Miesięczne archiwum: Maj 2009

Leczenie dziecka pod przymusem.

Zaintrygowała mnie wiadomość z amerykańskich mediów: trzynastoletni Daniel Hauser powrócił z Meksyku do USA po tym jak amerykański sąd wydał nakaz leczenia jego nowotworu chemioterapią.
Matka, która wraz z synem uciekła z USA miała trafić do więzienia za unikanie zaplanowanej chemioterapii. Kobieta powołując się na przekonania religijne planowała zdanie się na naturalne metody uzdrawiania. Nie wiem czy chemioterapia jest tak dobrą metodą leczenia, że daje podstawę, aby odebrać rodzicom dziecko i zmusić do leczenia. Wiem, że opinie na temat chemioterapii są zróżnicowane (dla znających angielski tu jest trochę ciekawostek: http://www.ghchealth.com/chemotherapy-quotes.html).
W przypadku Hausera ponoć onkolodzy twierdzili, iż chemia da 95% szans na przeżycie, a zaniechanie tej terapii tylko 5%.
Pomijając procenty i wiarę lekarzy w ich sposób na nowotwór, zastanowił mnie rozmiar władzy państwowej nad dziećmi.
Jeśli dziecko zachorowało, a lekarze uznali, że wiedzą jak je wyleczyć to opór rodziców kończy się groźbą więzienia i zmuszeniem dziecka do terapii.
Wzbudza to we mnie protest. Uważam, że przypisywanie sobie przez państwo władzy nad nieletnimi obywatelami, którzy mają naturalnych rodziców jest złe. Zaś dawanie lekarzom narzędzi do przymusowego leczenia kłóci się z moim pojęciem roli lekarza, który ma wspomagać pacjenta w dochodzeniu do zdrowia.
Dotykamy tu także filozoficznego punktu tajemnicy życia i śmierci. Kto i kiedy ma decydować czy osoba, która zachorowała może w spokoju umrzeć, czy też ma przejść masę nieprzyjemnych zabiegów, które mogą odwlec moment śmierci? Bowiem wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nawet najznakomitszy lekarz nie anuluje śmierci, bo śmierć jest wpisana w nasze życie od momentu urodzenia. Chodzi tylko o to, że okiem znawcy tematu uznaje on, że ten pacjent ma dostać więcej czasu na błąkanie się po Ziemi, jego czas jeszcze nie nadszedł. Jak rozumiem stawiamy na statystykę i jeśli zachoruje osoba w wieku 85 lat to uznamy, że ma już prawo umrzeć, bo przekroczyła przeciętną długość życia. Lecz jak zachoruje trzynastolatek to nie ma prawa umrzeć bo brakuje mu kilkudziesięciu lat do ustawowego wieku dającego prawo do podróży w zaświaty?
Może wcale nie chodzi o statystykę tylko o to co jest lepsze dla pacjenta? Beznamiętny lekarz i sędzia (w imieniu wielomilionowego społeczeństwa) wiedzą co jest dobrym wyborem dla chorego nastolatka. Zaś rodzice, którzy kochają swoje dziecko mają się nie wtrącać i nie komplikować procedur jakimiś wątpliwościami religijnymi czy moralnymi. Przecież miliony zjadaczy hamburgerów i widzów CNN, które upoważniły państwo do decydowania o tym co dobre dla ich dziećmi na pewno mają rację. Zaś jak za sto lat chemioterapia zostanie uznana za nieskuteczną i szkodliwą metodę pozbywania się nowotworów, bo ktoś odkryje, że w pradawnej obrzędowości Indian był element, który jest kluczem do zdrowia to wtedy amerykańskie trzynastolatki będą pod bronią doprowadzane do szamanów i odbierane matkom, które planowały dla nich chemioterapię?
Z tego co wiem to zdrowie i siły życiowe człowieka są wciąż wielką tajemnicą dla świata nauki. Im więcej odkrywamy z tym większą pokorą patrzymy na odwieczne siły natury.
Lecz zamiast pokornego pochylenia się nad tajemnicą życia, czasem krzyczymy „Ratuj go za wszelką cenę! On musi żyć!” A może czasem ważniejsza jest godna śmierć zamiast okrutnego leczenia? Może lekarz nie jest panem życia i śmierci, bo życie i śmierć mają swoje prawa potężniejsze od kilkudziesięciu lat badań naukowych? Może państwo nie jest właścicielem naszych dzieci? Może rodzice też nie są właścicielami dzieci? Może powołaliśmy dzieci do życia, aby szły swoją drogą wspierane naszą miłością tak długo jak będą tego potrzebować? Komu zaufacie w sprawie obdarzania dziecka miłością: państwu czy matce?
Mam nadzieję, że Daniel Hauser, który był przyczynkiem do tego tekstu dobrze zniesie chemioterapię, a jego życie będzie dobre i sensowne.

Wzniecanie ognia.

Czy wzniecaliście kiedykolwiek ogień społeczny? Zapalaliście innych do działania? Budowaliście grupę, która miała osiągnąć jakiś cel? Tworzyliście nowy biznes? Kierowaliście inicjatywą, która miała trwać nawet bez Waszej ciągłej troski i uwagi?

Właśnie dostrzegłem jak wiele ma to wspólnego z… paleniem w kominku. Zrozumiałem co oznacza zwrot „rozpalać w innych ogień”. Siedząc w domu na zachodnim stoku góry mam sporo cienia, więc uprzyjemniam sobie czas paląc w kominku. Rozniecając ogień widzę, że bardzo podobne zasady stosuję w działaniach społecznych i biznesowych, które podejmowałem i podejmuję.

Zapraszam Was do zabawy z wyobraźnią. Nim zaczniecie czytać poniższy tekst pomyślcie, że drewno i łatwopalne papiery to ludzie, z którymi pracujecie. Zaś ogień to Wasza idea, Wasze przedsięwzięcie, Wasza organizacja, zaś powietrze to otoczenie, które jest wokół.

Teraz zapraszam do lektury opisu wzniecania i doglądania ognia w kominku.

Chcemy, aby ogień ogrzewał nas długo, dawał przyjemne ciepło i nie wymagał nadmiernej uwagi. Najlepiej do tego celu nadają się grube kawałki drewna przygotowane przynajmniej kilka miesięcy wcześniej. Duże kawałki drewna są dla nas podstawą, ale ich znalezienie wymaga trochę zachodu. Zadbajmy z wyprzedzeniem o wystarczającej jakości drewno. Im lepsze drewno tym lepsze będzie ognisko.
Nim duże kawały drewna zaczną oddawać żar i ciepło, będziemy potrzebować rozpałki. Do tego przyda się trochę papierów i szczapy drewna. Bowiem grube drewno nagrzewa się powoli i dlatego najlepiej aby pracowały przy nim mniejsze kawałki, które szybciej zajmą się od podpałki, a potem będą pracować nad przebudzeniem wielkich klocków.

Palenie samych papierów jest krótkowzroczne. Papierowy płomień chętnie rozpala inne papierowe płomienie. W rezultacie możemy mieć wielki, chaotyczny ogień pełen rozbrykanych bez ładu płomieni, które zgasną równie szybko jak się rozpaliły. Z tymi papierami musimy być ostrożni, bo wprawdzie łatwo się zapalają, ale podmuch wiatru może je rzucić w inne miejsce. Więc pilnujmy, aby rozpalały ognisko w tym miejscu gdzie chcemy i aby nie było ich za dużo, bo mogą wtedy doprowadzić do większego ognia niż chcemy, a wtedy stracimy panowanie nad ogniem.

Generalnie ognisko wymaga więcej uwagi na początku niż w późniejszych fazach. Wynika to zarówno z potrzeby pilnowania rozbrykanych papierów, jak i z niepewności czy wielkie kawałki drewna mają dobre warunki, aby zapłonąć. Często doglądajmy ognia, aż będziemy pewni, że duże kawały drewna palą się pewnym i spokojnym ogniem. W późniejszej fazie jest łatwiej, bo duży kawałek drewna szybciej rozpali się od płonącego dużego kawałka niż od małego kawałka. Wtedy praktycznie nie potrzebujemy małych kawałków, ani papierów. Co więcej, zauważyłem, że duże kawałki lepiej się palą jak są w grupie niż pojedynczo.

Na początku ogień może przygasać. Być może brakuje mu powietrza. Warto sprawdzić czy wszystko jest w porządku z otoczeniem, czy wentylacja dobrze działa, a komin jest otwarty. Być może układając drewno położyliśmy je zbyt ciasno i ogień się dusi. Warto zostawić trochę przestrzeni między kawałkami ułożonymi na palenisku. Łatwiej zrobić to przed rozpaleniem ognia, lecz i później możemy poprzestawiać kawałki, tylko wtedy jest to trudniejsze bo się możemy poparzyć i pobrudzić.

Może się okazać, ze ogień przygasł na zewnątrz, lecz w drewnie jest rozpalony żar, który chętnie odda swoją energię jak dostarczymy mu powietrza. Podmuchajmy. W trakcie dmuchania możemy nie widzieć ognia, nie zniechęcajmy się. Raz na jakiś czas róbmy przerwy w dmuchaniu, aby zobaczyć czy ognień jest gotów ponownie wystrzelić.

Osobiście bardzo lubię widzieć jak w końcowym etapie po wielkich kawałkach drewna pozostaje rozpalony, majestatyczny żar, który jeszcze długo po ustaniu płomieni daje ciepło. Żar jest depozytariuszem ognia; jeśli na żar położymy kawałek drewna to szybko się zapali. Żar i jego moc są dla mnie ważniejsze od wielkości płomieni. Wielki płomień może pochodzić od papierów, które szybko się wypalą i nie pozostanie po nich ślad. A my liczmy na to, że ogrzejemy się od żaru, a nie od płomieni.

Na koniec kilka luźnych obserwacji:

  • Gdy już ogień dogasa to warto zgarnąć pojedyncze rozgrzane kawałki w grupę – to podtrzyma żar na dłużej.
  • Gdy na palenisko położymy drewno strzelające iskrami to bezpieczniej będzie się od niego oddzielić ognioodporną szybą i przeczekać.
  • Jeśli z jakiś powodów potrzebujemy zabłysnąć płomieniami to zawsze można do ognia dorzucić trochę gałęzi i papierów, które szybko wystrzelą ognikami.

Rozwój duchowy jak budowa domu.

Dzisiaj rano wstąpiłem do osiemnastowiecznego kościółka w górskiej wiosce, w której spędzam mój szwajcarski weekend. W pierwszej chwili pomyślałem, że trwa remont ołtarza. Boczna ściana była odgrodzona barierkami jakie zwykle stoją na budowie. W półmroku zobaczyłem porozrzucane deski, trochę cegieł i narzędzia budowlane.  Obok stał znak drogowy ostrzegający o robotach drogowych. Znak tam nie pasował, więc zrozumiałem, że to dekoracja. Faktycznie był to wystrój kościoła z okazji Pierwszej Komunii tutejszych dzieci. Za barierkami zbudowano makietę domku, którego budowa jest na ukończeniu. W oknach były fotografie pierwszokomunijnych dzieci.

Porównanie rozwoju duchowego z budową domu zrobiło na mnie miłe wrażenie. W obrzędowości katolickiej Pierwsza Komunia symbolizuje zakończenie procesu przygotowania do wejścia do wspólnoty religijnej, a dowodem potwierdzającym ukończenie tych prac w jest dopuszczenie dziecka do pełnoprawnego uczestnictwa w życiu Kościoła.

Zostawmy na boku kwestię tego na ile współczesne parafie katolickie mają jeszcze znamiona wspólnot duchowych, i na ile drugoklasiści mają pojęcie do czego przystępują.

Mnie zainteresował sam pomysł porównania budowania duchowości do wznoszenia budowli. Rozwijając się wewnętrznie, wzrastając w naszym poczuciu sensu bycia na Ziemi budujemy swoje wnętrze, cegła po cegle. Ewentualne zaniedbanie procesu budowy wymaga odgruzowania rumowiska, a potem trzeba na nowo przystąpić do wznoszenia budowli swojej duszy. Układanie cegieł naszego wnętrza jest inwestycją, która nigdy się nie zakończy. Podobnie jak w przypadku tego szwajcarskiego domku zatkniemy na dachu wiechę, aby oznajmić, że doszliśmy do  domknięcia jakiegoś etapu budowy. Lecz budowa trwa i z założenia ma iść dalej. Potem budujemy dla innych, aby im się lepiej mieszkało na naszej planecie. Budujemy ten lepszy świat dla tych co są wśród nas jak i dla tych co przyjdą po nich. Skoro ludzie mają ciągle przychodzić na świat to trzeba będzie dobro budować w nieskończoność. Jak każdego dnia dorzucimy jakąś cegiełkę dobra i serdeczności to budowla będzie coraz sympatyczniejsza.