Miesięczne archiwum: Kwiecień 2009

Świat się kończy, Świat się zaczyna.

Czytając wypowiedzi ekonomistów i oglądając materiały na bloomberg.com mam mocne przeświadczenie, że kończy się jakiś etap naszej cywilizacji. Z grubsza zdaję sobie sprawę z tego co się kończy, lecz chyba nikt nie ma pojęcia jak będzie wyglądał świat, który powstanie na gruzach starego porządku.

Co więcej, wiele wskazuje na to, że upadek będzie trwał długo, a nowy układ będzie się stopniowo umacniał w miarę pogłębiania zapaści w „starym świecie”.

Nieodmiennie jestem dobrej myśli na temat przyszłości Polski. Myślę, że to co upada dotyczy nas tylko pośrednio. Pozwólcie, że rozwinę powyższą myśl.

Otóż mamy na świecie katastrofalną sytuację banków. W dwudziestym wieku wypromowano styl życia na kredyt. Banki uwielbiały ludzi zadłużonych. Człowiek oszczędny i wydający mniej niż zarabia był podejrzanym typem. Pamiętam jak przed ośmiu laty znajomy Australijczyk opowiadał, że będąc już w średnim wieku poszedł do banku po kredyt w związku z rozpoczęciem działalności gospodarczej. Pochodził z porządnej protestanckiej rodziny, gdzie wydawano tylko to co zarobiono. W banku koniecznie chcieli, aby wykazał się swoją historią kredytową. Kiepsko i nieufnie przyjęli jego deklarację, że nigdy nie brał kredytu. Po przejściu bolesnej procedury dostał niewielki kredyt. Pozostało mu poczucie, że uczyniono dla niego jakiś wyjątek, bo cała jego historia słabo wyglądała w oczach bankowców. Już jako kredytobiorca zaczął dostawać kartki świąteczne i drobne upominki od banku. Był zadłużony, więc bank go lubił. Po spłaceniu pierwszego kredytu poszedł po następny, większy. Tym razem bez problemu dostał to co chciał. Kwota była poważna, więc zaczęto go zapraszać na imprezy organizowane dla ważnych klientów. Im bardziej się zadłużał tym lepiej i z większym namaszczeniem był traktowany. Ta historia daje do myślenia nad konstrukcją mechanizmów kredytowych.

Ogólnie w całym świecie zachodnim gra w życie na kredyt była świetną zabawą dla większości jej uczestników. Wydawało się, że gramy na wysokich obrotach wciąż będąc w bezpiecznym układzie.

Banki były faktycznym właścicielem dóbr używanych przez klientów, a jednocześnie klienci oddawali bankom każdy zarobiony grosz spłacając ogromne odsetki i kawałek swojego zadłużenia. Klienci wprowadzali się do coraz droższych domów, których nigdy nie zamierzali spłacić. Banki były z tego faktu zadowolone, bo coraz większa część dochodów rodzinnych szła na spłatę odsetek. W razie wyprowadzki rodziny, bank i tak był w stanie zaoferować ten sam dom innej rodzinie, bo w międzyczasie cena nieruchomości wzrosła i poprzedni kredytobiorca zwrócił dom o wartości dużo wyższej niż kiedyś nabył.

Nieruchomości to tylko jeden wycinek rzeczywistości. Codzienna konsumpcja też była niebezpieczną jazdą na kredyt. Upadek tej zabawy właśnie śledzimy na łamach prasy i na ekranach swoich monitorów.

 

W naszej zaściankowej Polsce byliśmy zbyt zacofani, obieg informacji międzybankowej był upośledzony, a ludzie ekonomicznie analfabetyczni, aby banki mogły beztrosko sprzedawać kredyty. Większość ludzi żyje skromnie i wielu używa słowa „zarobić”, np. zarobić na nowy samochód, zarobić na wakacje itd. Odróżnia ich to od amerykańskiego „wziąć na kredyt”.

Rzecz jasna świat ma też swoje światłocienie. Tak jak w USA jest trochę oszczędnych mieszkańców, tak też w Polsce bywają rodziny zadłużone pod sam sufit. Lecz w ogólnym bilansie widzę w Polsce zupełnie zdrowe podejście do życia.

Wprawdzie, jak to przystało na kraj na dorobku, mamy swoich nowobogackich demonstracyjnie obnoszących się z przedmiotami, które kupili. Lecz chyba trudno nawet mówić w tym przypadku o „nowobogactwie”, bo to często są kierownicy na dobrze opłacanych stanowiskach, którzy czują sens życia w wystawnym stylu bycia. To zwykle nie są ludzie bogaci, bo za takich uważam osoby posiadające wolność finansową – czyli takie które nie mają ekonomicznego przymusu pracy. Ci nasi nadwiślańscy nadmiarowi konsumenci zasuwają od rana do nocy w cudzych firmach, otrzymując pod koniec miesiąca swoją zapłatę, z której pokrywają swoje szalone rachunki. Czy to wygląda na styl życia osoby bogatej? Moim zdaniem jest to takie samo niewolnictwo, jak niewolnictwo pracownika przy taśmie produkcyjnej otrzymującego tysiąc złotych miesięcznie. Różnicę widzę w tym, że dobry pracownik fizyczny będzie nam zawsze potrzebny, a najemni kierownicy niezaangażowani bezpośrednio w dostarczanie produktów lub usług zostaną chyba w pierwszej linii sprowadzeni do parteru przez kryzys. Ktoś prorokował, że w Polsce kryzys uderzy właśnie w nieprodukcyjną kadrę kierowniczą.

Jeśli miałoby się tak stać to może wiele osób odzyska balans w swoim życiu. Może zaczną myśleć o pracy, którą będą robić z radością i zgodnie ze swoimi talentami. Każdy z nas ma unikalne talenty, których nie ma nikt inny na Ziemi. Ich rozwijanie przynosi radość i sukces. Lecz przywiązanie do konsumpcji blokuje rozwój. Ostatnio spotkałem kolegę, który szuka pracy. Znamy się od kilkunastu lat. Kiedyś był dyrektorem w jednej z największych firm związanych z mediami, potem pracował na stanowiskach kierowniczych w różnych miejscach. Nigdzie nie miał szczęścia na dobre zagrzać miejsca. Dobry, ciepły facet, który nie pasuje do wizerunku drapieżnego szefa. Jego pasją jest astrologia. Jako astrolog mógłby brać 100-200 złotych za godzinę konsultacji. Dlaczego zatem desperacko szuka pracy jako dyrektor zamiast żyć z tego co lubi robić? Otóż jednym z istotnych powodów jest to, że taki poziom dochodów jest zbyt niski. Czyli zakładając cztery konsultacje dziennie po 150 złotych przez 20 dni w miesiącu daje to 12000 złotych brutto. Po opłaceniu podatku zostaje ponad dziewięć tysięcy złotych. Zamiast być najlepszym w Polsce astrologiem chce być bardzo przeciętnym dyrektorem, aby mieć dochody zapewniające wysoki status społeczny.

Z mojego punktu widzenia jest to dramat przywiązania do drogich zakupów.

Recesja ma szansę sprowadzić wielu ludzi na wspólny mianownik finansowy. Zaś z tego punktu wielu otrzyma drugą szansę na zbudowanie swojego życia zgodnie ze swoimi talentami dając sobie szansę na wielkie sukcesy i radość życia. Czyli zadyszka w gospodarce może być ciekawą okazją do przewartościowania życia. Tak to widzę w skali indywidualnej. W skali globalnej obraz wydaje się niesamowity. Sądzę, że Ameryka już nigdy nie powróci do swojej dwudziestowiecznej potęgi. Pewno ich gospodarka będzie szła odrobinę w górę i potem trochę w dół, a potem znowu w górę itd. czyli normalnie jak to w cyklach gospodarczych. Jednak te wzrosty będą mniejsze niż spadki, tak, że koniec końców będzie widać regularny długofalowy spadek amerykańskiej siły. Uważam, że kończy się porządek świata zdominowanego przez USA. Nie wiem kto zajmie miejsce amerykanów i będzie rósł w siłę. Nie wiem w jakiej walucie będziemy się rozliczać za kilkadziesiąt lat. Nie wiem jakie sektory gospodarki będą dominować. Bez wątpienia będzie to świat, gdzie ludzie po raz kolejny będą musieli sobie zadać pytanie po co żyją i co jest dla nich najważniejsze.

Jim Rogers, 66. letni bogaty amerykański inwestor, absolwent Yale i Oxfordu, który niedawno przeniósł się do Singapuru, stwierdził iż będzie odradzał swoim dzieciom pomysłów na studia MBA, jeśli takowe wpadłyby im kiedyś do głów. Na pytanie dziennikarza co zatem warto studiować odparł: „Tell them to be a farmer and do a real job.” („Powiedz im, aby zostały rolnikiem i wykonywały jakąś konkretną, realną pracę.”). Zażartował też z dziennikarza radząc mu, aby sam został rolnikiem.

Czy świat dojdzie do takiego ekstremum, że tylko praca na roli, posiadanie towarów, surowców naturalnych i źródeł energii będą dawać szansę na przeżycie? Może się i tak zdarzyć. Tak jak pisałem na początku tego tekstu, uważam, że przyszłość świata jest wielką niewiadomą.

Moim zdaniem warto żyć porządnie, robić to w czym jesteśmy dobrzy, wypracować w swoich rodzinach umiejętności skromnego życia i odnajdywać radość w tym, że są wokół nas inni ludzie. Bez względu na rozwój wypadków taki „pakiet przetrwaniowy” wydaje się być dobrym fundamentem na nowy początek świata.

Wiek średni, marzenia, motor i dzieci.

Na horyzoncie kilkunastu miesięcy pojawiają się moje czterdzieste urodziny. Wiek średni ponoć wiąże się z kryzysem, bo po czterdziestce lepiej zdajemy sobie sprawę z przemijającego czasu.

Podszedłem do tematu twórczo: odkurzyłem marzenia, które czekają na realizację i postawiłem sobie cele do zrealizowania. Pomogło mi w tym  ćwiczenie wypisywania na kartce trzydziestu rzeczy, które chcę zrobić nim umrę, trzydziestu, które chcę mieć oraz trzydziestu ról, które chcę zająć w swoim życiu.

Lista jest długa i osobista – z tych powodów pozostaje dyskretnie w moim notesie, a tutaj podzielę się tylko kilkoma punktami. Niektóre marzenia była dla mnie zaskakujące – nie zdawałem sobie z nich sprawy-  inne są niemal podręcznikowym wykwitem czterdziestolatka. Do tej drugiej grupy należy posiadanie motocykla. Tak moi kochani, też widzę tych panów w średnim wieku, którzy nagle odkryli w sobie miłość do spalinowych jednośladów. Właśnie zostałem jednym z nich. Czeka mnie jeszcze kilka kroków. Pierwszym jest prawo jazdy. Wielu internautów było zgodnych, że jak prawo jazdy na motor to tylko z Tomkiem Kulikiem (http://www.kulikowisko.pl). Właśnie kończę uczęszczać na wykłady w jego szkole i po świętach rozpocznę jazdy. Napiszę nieco więcej o kursie w osobnym wpisie, bo jest to doświadczenie, które chętnie uwiecznię na stronach blogu.

Teraz kilka słów o innych marzeniach. Na moje liście znalazło się kilka punków, które miały związek ze zmianą Świata na lepsze. Szczególnie dotyczyło to dawania szansy dzieciom, aby ułatwić im budowanie dobrego życia. W związku z tym uzgodniłem z żoną, że stworzymy fundusz „dziesięciny” – czyli 10% naszych dochodów będziemy przeznaczać na pomoc innym. Tradycyjnie dziesięcina to podatek płacony na rzecz kościoła, wynoszący dziesiątą część czyichś zbiorów lub dochodów. Moja dziesięcina zamiast do kościoła trafi na osobne konto bankowe, z którego wraz z żoną będziemy realizować swoje cele społeczne. Zaczynamy od ufundowania wycieczki do Krakowa dla grupy ubogich dzieci z podwarszawskiej wioski. Dziećmi zajmuje się zaprzyjaźniony z nami nauczyciel. Potem mamy jeszcze kilka innych pomysłów, które mają wlać trochę światła w serca dzieci, którym trudno i smutno.

Coraz bardziej podoba mi się moje wydanie kryzysu wieku średniego, o którego rozwoju będę Was systematycznie informował.

Złoto na ciężkie czasy.

Ubiegłotygodniowe spotkanie z kolegą S. było dla mnie ekonomicznym zimnym prysznicem. Kolega żyje spokojnie, pogodnie i wydaje się być daleki od rozgorączkowania tłumu komentatorów podekscytowanych sytuacją gospodarczą.

Co ciekawe zachowuje zimną krew, mimo że jego podstawowym źródłem utrzymania jest inwestowanie na rynkach kapitałowych. Gdy nasza rozmowa zeszła na temat gospodarki amerykańskiej S. rzeczowo odparł, że jego zdaniem czeka nas praktyczny upadek amerykańskiego rynku, co pociągnie za sobą dramatyczną sytuację społeczną. Po spotkaniu przysłał mi kilka linków do stron, które radził odwiedzić. Był tam m.in. wywiad z Geraldem Celente, który wieszczy zamieszki uliczne w amerykańskich miastach jeszcze w tym roku. Zresztą sami możecie wysłuchać tych kilku minut (na ekranie są napisy po polsku, więc materiał jest dostępny także dla osób nieznających angielskiego: cz. 1., cz. 2.).

Czas pokaże jak rozwinie się sytuacja za oceanem i na ile Polska poczuje amerykańskie tarapaty.

Jednak mam coraz mocniejsze przekonanie, że majstrowanie przy amerykańskich instytucjach finansowych przy pomocy publicznych pieniędzy i szczodre dodrukowywanie dolarów dla chwilowego ratowania sytuacji może się okrutnie zemścić na Amerykanach.

Widzę, że na horyzoncie zbierają się ciemne chmury. Może burza „przejdzie bokiem” i zostawi nas w dobrym stanie. Jednak nie jestem ani meteorologiem, ani ekonomistą i mam ograniczone kompetencje w przewidywaniu kataklizmów.

Mój zdrowy rozsądek mówi mi, aby przygotować sobie plan działania „na wszelki wypadek”.

Moje oszczędności spoczywają w euro, na lokatach terminowych, w BZ WBK. Może euro jest pewniejsze od dolara i może BZ WBK wypłaci moje euro kiedy tylko sobie zażyczę. Jeśli jednak jest cień obawy, że wielkie „bum” za oceanem pomiesza europejskie szyki to chciałbym mieć coś „na czarną godzinę”. Pomyślałem o złocie. Uncja złota to ponad dziewięćset dolarów, trzykrotność tego co przed kilku laty!

Kupując drogie złoto raczej nie zarobię, ale poczuję się bezpieczniej mając w kieszeni kilkadziesiąt gramów błyszczącego metalu.

Chyba nie jestem odosobniony w gromadzeniu złota, bo jego zakup okazał się wyzwaniem.

NBP zwykł sprzedawać małe sztabki złota, które dobrze pełniłyby rolę lokaty na ciężkie czasy. Ktoś ostatnio mówił, że od jakiegoś czasu NBP nie sprzedaje sztabek i nie wiadomo kiedy je będzie oferował. Popyt mocno przerósł podaż. Z pomocą przyszedł mi autor blogu APP Funds, który bezskutecznie szukał złota w NBP. Skoro nie było sztabek to jego myśli przesunęły się na złote monety. NBP uszczęśliwia numizmatyków okolicznościowymi monetami ze złota. Cena kruszcu w monetach jest o kilkanaście procent wyższa niż na międzynarodowych rynkach, ale wciąż monety wydają się atrakcyjnym kąskiem dla amatorów kilku uncji cennego kruszcu. Szczególnie dotyczy to krążków o znikomej atrakcyjności kolekcjonerskiej. Okazała się nim np. moneta z wybita z okazji 400. lecia polskiego osadnictwa w Ameryce. Brzmi to komicznie, że wspomnienie dawnych Polaków w USA ma mnie zabezpieczyć przed nieobliczalnością współczesnych amerykańskich oligarchów tańczących chocholi taniec z prezydentem i jego kolegami. Zatem część swoich euro zamieniam na złotówki i w mojej szufladzie będzie brzęczeć kilkanaście stuzłotowych monet z wizerunkiem siedemnastowiecznych polskich rzemieślników wykuwających fundamenty amerykańskiej potęgi. Monety kupuję w internetowym sklepie nunizmatycznym po 875 złotych za sztukę. Jest w nich po osiem gram złota Au 900, czyli 7,2 grama czystego złota. Jakbyśmy doszli do etapu handlu wymiennego to może za taką monetę zorganizowałbym ze dwa świniaki lub pół tony jabłek. Może nigdy do tego nie dojdzie, może gospodarczy armagedon Ameryki nie będzie ani tak straszny, ani tak uciążliwy dla nas jak to niektórzy prorokują.

Dla pokrzepienia serc życzę sobie i Wam, drodzy czytelnicy, aby moje złote monety na zawsze pozostały w sejfie i abym za kilkanaście miesięcy skonstatował, że złoto potaniało, recesja mija, a nasza gospodarka rośnie i kwitnie. Obiecuję, że nie będę płakał, gdy okaże się, iż była to najbardziej nieopłacalna inwestycja w moim życiu. Co więcej, przypuszczam, że będę z rozczuleniem patrzył na złote monety i wspominał jakie to panikarskie obawy chodziły mi po głowie wiosną 2009. Mimo to zachęcam Was, kupcie sobie trochę złota. Jeśli kryzys rozejdzie się po kościach to będziecie mieć błyszczącą pamiątkę z recesji. Zaś jakby Świat dostał chwilowej zadyszki to kilka gramów złota w skarpecie może się do czegoś przydać Wam lub Waszym rodzinom.