Miesięczne archiwum: Sierpień 2009

Drogowskazy.

Mówienie to nasza ludzka specjalność. Od wieków gadamy do Boga z prośbami o urodzajne plony, o wygraną wojnę, o zgubę niewiernych i o wszelkie inne dobre i okropne życzenia kołaczące się po naszych głowach. Wydaje się, że to dość sprawdzony sposób dotarcia do boskiego ucha.
Co jednak ze słuchaniem pozaziemskich porad? Znasz kogoś, do kogo przemawia Bóg i dzieli się z nim swoimi uwagami? Jak on to robi?
Jeden z moich znajomych opowiadał, że odnajduje odpowiedzi w Piśmie Świętym. Gdy trapi go jakaś myśl to spontanicznie otwiera Pismo i to co tam wyczyta jest dla niego komunikatem w jego konkretnej sprawie.
Innym sposobem, jaki sam polecam osobom, które pytają o sens swojego życia („po co ja się w ogóle urodziłam?”) jest dobra analiza swoich unikalnych talentów, z którymi przyszliśmy na Ziemię. Talenty to jak wiadomość od Stwórcy, który przemawia przez te uzdolnienia dyskretnie wskazując co jest naszym zadaniem.
Jak jeszcze inaczej na naszej drodze życia możemy dostawać wiadomości? Gdzie stoją znaki drogowe przy traktach, którymi podróżujemy startując przy urodzeniu, a zatrzymując się w grobie? Moim zdaniem drogowskazy, znaki ostrzegawcze oraz tablice informacyjne stoją w bardzo wielu miejscach naszej trasy. Czasem wystarczy trochę zwolnić, wytężyć wzrok i z rozbieganych obrazów wielobarwnego otoczenia wydobyć znaki drogowe dotyczące naszej podróży.
Im bardziej jestem wyczulony na adresowane do mnie znaki, tym mniej widzę w swoim życiu przypadków.
Kiedyś, w pędzie codzienności szybko kwitowałem dziwne wydarzenia jako zbieg okoliczności, czasem jako szczęście lub pech. Myślę, że przypadki może się zdarzają, ale chyba dużo rzadziej niż myślałem.
Czytaj dalej

Prostota, cierpliwość, współczucie.

Simplicity, patience, compassion.
These three are your greatest treasures.
Simple in actions and thoughts, you return to the source of being.
Patient with both friends and enemies,
you accord with the way things are.
Compassionate toward yourself,
you reconcile all beings in the world.

Prostota, cierpliwość, współczucie.
Ta trójka to są Twoje najznakomitsze skarby.
Prosty w działaniach i myślach wracasz do źródła istnienia.
Cierpliwy zarówno wobec przyjaciół jak wrogów,
współgrasz z tym jak sprawy się mają.
Miłosierny dla siebie,
godzisz wszystkie istoty na świecie.

— Laozi (Tao Te Ching)

To jest następny tekst, gdzie wysługuję się cytatem załatwiając sprawę wpisu w moim blogu. Liczę na Twoje zrozumienie, Drogi Czytelniku.
Dzielę się na łamach blogu tym co zrobiło na mnie wrażenie, coś co chcę zanotować dla siebie i dla tych, którzy śledzą mój sieciowy dziennik. Tak się złożyło, że ostatnio wrażenie zrobiły na mnie cudze teksty. Zatem notuję je tutaj.

The Merton Prayer.

MY LORD GOD, I have no idea where I am going. I do not see the road ahead of me. I cannot know for certain where it will end. Nor do I really know myself, and the fact that I think I am following your will does not mean that I am actually doing so. But I believe that the desire to please you does in fact please you. And I hope I have that desire in all that I am doing. I hope that I will never do anything apart from that desire. And I know that if I do this you will lead me by the right road, though I may know nothing about it. Therefore I will trust you always though I may seem to be lost and in the shadow of death. I will not fear, for you are ever with me, and you will never leave me to face my perils alone.

PANIE, MÓJ BOŻE, nie mam pojęcia, dokąd idę. Nie widzę drogi przed sobą. Nie mogę wiedzieć na pewno, gdzie ona się skończy. Nie znam też naprawdę siebie samego, a to, że sądzę, iż spełniam Twoją wolę, nie znaczy wcale, że naprawdę to robię. Jednakże wierzę, że pragnienie zadowolenia Ciebie, już Cię w istocie zadowala. Mam również nadzieję, że to pragnienie jest we wszystkim co robię. Mam nadzieję, że nigdy nie zrobię niczego wbrew temu pragnieniu. Lecz wiem, że jeśli będę tak postępował, Ty będziesz prowadził mnie po właściwej drodze, choć mogę o niej nic nie wiedzieć. Zatem będę Ci zawsze ufał choć mogę się wydawać zagubiony w cieniu śmierci. Nie będę się bał, bo Ty będziesz zawsze ze mną, i nigdy nie zostawisz mnie, abym zmierzał się z niebezpieczeństwami samotnie.

Thomas Merton (1915-1968), „Thoughts in Solitude”

Hangzhou.

Słyszeliśmy od kilku osób, że warto wyjechać poza Szanghaj, aby zobaczyć inne oblicze Chin.
Szanghaj jest podobno specyficzny i daleki od reprezentatywności całego państwa.
Pierwotnie myślałem o podzieleniu tygodnia na dwa miasta: trzy dni w Pekinie i trzy dni w Szanghaju. Jednak podróż do Pekinu to ok. dziesięciu godzin w jedną stronę. Porzuciłem tą opcję. Mój wybór potwierdził spotkany w hostelowej łazience Amerykanin, który wrócił z Pekinu. Bardzo chwalił Szanghaj z powodu względnej czystości powietrza i serdecznej atmosfery na ulicach. Jego zdaniem zwiedzenie stolicy to umiarkowanie przyjemny obowiązek.
Pojechaliśmy wobec tego do Hangzhou położonego dwie godziny na południe od Szanghaju.

Zdaniem autora przewodnika zakupionego w Empiku, Chińczycy są ze swej natury powściągliwi w kontaktach z obcymi. Trudno to powiedzieć o Szanghaju. Byliśmy otoczeni serdecznościami i uśmiechami. Może to jest ta nienormalność największego miasta.
W Hangzhou dotknęliśmy innej społeczności. Podobnie jak w Szanghaju byliśmy bacznie obserwowani. Lecz tym razem uśmiech skierowany do gapia zwykle trafiał w twarz bez wyrazu. Czułem, że jestem nie tylko inny, ale także obcy. Czytaj dalej

Chiński pociąg.

Przed wejściem do budynku sprawdzanie biletów, potem prześwietlanie bagażu i już napis na wyświetlaczu kieruje nas do poczekalni numer 2, skąd zostaniemy skierowani do pociągu. Kwadrans przed odjazdem następuje „boarding”, czyli wszyscy pasażerowie idą z poczekalni wprost do wagonów. Czyli z grubsza tak jak w samolocie.
Zresztą podobieństw jest więcej: bilety mamy w klasie ekonomicznej (drugiej), w odróżnieniu od droższej klasy biznes (czyli pierwszej).  Takimi rozwiązaniami, znanymi z lotnisk, rozpoczynamy podróż chińskim pociągiem D, czyli odpowiednikiem naszego Inter City.
Wagon jest czysty i przypomina szybką szwajcarską kolej Cisalpino łączącą Zurych z Mediolanem oraz niemieckie wagony ICE. Z tą różnicą, że w chińskiej wersji jest dużo więcej miejsca na nogi.  Informacje dla podróżnych są podawane na dwujęzycznym wyświetlaczu i powtarzane przez głośniki, podobnie jak w Niemczech, zamiast szwajcarskiego czterojęzycznego kierownika pociągu korzystającego tylko z głośników.
Podróżujemy stosunkowo wolno. W okolicy Szanghaju jedziemy sporo poniżej 100 km/h (pewno tory nie przeszły jeszcze odnowy technologicznej).  Potem rozpędzamy się do 170 km/h.
Polskich czytelników nie znających szwajcarskiej ani niemieckiej kolei proszę o wybaczenie, że brak tu odniesienia do polskiego Inter City. Takie porównanie jest ponad moje siły. Polska kolej przewyższa chińską chyba wyłącznie ceną.  Tutaj płacę ok. 14 groszy za przejazd jednego kilometra szybkim pociągiem (miejscówka w cenie), w Polsce, o ile dobrze pamiętam, jest chyba dwa razy drożej. Dla ścisłości powiem, że szwajcarska kolej jest kilkakrotnie droższa od polskiej (lecz bardzo powszechne są tam bilety o obniżonej cenie). Zatem zostawmy na boku sprawy cen.
Czytaj dalej

Spacerkiem po Szanghaju.

Prawie tydzień w Szanghaju dał nam próbkę tego co w Chinach ciekawe.
Było coś dla ciała, było trochę ciekawostek, zobaczyliśmy co nieco z życia duchowego oraz nawiązaliśmy odrobinę kontaktów społecznych.
Schodziliśmy Szanghaj we wszelkich kierunkach. Wielogodzinne spacery w ponad trzydziesto stopniowym upale były męczące. Lecz w ten sposób nasze stopy dotknęły przeróżnych zakątków miasta. Byliśmy zarówno w biednych, wąskich uliczkach pełnych mocno zapuszczonych knajpek i sklepów. Odwiedziliśmy też kilka domów towarowych i miejsc, gdzie ceny były skrojone na miarę bardzo bogatych klientów (co było też widać po rodzaju kupujących). Mimo przyjęcia do wiadomości przewodnikowych ostrzeżeń przed przestępcami, zauważyłem, iż Chińczycy pokojowo współegzystują. Obok bardzo ubogich domów widzieliśmy rezydencję z Porszem zaparkowanym przy krawężniku. Na drogach odnosi się wrażenie bałaganu, ale ludzie spokojnie reagują na otoczenie. Widziałem, jak hałaśliwe jednoślady lekko się uderzyły – przez nieuwagę lub ciasnotę na ulicy – obydwaj kierowcy ruszyli dalej bez cienia pretensji. Wszechobecne używanie klaksonu i ignorowanie pieszych na pasach robiło na mnie wrażenie zachowań agresywnych, ale w bezpośrednich kontaktach nie widziałem nerwowości. Nawet w zatłoczonym do granic mrowiska metrze ludzie byli spokojni. Wprawdzie zajęło mi parę dni zrozumienie tutejszego systemu wsiadania do wagonu, aby przestać mieszać na stacjach. Otóż – zgodnie z instrukcjami administracji metra – wysiadający wychodzą środkiem drzwi, a wsiadający wchodzą do wagonu z dwóch stron z brzegu drzwi. Działa to sprawnie, no może z wyjątkiem sytuacji, gdy niedoinformowani turyści – jak ja – zaburzają ten porządek. Czytaj dalej

Wycieczka dla dziecka.

Już prawie południe. Siedzę w ogródku schroniska młodzieżowego, popijam herbatę. Za moimi plecami co kilka minut słyszę huk przejeżdżającego metra, a z pobliskiego skrzyżowania dolatuje jazgot klaksonów. Trąbi chyba większość kierowców, głównie ci na jednośladach.
Tak brzmi Szanghaj w wakacyjną niedzielę. Ktoś mówił, że na chińskich ulicach hałasują masy rowerzystów. To raczej nie dotyczy Szanghaju. Tutaj wszędzie widać niezliczony ogrom skuterów. Jest faktycznie trochę rowerów, ale skutery niepodzielnie dominują na drogach. Pewno zapytacie co mnie skłoniło do oglądania szanghajskich ulic?
Przyjechałem tu na tygodniowy urlop ze starszą córką.
Od jakiegoś czasu dzieci domagały się wyjazdu na inny kontynent. Ja najchętniej spędzam wakacje, gdzieś na polskim odludziu, ale rozumiem, że moje latorośle potrzebują doświadczyć odmienności.
Czytaj dalej