącą zaufanie i wzajemną pomoc.
Umiejętności społeczne są wyuczalne. Może w szkołach warto odpuścić sobie trochę bezmyślnego wkuwania haseł encyklopedycznych i wykorzystać zyskany czas na naukę pracy z innymi?
Oczywiście wpadamy na mieliznę tego, kto będzie prowadził takie zajęcia. Z niepreprezentatywnej próbki nauczycieli, których licznie spotykam przez ostanie dwa lata, wyłania się obraz masy upośledzonych społecznie transmiterów informacji podręcznikowych. Na szczęście raz na jakiś czas wpadam na pedagoga, w którego oku widzę iskrę pasji pracy z uczniami i wiarę w to, że praca nauczyciela dosłownie zmienia naszą przyszłość.

Na miarę swoich możliwości planuję mieszać w polskiej edukacji, wtrącać się w to co jest uczone i wnosić świeży powiew do szkół.
Moim celem jest pójście na wybory prezydenckie około roku 2030, dumne odczytanie listy kandydatów i uznanie, że każdy z nich jest dobrym kandydatem na to stanowisko.

Jakie masz pomysły na pozytywną zmianę w edukacji polskiej młodzieży? Co, na bazie swoich obserwacji i doświadczeń, proponujesz jako element wykształcenia lepszego pokolenia? Co sądzisz o perspektywie uspołecznionej Polski roku 2030?

Taka jest idea skutera.

Warszawa i okolice są pełne motorów. W pogodne dni, na drogach widzę też sporo skuterów. Łatwiej jeździć po mieście na dwóch kółkach. Parkowanie też jest proste. Dorośli kupują jednoślady, aby jeździć do pracy. Przy okazji sprawiają frajdę swoim nastoletnim dzieciom i po wydaniu niespełna dwóch tysięcy złotych dają swoim latoroślom zabawkę z silnikiem. Ileż potem mają radości widząc, jak dzieci organizują przejażdżki dla kolegów i koleżanek po okolicznych uliczkach. Uciechy jest co niemiara.


foto: www.yamaha-motor.ch

Ja też jeżdżę do pracy motorem. Codziennie  rano, przed wyjściem do pracy, wciągam na siebie solidne spodnie z ochnianiaczami na kolanach i udach. Na nogach mam wysokie buty wzmocnione w miejscach narażonych na kontuzję. Do tego kurtka z zabezpieczeniami, mocne rękawice i pełny kask, zakrywający także szczękę.

Gdy staję na skrzyżowaniach, czekając na zmianę świateł, spotykam motocyklistów w podobnych wdziankach. Bywa nam gorąco. Lecz w razie upadku, mamy odrobinę ochrony na grzbiecie. Ostatnio kolega zaliczył upadek na lokalnej drodze. Mówi, że jechał około 40 km/h, gdy z parkingu wprost na niego wyskoczył samochód. Na szczęście znajomy wyszedł z tego bez szwanku. Był uważny i dobrze ubrany.

Natomiast, gdy zobaczyłem zdjęcia córki, i jej koleżanek, uczących się jazdy na skuterze, to cieszyłem się, że żadna z nich nie znalazła się w sytuacji kolegi staranowanego przez auto. One też jeździły 40 km/h, one też były na lokalnej drodze. Od mojego pechowego kolegi odróżniała je masa fantazji, brak umiejętności i zwiewne letnie ubrania. Miały szczęście, że nikt w tym czasie nie wyskoczył z parkingu, bo w ich przypadku było by krwawo i tragicznie.

Ktoś w ich szkole wpadł na szatański pomysł zorganizowania egzaminu na kartę motorowerową. Egzamin był eksternistyczny. Nikt nie przekazał uczniom elementarnych zasad korzystania z jednośladu. Rodzice jednej z dziewczyn pojechali do supermarketu, kupili skuter i wręczyli czternastolatce kluczyki, aby uczyła się do egzaminu. Ojciec z rozrzewnieniem patrzył ile radości sprawia dzieciom pomykanie po okolicznych drogach gminnych. Zaś matka skwitowała moje protesty oznajmiając, że ma zaufanie do swojej córki, która jest bardzo ostrożna. Wycofałem się z sytuacji z etykietką niegroźnego wariata, który zabronił własnej córce wsiadania na jakikolwiek skuter.

Pewnego słonecznego dnia jechałem do pracy i przy zamkniętej rampie zatrzymał się obok mnie mężczyzna na pięknym, dużym skuterze. Po otwarciu przejazdu ostro ruszył i był daleko przede mną. Spotkałem go ponownie na następnych światłach. Pochwaliłem jego mocny skuter. Zapytałem też, czy nie boi się tak pędzić w krótkim rękawie i w krótkich spodenkach, bez żadnych ochraniaczy. Odparł, że przecież jak jeździ skuterem to nie będzie myślał o tym, iż może się przewrócić. Nim popędził na złamanie karku rzucił: taka jest idea skutera!

Spróbuję tutaj pogodzić „ideę skutera” z elementarnym bezpieczeństwem. Koleżanki i koledzy na skuterach, proponuję rozważyć przynajmniej minimalny zestaw ochronny: poza skuterowym kaskiem, także rękawice, buty powyżej kostki, kurtkę i spodnie z mocnego materiału.  Idealnie byłoby zastąpić otwarty kask takim, gdzie szczęka jest osłonięta; ponadto pod kurtkę i spodnie założyć ochraniacze lub kupić ubrania na motor.

Niech idea skutera będzie gotowa odpierać ataki asfaltu!

Patriotyzm, polskość i political correctness.

Drodzy Czytelnicy,
Zapraszam do lektury gościnnego postu nadesłanego przez Iwonę z Australii. Po przeczytaniu mojego wpisu, pt. „Kochane brzydactwo„, a wcześniej „Pytanie patrioty” z bloga Telemacha, Iwona przelała na wirtualny papier swoje obserwacje o Polakach i polskości z perspektywy australijskiej. Zachęcam do przemyśleń i komentarzy.

____________________________________________________________________________________

Właśnie przeczytałam Twój wpis – bardzo ciekawe. Ciekawe jest też to, jak ja bym się czuła, gdybym wróciła. Mój kontakt z krajem jest bardzo powierzchowny, i gdy odwiedzam rodzinę w W-wie, jestem tylko w kilku specyficznych miejscach, więc oglądanie brzydoty nie jest czymś z czym się normalnie spotykam. A mam też w tej sprawie wysokie wymagania, bo widzę w Sydney dużo miejsc, które wyglądają strasznie i wcale nie są zadbane. To głównie stare budynki przy głównych ulicach, które głownie wykorzystuje się na sklepy i biura, i gdzie właściciele są tylko zainteresowani czynszem, i ewentualnie wnętrzem, ale gdzie estetyka zewnętrzna nie jest dla nich ważna.

W Polsce mam garść starych serdecznych przyjaciół (jestem poza krajem 23 lata więc pozostali już teraz tylko Ci najwytrwalsi..:=)). Interesuje mnie życie Polakow i losy Polski, i zawsze mam dla niej duże nadzieje, ale myślę o niej nie jak o moim kraju (bo mój kraj to Australia), tylko czymś co jest częścią mojej przeszłości, historii i poprzedniego życia (rozrożniam ojczyznę od kraju – jedno to dla mnie skąd pochodzisz, a drugie czego jesteś teraz częścią).
Kilkoro moich najlepszych, tutejszych przyjaciół, to Polacy, i tak jak się z nimi rozumiem i przyjaźnię, byłoby trudno zrobić to z kimkolwiek innym. Z drugiej strony, są środowiska Polaków, których skrzętnie unikamy i się z nimi nie identyfikujemy, bo grupowo nabierają wielu z tych przywar, które przytaczałeś w swoim cytacie. Więc obcowanie z Polakami, bo to Polacy, nie jest częścią mojego postępowania, ale wyszukiwanie fajnych ludzi, których podziwiam i szanuję lub, z którymi czuję się dobrze i podzielam podobne poglądy, niezależnie od ich narodowości, to jest moja recepta na moje „zbalansowane” życie :=)

A jeżeli chodzi o to, czy Polacy są tak samo źli, czy dobrzy, czy potworni, jak inni, to nie jestem pewna. Myślę, że jednak są zasadnicze różnice w krajach. Na pewno w każdym z nas, w każdym człowieku, tkwią warstwy egoizmu, uporu, machinacji, pychy, pogardy, zawiści etc etc. Tak jesteśmy zbudowani (stworzeni..?) my, ale co robimy jak tworzymy różne kraje? Mam taką teorię, że różnica między krajami jest w tym, na ile te rzeczy są ogólnie tolerowane, i do jakiego stopnia. Można to nazwać, na przykład, political correctness. Myślę, że w naszych czasach, kiedy moralność nie jest koniecznie spuścizną rodzinną, albo nie jest uczona w religii itp., coś takiego jak political correctness jest bardzo przydatne, bo pokazuje ludziom wzory do naśladowania. Taką mamy wszyscy naturę,  że nie chcemy się wychylać, jak myślimy, że większość myśli w określony sposób. I myślę, że to się bardzo przydaje dla najprostszych ludzi (może nie najprostszych, ale tych którzy się boją wszystkich i wszystkiego co nie jest im znane, i którzy są konserwatywni i wsteczni).

I jeszcze jedno. Mieszkałam 4 lata w Anglii, mieszkam w Australii 18 lat. I myślę, że w tych krajach jest dużo, dużo mniej nacjonalizmu. Polacy nazywają to patriotyzmem, ale to on pozwala na rezygnację i godzenie się z wieloma zachowaniami i mówienie mimo wszystko, że się tak bardzo kocha ten kraj. Tu, jakby ktoś powiedział, że kocha Australię popatrzyliby na niego, jak na wariata. Ludzie mogą powiedzieć, że to jest ich kraj, że tu chcą żyć, że Australia może tyle ofiarować…. i w tym najczęściej myślą o lifestyle – o pogodzie, przyrodzie, plażach, bliskich kontaktach ludzkich. Ale też są dumni z tego, że Australijczycy są “easy going” – a w tym się ukrywa to, że nie są agresywni, nie są wścibscy, że tolerują ludzi i ich indywidualizm. Lubią więc, czy są dumni, z konkretnych cech narodowych, ale nie urzeczywistniają się z teoretycznym i nacjonalistycznym pojęciem o Australii. W każdym razie absolutna większość….:=)

Wiem, że piszę to wszystko z dystansu i z boku. Wiem, że jest inaczej jak jesteś częścią kraju i tam żyjesz. Mam nadzieję więc, że te wywody Cię zainteresują, jako obserwacje kogoś z zewnątrz. I że nie napisałam nic, czym bym Cię uraziła lub zraniła…
Moc pozdrowień,
Iwona

Ogólna teoria wszystkiego.

Mądrość idąca w parze z wiedzą, przyrządzone pięknym językiem. Taki jest, w moim odczuciu, blog Telemacha zatytułowany „Ogólna teoria wszystkiego. Pytania do znanych odpowiedzi…” (http://pytania.wordpress.com/ )

Telemach pisał od lipca 2008 do marca 2010. Może jeszcze kiedyś napisze. Być też może, że Telemach już nigdy nie napisze, a jego teksty znikną, wraz z czyszczeniem serwera WordPress.

Zachęcam Was do przeczytania „Ogólnej teorii wszystkiego.”

Jeśli, podobnie jak ja, wolicie teksty zebrane w jeden dokument, to przygotowałem dla Was zbiór wszystkich wpisów Telemacha. Książeczka ma ponad dwieście stron, jest w formacie PDF i nadaje się do czytania na ekranie komputera.

Oto adres, z którego możecie pobrać plik (rozmiar 1,1 MB): http://blog.swojak.info/Telemach_ebook.pdf