Miesięczne archiwum: Marzec 2010

Słońce, słońce, woda całkiem szmaragdowa, muszla biała całkiem nowa…

Założyłem maskę z rurką oraz płetwy i opłynąłem rafę koralową. Od strony oceanu były większe ryby. Na wyspie Culebra byłem kilka godzin i niemal cały ten czas wisiałem pod powierzchnią wody, koło rafy, gapiąc się na ryby. Jak żartował mój angielski towarzysz, ocean jest największym akwarium świata. D. wiedział co mówi. Sam większość urlopów spędza nurkując. Niedzielne pływanie z rurką robiło na nim dużo mniejsze wrażenie, niż na mnie. Ja byłem oczarowany pięknymi kolorami ryb. Widziałem je na wolności po raz pierwszy; wcześniej tylko w akwariach. Teraz wypatrywałem coraz to innych odmian. Jak sobie upatrzyłem rybę to chwilę za nią płynąłem, a za moment inna zwracała moją uwagę. Ryby były spokojne i lekceważyły moją obecność.

D., który ratował system komputerowy ubiegłej nocy, drzemał teraz na piasku po nieprzespanej nocy – uznał, że rafa jest w kiepskim stanie, ryb niewiele, a chmury zasłoniły słońce. Gdy promienie przebiły się nad rafę, to D. ją opłynął, a po powrocie był już ożywiony i uśmiechnięty. Na głębszej wodzie wypatrzył półtorametrowego rekina – a dla niego główną frajdą nurkowania jest oglądanie rekinów. Podobno przeważająca większość rekinów jest bezpieczna i nie stanowi zagrożenia dla nurkującego człowieka. Zresztą w takim miejscu jak ta plaża człowiek nie jest postrzegany, ani jako napastnik, ani jako potencjalny pokarm dla ryb.

Ludzi tu mało, bo Plaża Carlos Rosario jest odcięta od ludzkich osad pagórkami i idzie się do niej długie minuty wąską ścieżką wśród zarośli. Jest tu spokojnie, luźno i zacisznie. Wyjątkiem jest czas, gdy koło rafy kotwiczą jachty, a ich niecierpliwi pasażerowie zabijają denerwującą ciszę głośną muzyką z pokładowego stereo. Dudniąca rozrywka bardziej rozpraszała mnie niż ryby, które wydawały się nic sobie nie robić z hałasu.

Taki łomot to pewno drobiazg w porównaniu z ćwiczeniami amerykańskich żołnierzy, którzy wykorzystywali plażę jako poligon. Na wszelki wypadek, na brzegu powieszono tablicę ostrzegającą, żeby w wodzie niczego nie dotykać, bo mogą tam być pozostałości po obrońcach pokoju. D. był niepocieszony, że taka rafa powstająca przez tysiące lat może być bezmyślnie i błyskawicznie niszczona przez mundurowych. Lecz nawet jeśli to co widziałem było tylko namiastką pięknej rafy, to i tak byłem zauroczony. Żal mi było wychodzić z wody i wracać na prom.

Czekała mnie barwna droga powrotna. Po dojściu do parkingu, przy popularnej plaży Flamenco, wpakowaliśmy się do jednego z rozklekotanych busików wożących turystów do przystani. Wewnątrz była już wesoła grupa portorykańczyków z elektryczną tubą i czarnoskórym animatorem. Wycieczkowicze ze szczekaczki puszczali muzykę, do której śpiewali i wymachiwali rękami. W połowie drogi kaowiec zapytał po angielsku, czy ktoś nie rozumie jego języka. Wraz z D. machnęliśmy mu rękami, a ten z radością powitał mnie na pokładzie wykrzykując, że w tyle pojazdu jedzie Bill Gates. D. spojrzał na mnie, i ze swoją angielską flegmą stwierdził, że faktycznie przypominam Gates’a.

Wesoła jazda po culabryjskich dziurach szybko się skończyła i przez kolejne półtorej godziny siedzieliśmy na promie do Fajardo. Tutaj ekspresywność portorykańczyków wydała mi się dziwna. Grupa rozweselonych facetów bawiła się w liczenie czasu potrzebnego pasażerom na… skorzystanie z toalety. Kibelek był z przodu kabiny, więc przypadła mu rola obiektu rozrywki. Wchodził tam turysta, a ekipa wrzeszczała: uno, dos, tres, cuatro, cinco, seis… Gdy delikwent wychodził, to z gardeł wylatywał w powietrze koszmarny ryk i śmiech. Zatkałem uszy słuchawkami i do końca podróży słuchałem audiobook’a.

Potem wsiadłem do wypożyczonego Suzuki SX4, spojrzałem na znajomą kontrolkę ostrzegającą o niskim ciśnieniu w oponie, i w leniwym weekendowym ruchu jechałem do San Juan. W tylnym kole faktycznie mam mniej powietrza niż w pozostałych, ale konsekwentnie to lekceważę. Pierwszego dnia, po otrzymaniu auta, wróciłem do wypożyczalni z informacją o problemie. Beztroski portorykańczyk wytłumaczył mi, że ten czujnik jest niemożliwe wrażliwy, dopompował powietrze i radził bym w przyszłości lekceważył żółtą lampkę. Tak też czynię. Nim ruszę sprawdzam tylko czy opona ma jeszcze kilka centymetrów między felgą, a asfaltem. Powietrze schodzi systematycznie, ale powoli. Do zwrotu auta w środę powinno wystarczyć.

Suzuki przydawało się przez cały weekend. W sobotni wieczór pojechałem oglądać fosforyzujący plankton na Laguna Grande. To znaczy pojechałem na parking, a dalej już płynąłem kajakiem, w ciemnościach, aż do laguny.  Atrakcją wyprawy było to, że po zamieszaniu ręką lub wiosłem, w wodzie widać smugę światła. Nocne kajakowanie bardzo mi się podobało. Płynęliśmy w zorganizowanej grupie z dwoma przewodnikami. Większość dwugodzinnego wiosłowania przeprawialiśmy się przez kanał łączący lagunę z oceanem. Uczestnicy to głównie weseli i rozgadani Amerykanie.

Z moich obserwacji, Puerto Rico wygląda na turystyczną kolonię USA. Jest tu dolar, a głową państwa jest Obama. Portorykańczycy nie mają praw wyborczych przy głosowaniu na amerykańskiego prezydenta, ale mają zaszczyt oddania życia za amerykańskie interesy w Iraku, w szeregach armii USA.

Postrzegam Puerto Rico jak hybrydę między tym co zostało po Hiszpanach, a tym czym nafaszerowali tubylców Amerykanie (także dosłownie w formie okropnego amerykańskiego jedzenia). Dobrym symbolem tej krzyżówki jest ruch drogowy. Odległości są opisywane w kilometrach, a ograniczenia prędkość w milach na godzinę.

Mimo sporej odległości, Puerto Rico przypomina mi Filipiny. Widzę tu podobny amerykański konsumpcjonizm zaszczepiony w biednym społeczeństwie, wyeksploatowanym przez twardorękich Hiszpanów. O ile w Tajlandii i Malezji widziałem jak niezależnie od dochodów ludzie żyją we względnej harmonii, o tyle na Filipinach i na Puerto Rico czułem napięcie między tymi co mają mało, a tymi co żyją dostatnio. Uważam, że amerykański sen o dużej kasie, przy lekkim życiu, jest nierealny, ale portorykańczycy wydają się bardziej wierzyć agencjom reklamowym niż zdrowemu rozsądkowi.

Od początku tej wyprawy pobrzmiewa mi w uszach piosenka Maanamu „Puerto Rico” przysłana tuż przed wyjazdem przez kolegę z biura. Z niej też pochodzi tytuł tego wpisu, a poniżej wklejam link do teledysku. Polecam posłuchać jak Kora widzi wyspę, bo faktycznie „w Puerto Rico rum Bacardi, Espaniole, i cygara, błyszczy złoto, brylantyna, diabła w oczach, ma dziewczyna”.

http://www.youtube.com/watch?v=_W74gRStwhg

Hiszpańskie żarcie, portorykańskie plaże.

Nieoczekiwanie jestem w dalekiej podróży. Mam dzięki niej dużo radości.

W weekend odwiedziłem przyjaciół w Madrycie. Spędziłem z nimi tylko kilkanaście godzin wyciskając ile się da z hiszpańskiej przesiadki w locie za Ocean. Był to wspaniały czas. C. i D. przygotowali specjały, które uznali za typowe dla swojej kuchni. D. w pocie czoła smażył omlet z kawałkami ziemniaków, co chwilę powtarzając, że jego teściowa robi je wprost doskonale. Do tego dostałem jakieś mięso i coś mącznego przypominające kulki z klusek. Na stole pojawiły się też plastry suszonego mięsa.

Deser był przygotowany przez ojca C. – słodka masa, która kiedyś była ryżem, mlekiem, cukrem i pewno czymś jeszcze. Kosztowałem wszystkiego z apetytem i szczerze chwaliłem.

Po kolacji miałem ekspresowe zwiedzanie miasta z wnętrza samochodu. Zaś w sobotę, tuż przed moim wyjazdem poszliśmy do baru moczyć w kawie słodkie paluchy przypominające pączki oraz polewać grzanki olejem z oliwek i posypywać cukrem.

Poprzestanę na kulinarnych podsumowaniach. Oczywiście jedzenie było pretekstem do pogadania. C. jest psychoterapeutą, a D. informatykiem – wałkowaliśmy tematy młodzieży, edukacji, gospodarki, no i kryzysu, który w Hiszpanii wygląda dość groźnie, a D. obawia się, że może się jeszcze pogłębić.

Na pożegnanie kombinowaliśmy jak zorganizować wspólny wyjazd wakacyjny i już za parę kwadransów odprawiałem się do lotu na Puerto Rico.

Niedzielę spędziłem w całkowicie innym klimacie. Zignorowałem trzydziestopniowy upał i przemierzyłem kilkanaście kilometrów plaży w okolicy San Juan. Od piaszczystych kąpielisk przechodziłem do skalistych zatoczek, krzaczastych zagajników i drewnianych promenad nad plażą.

Globalny Polak w Afganistanie.

W poniedziałek kuzyn K. wsiadł do samolotu i odleciał na swoją roczną misję do Afganistanu.

W zasadzie to względnie dobra wiadomość, bo jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że pojedzie do Iraku. Koniec końców, dostał robotę w odrobinę spokojniejszym zakątku regionu miotanego walkami. Afganistan był jednym z krajów, do którego Amerykanie szukali specjalistów od rozwoju lokalnej przedsiębiorczości. K. robi to od kilkunastu lat. Większość czasu spędził pracując za granicą, trochę na Bałkanach, trochę w Azji. Amerykański rząd finansuje programy pomocowe i obok Amerykanów rekrutuje do pracy międzynarodowych specjalistów. K. jest tam, gdzie są pieniądze przyznane przez Kongres USA.


© AP Images

Polska stoi otworem na świat. Żyjemy w globalnym społeczeństwie na globalnym rynku. Każdy z nas może łapać okazje, gdzie tylko zapragnie. Latamy do pracy, dla rozwijania swoich pasji, na urlopy, na spotkania z przyjaciółmi, czy po prostu na zakupy. Lubię to poczucie bliskości świata. Tylko po co pakować się tam, gdzie pomocowe pieniądze mają wybielić krwawe plamy amerykańskiego militaryzmu? Przypuszczam, że K. rozumie po co tam poleciał. Ja nie rozumiem.

Współpraca.

W życiu warto budować zaufanie; myśleć samodzielnie; chronić swoją wrodzoną kreatywność i robić z niej codzienny użytek; wysoko cenić edukację – szczególnie lekcje jakich udziela nam życie, jakimi dzieli się z nami przyroda,  w szkołach uważać, aby nie zabito nam i naszym dzieciom indywidualnych talentów; współczuć cierpiącym i być przy nich.

Powyższe zdanie jest podsumowaniem moich notatek z udziału w niesamowitej konferencji TEDxWarsaw, w jakiej uczestniczyłem kilka dni temu. W ciągu dziesięciu godzin, gdy prezentacje były przerywane na kawę i rozmowy, dobrze mi się sluchało takiej masy wystąpień, z których wiele emanowało ciepłem i dobrą energią. Tobie, Drogi Czytelniku, pozostaje samotne wsłuchanie się w głosy mówców zarejestrowane przez kamerzystę:  http://www.streamonline.pl/transmisja-tedx-warsaw-wyklady-zapis/
Było tam o tym jak konie uczą nas, że przywództwo to służba innym (Agata Wiatrowska); było o nauce zaufania i konkurowania z samym sobą płynącej z pracy akrobaty cyrkowego (Ivan Hernandez); było o tym jak granie na instrumencie muzycznym uwalnia umysł (Richard Berkeley); jak rozwijanie indywidualnych talentów jest kluczem do życiowego szczęścia (Sandra Bichl) i było jeszcze wiele innych inspirujących wystąpień.

Łap chwilę, bo może być ostatnia.

Tytuł miał brzmieć dobitniej: „memento mori” („pamiętaj o śmierci”). Lecz ku ośmieleniu do czytelnictwa trochę złagodziłem nagłówek.

Temat jest odpryskiem naszych dyskusji w wątku o starości. Starość starością, a wyzwaniem, które utrudnia nam myślenie o jesieni życia jest punkt przeznaczenia.

Zacznijmy od autobiograficznej historyjki. Wracałem ze spaceru z psem. Była piękna słoneczna niedziela. Przed jednym z domów stał biały samochód osobowy. Jakiś zwykły, zupełnie niepozorny, trudno powiedzieć dlaczego zwróciłem na niego uwagę. Jak byłem bliżej to na drzwiach auta rzucił się w oczy spory napis „memento mori”. Chwilę się nad tym zastanowiłem. Taki piękny dzień, a ja dostaję wiadomość, że mam pamiętać o śmierci. To pewno tylko samochód pracownika zakładu pogrzebowego. Poszedłem dalej. Temat śmierci wrócił. Zmarł pan mieszkający w naszej wiosce, osierocił dzieci, które zna moja córka. Po dwóch dniach w drodze do pracy złapał mnie sms od drugiej córki z informacją, że jej szkolny kolega nie żyje. Kochani, sporo tych sygnałów w tak krótkim czasie. Usiadłem, aby odpowiedzieć co to dla mnie znaczy?

Dla mnie to jak zawołanie, aby brał się do roboty w tym co mam do zrealizowania. Abym nie marnował czasu, bo życie nie będzie wiecznie trwać. Czyli „rusz się i wykorzystaj każdy dzień na to co jest Twoim powołaniem”!
Choć, z drugiej strony, Michael Hyatt na swoim blogu przekonuje, że opuścimy Ziemię dopiero, gdy zrealizujemy to z czym nas tu wysłano.
Oto co Hyatt pisze (zaczerpnięte z książki The Noticer Andy Andrews’a):
1. God has a purpose for every single person. (Bóg ma przeznaczenie dla każdej osoby.)
2. You won’t die until that purpose is fulfilled. (Nie umrzesz dopóki nie wypełnisz tego przeznaczenia.)
3. If you are still alive, then you haven’t completed what you were put on earth to do. (Skoro wciąż żyjesz to znaczy, że nie wypełniłeś tego z czym wysłano Cię na Ziemię.)
4. If you haven’t completed what you were put on earth to do, then your very purpose hasn’t been fulfilled. (Skoro nie wypełniłeś tego z czym wysłano Cię na Ziemię, to Twoje przeznaczenie nie zostało zrealizowane.)
5. If your purpose hasn’t been fulfilled, then the most important part of your life is still ahead. (Skoro Twoje przeznaczenie nie zostało zrealizowane, to najważniejszy kawałek życia jest wciąż przed Tobą.)
6. You have yet to make your most important contribution. (Twój najważniejszy wkład jest wciąż do wniesienia.)

Spinając obydwa tory myślenia, powiem, że trzeba brać się do roboty bo coś tu jeszcze jest do zrobienia, a czas na to jest ograniczony.

Jakie jest Twoje znaczenie „memento mori”? Jak patrzysz na sprawę swojej śmiertelności?