Miesięczne archiwum: Maj 2010

Szkoda, że nie ma kraju, gdzie Anglicy mogą pojechać dorobić…

Spędzam parę dni w Anglii. Czyli jestem w kraju, gdzie setki tysięcy Polaków znalazły pracę. W drodze z lotniska zapytałem kierowcę czy to prawda, iż w Londynie już nie trzeba znać angielskiego, bo język polski w zupełności wystarcza. Ze śmiechem odparł, że podobno tak jest. Lecz w jego podlondyńskim Bracknell  język polski jeszcze nie dominuje.

Po chwili zastanowienia, Anglik powiedział „Szkoda, że nie ma kraju, gdzie my moglibyśmy pojechać zarobić.” Przy tutejszym standardzie życia i poziomie cen to blado widzę miejsce, gdzie wyspiarze mogliby mieć swoje saksy.

Co o tym myślisz? Czy jest kraj gdzie Anglik może zarobić i wrócić do domu z masą kasy?

Praca (?) społeczna po polsku.

Kiedyś poświęciłem sporo czasu na opisanie polskojęzycznych stron dotyczących Szwajcarii. Każdą z nich zweryfikowałem i podsumowałem. Robiłem to jako redaktor pustawego działu Otwartego Katalogu ODP. Postanowiłem skatalogować strony opisujące Helwecję, aby ułatwić rodakom zbieranie informacji o tym kraju. Z zadowoleniem ukończyłem robotę, gdy wkrótce przeważająca większość opracowanych przez mnie linków trafiła do kosza. Jak się dowiedziałem, inny społeczny redaktor, nadzorujący moją pracę, uznał, że zaśmiecam katalog tak obszernym katalogowaniem Szwajcarii. Na szczęście miałem kopię tego co zgromadziłem. Usuniętą zwartość opublikowałem na swojej stronie, gdzie linki do dzisiaj służą internautom.
Wtedy dyskusja z wolontariuszem na kierowniczym stanowisku przypominała rozmowę przysłowiowego chłopa z obrazem. Więc wyciągnąłem nauczkę i zająłem się swoimi prywatnymi stronami, zostawiając polskojęzyczne ODP ludziom o grubszej skórze i mniejszym przywiązaniu do swoich wytworów.

Minęło kilka lat. Podkusiło mnie, aby ponownie wejść w wolontarystyczną współpracę w polskojęzycznym internecie. Podjąłem się bezpłatnego przygotowaniu polskich napisów do wykładu na temat rynku mediów. Spędziłem trochę weekendowych i wieczornych godzin na dopieszczanie tekstu półgodzinnego wystąpienia znamienitego biznesmena z Doliny Krzemowej. Po przekazaniu materiału wydawcy, przydzielono mi korektora. Podobnie jak ja, pracował on społecznie. Zgodnie z formalnymi zaleceniami właściciela materiału, wysłałem koledze swój numer telefonu, skype i e-mail, deklarując dyspozycyjność podczas modyfikacji tekstu. Amerykański właściciel witryny skrupulatnie wypisał zalecenia w sprawie korekty, apelując o daleko idącą wstrzemięźliwość przy ingerowaniu w pracę tłumacza i systematyczną współpracę z autorem tłumaczenia. Przez kilka tygodni korektor milczał, aż pewnego dnia wydawca powiadomił mnie, iż moje tłumaczenie jest w drodze do publikacji. „Moje tłumaczenie” było moim już tylko formalnie. Większość zdań została zmieniona. Najwyraźniej pierwotny styl nie pasował redaktorowi-wolontariuszowi. Szyk zdań i słownictwo zostały skutecznie ustawione na modłę korektora. Na moje pytanie o zaskakującą skalę zmian i brak komunikacji ze mną, odparł, że robił to w ostatniej chwili, ale ze wszystkiego może się wytłumaczyć. Styl jego tekstu uważam za porządny, lecz nie jest to mój styl. Chcę byśmy wybrnęli z tej sytuacji, więc przerwy na lunch spędzam analizując linijka po linijce zmiany w tekście.  Mimo wszystko cieszę się, że internauci będą mieć możliwość zobaczeniu polskiej wersji filmu. Szkoda, że dokonuje się to po partyzancku. Mimo, że mieliśmy narzucone formalne ramy współpracy, był regulamin, było dość czasu i była możliwość partnerskiej współpracy ze mną.

Moje doświadczenia są zbyt skromne, aby wnioskować o tym, ile racji jest w słowach osób, które pouczały mnie, że w Polsce szacunek dla pracy i wysiłku innej osoby jest dużo niższy niż na Zachodzie, zaś praca społeczna nie jest tu uznawana za pracę. Trudno też powiedzieć ile prawdy było w pouczeniach tych co twierdzą, że dopiero zabójcza cena sprawia, że rodacy spoglądają z uznaniem na Twój produkt. Od zawsze angażowałem się społecznie. Wierzę, że to jeden ze skutecznych sposobów zmieniania świata. Chcę by inni mogli korzystać z mojego dorobku niezależnie od swojej sytuacji materialnej. Dalej będę tak czynił. Trochę rzeczy robię anonimowo (np. ten blog), pod innymi się podpisuję. Lecz jak trafnie wybrać formę pracy wolontarystycznej? Jak zbadać grunt wolontarystyczny, by unikać rozczarowań?

Jakie są Twoje doświadczenia angażowania się w zorganizowaną, formalną pracę społeczną w Polsce? Jak to wygląda? Jak sprawdzasz czy Twoja praca i zaangażowanie zostaną wykorzystane zgodnie z Twoją intencją?

Mokro-suche podróżowanie po Puerto Rico.

W sobotnie popołudnie siedziałem pod wodospadem zażywając kilkunastominutowego masażu wodnego. To był doskonały relaks, przed czekającą mnie nazajutrz wędrówką pod palącym słońcem. Bowiem po sobotniej wyprawie do wilgotnego lasu równikowego El Yunque, niedzielę miałem spędzić w suchym lesie rezerwatu Guánica na przeciwległym krańcu wyspy. Porto Rico jest małe, niespełna dwieście kilometrów dzieli wilgotny las w północo-wschodniej części, od suchego lasu na południowo-zachodnim brzegu.

Jedną z radości dwutygodniowej delegacji jest weekend wypadający pośrodku roboty. Wykorzystałem go do granic wytrzymałości. W piątkowy wieczór i sobotni poranek myszkowałem po sklepach idąc za sugestią znajomego Hiszpana, że na terytorium USA ceny amerykańskich ubrań bywają bardzo atrakcyjne. Faktycznie, z radością uzupełniłem braki w swojej szafie pamiętającej szwajcarskie przeceny sprzed dwóch lat. Potem, z bagażnikiem pełnym fantastycznych nabytków, pojechałem do lasu: wziąłem plecak z napojami, sandałami oraz ręcznikiem i ruszyłem na wycieczkę przez Vereda La Mina czyli po szlaku La Mina. Wokół gęsta, intensywnie zielona roślinność; obok szlaku potok przepływający przez kamieniste koryto rzeczne. Miły spacer został uwieńczony – wspomnianym we wstępie – widokiem ślicznego wodospadu. Pośpiesznie zruciłem z siebie wszystko z wyjątkiem kąpielówek, na stopy włożyłem sandały i po chwili na plecach czułem miły chłód wody spadającej z kilkunastu metrów. Wdrapałem się na skałę, znalazłem dość wygodne siedzenie i pozwoliłem wodospadowi na długi masaż. Wyszedłem spod strumienia odprężony i zadowolony z odkrycia tego cudownego miejsca.

Nazajutrz wstałem wcześnie rano, aby dojechać do Tibes koło Ponce, na południowym wybrzeżu. Byłem na miejscu tuż po otwarciu muzeum spotkań, ceremonii i rozrywki Indian. Jest to fascynujące miejsce odkryte trzy dekady temu. W Tibes Indianie odprawiali pogrzeby, spotykali się, aby pograć w piłkę lub odbyć debaty. Najstarsze ślady wskazują na pierwszy wiek naszej ery.

Z Tibes ruszyłem na zachód w poszukiwaniu suchego lasu Guánica. Byłem już bardzo blisko, gdy wjechałem w ślepą drogę. Czekała mnie jazda powrotna do północnego wjazdu do parku. Lecz minęło południe, a na mojej drodze pojawił się porządny hotel Copamarina Guánica położony między plażą, a rezerwatem. Wymarzona okazja na lunch. Zjadłem tam wyśmienicie. Rozpocząłem od sałatki, potem dostałem rybę (chyba graniec) z lokalnym specjałem „mofongo” (mofongo to mieszanina plantanów czyli bananów do gotowania, skrawków skóry wieprzowej i czosnku). Bardzo smaczne i syte. Na koniec stanął przede mną duży talerz z sałatką owocową. Hotel wyglądał na dość drogi, więc posiłek obciążył kartę kredytową na pięćdziesiąt dolarów. Co odpowiadało cenie posiłku w przyzwoitej portorykańskiej restauracji. (Dla porównania: za lunch w wegetariańskim barze koło biura płacę jedną trzecią tej ceny.)

Syty i uśmiechnięty objechałem las, a po niespełna pół godzinie byłem na parkingu pośrodku rezerwatu. Tutaj rozpoczął się trudny kawałek dnia. W upale przebrnąłem przez szlak. Na zakończenie wyprawy podjechałem na plażę i rzuciłem się w przyjemne fale.

Wieczorem w powolnym weekendowym ruchu toczyłem się po autostradzie do swojego apartamentu koło San Juan.

23h < 10h, czyli pies korporacyjny

Ponownie jestem na Puerto Rico. Chmura wulkaniczna opadła, huragany jeszcze nie nadeszły, więc po dwudziestotrzygodzinnej podróży przez Londyn i Nowy Jork dotarłem do apartamentu w malowniczej dzielnicy Isla Verde na przedmieściach San Juan.

Firma, która mnie tu wysłała ma wspaniałomyślną zasadę, że w przypadku podróży przekraczającej dziesięć godzin kupuje bilet w klasie biznesowej. Fajnie to wygląda na papierze. Lecz firma jest amerykańska, a sporo managerów włoskich, więc zasady są kreatywnie modyfikowane. Po pierwsze uznano, że w opisywanej zasadzie chodzi o pojedynczy odcinek podróży przekraczający dziesięć godzin. Czyli po rozbiciu lotu na dwie przesiadki można współczująco pokiwać głową i uznać, że to nie o taki bizens chodzi w klasie biznes. Na wypadek jakichkolwiej wątpliwości, jeden z dyrektorów przybił gwódź do trumny wysyłając email z zawiadomieniem, że w tak ciężkiej sytuacji gospodarczej zaleca się, aby wszystkie osoby związanie z portorykańskim projetem latały ekonomicznie. Empatycznie wyraził, w tym samym emailu, troskę o zmęczonych podróżą podwładnych pozwalając im stawić się w biurze cztery godziny później niż zwykle. Też myślę, że ważne, aby zaoszczędzić trochę kasy, bo w końcu firma zobowiązała się płacić prezesowi rocznie dwa miliony dolarów jako bonus, więc w trudnej sytucji gospodarczej mogłyby z tym być problemy, gdybyśmy lekkomyślnie rozciągali swoje gnaty w wygodnych, acz kosztownych fotelach lotniczych. Mój kwałek projektu, był opóźniony przez wulkan, więc zamiast brać pół dnia wolnego, przespałem się kilka godzin i z zapałem godnym lepszej sprawy byłem od rana w biurze.

W sumie kiedyś pracowałem w niewielkiej rodzinnej firmie włoskiego dusigrosza i wtedy było dla mnie oczywiste, że ceną za autonomię w zarządzaniu projektami jest lot do Australii z podkulonymi nogami. Potem zostaliśmy wchłonięci przez świat korporacyjny i jedną z niewielu pozytywnych zmian były wygodne podróże. Nadszedł czas, gdy udziałowcy pozamieniali się akcjami swoich spółek i jeden z nich, tuż przed kryzysem w USA, został stuprocentowym właścicielem firmy. W rezultacie mamy warunki socjalne coraz bliższe czasom włoskiego centusia, a obszar naszej samodzielności jest redukowany krok po kroku do poziomu przypominającego życie w koszarach. Widzę, że Ci zarządcy to mieszczuchy i nie widzieli co się dzieje z psem jak dostaje coraz mniej karmy, a łańcuch skraca mu się do uciążliwego minimum. Pies może odkryć w sobie determinację do zmiany, zerwać się z uwięzi i zapolować na kawałek mięsa w świecie oddalonym od takiej dziwnej zagrody.

Zamiast przeciągać sarkastyczne filozofowanie wracam cieszyć się portorykańską przygodą. Bowiem wciąż mam w kieszeni służbową kartę kredytową, na parkingu samochód z wypożyczalni, w lodówce piwo, a kilkanaście metrów od balkonu fale rozbijają się o piaszczystą plażę. Przypuszczam, że drakońskie zasady rozliczania podróży, których opis już dostałem, dosięgną mnie dopiero za parę miesięcy. Póki co cieszę się z pełnej miski i dość niekrępującego łańcuszka trzymającego mnie przy tej globalnej budzie.