Miesięczne archiwum: Marzec 2009

Przypadek?

Przelatując nagłówki wiadomości trafiłem na coś takiego: „USA: rodzina właściciela sieci klinik aborcyjnych zginęła obok Grobu Nienarodzonego Dziecka„.

Słyszałem o wypadku sprzed tygodnia. Było o tym dużo w mediach, np. tutaj podano sporo szczegółów wraz ze zdjęciami rodzin, które zginęły w drodze na ferie zimowe. Przejęła mnie tragedia kilku rodzin z małymi dziećmi. Moją uwagę przyciągnęły też informacje o samolocie Pilatus, bo sporo takich samolotów widziałem mieszkając w Szwajcarii. Stąd dobrze pamiętałem o wypadku.

Dzisiaj dotarła do mnie wiadomość, że wśród rozległego spektrum firm właściciela samolotu, a jednocześnie ojca i dziadka ofiar, jest sieć prywatnych klinik aborcyjnych.

Szybka lektura dyskusji na amerykańskich stronach antyaborcyjnych to argumenty ciężkiego kalibru. Obok głosów o karze bożej, pojawiły się opinie o karmie, oraz o roli szatana.

Patrząc z boku na ten splot wydarzeń nie potrafię odpowiedzieć czy był tam palec opatrzności, czy był to przypadek, czy też nieuchronność zdarzeń? W takiej sytuacji przychodzi mi na myśl cytat z Miłosza, który czytałem dawno temu i przytaczam z głowy: „Konieczność, Opatrzność i Przypadek spotykają się w punkcie, który pozostaje dla nas niezrozumiały.”

Pozostaję w zadziwieniu tym wydarzeniem i zachęcam Was do chwili refleksji nad wiadomością o wypadku lotniczym, gdzie obok cmentarza, na którym przeciwnicy aborcji podkreślają swój stosunek do aborcji, ginie najbliższa rodzina człowieka, którego część środków utrzymania pochodzi z klinik aborcyjnych.

Charaktery emigrantów i reemigrantów.

W Empiku znalazłem czasopismo „Style i Charaktery” nr 1/2009 w całości poświęcone emigracji. Pobieżnie przekartkowałem periodyk i byłem pod sporym wrażeniem tego co znalazłem wewnątrz (http://www.charaktery.eu/style_i_charaktery/2009/01/). Zatem wydałem 15 złotych i publikacja była moją główną lekturą w mijający weekend.

W „Stylach…” jest wiele tekstów, w których znalazłem sporo wiedzy i odrobinę mądrości dotyczących sytuacji osób opuszczających Polskę i do niej powracających. Kwestią gustu i osobistej sytuacji czytelnika jest ocena wartości poszczególnych artykułów. Moim hitem jest „Słoneczna strona powrotów” Anny Chodynickiej (http://www.charaktery.eu/style_i_charaktery/2009/01/2872/Sloneczna-strona-powrotow/). Jej obserwacje zdecydowanie rezonowały z moimi migracyjnymi odczuciami i obserwacjami. Pewno ma tu swoje znaczenie doświadczenie autorki w pracy ze środowiskiem biznesu. Inspirujący był fragment o akceptacji swojej tożsamości:

Nasza tożsamość jest budowana po części w relacji do ojczyzny. Dopóki jesteśmy w kraju, nie myślimy o tym, ale za granicą tożsamość staje się niezwykle ważna. Jeśli potrafimy zrozumieć i zaakceptować swoje korzenie, znaleźć pozytywne i negatywne aspekty zarówno własnej, jak i nowej kultury, to pobyt za granicą będzie łatwiejszy, a powrót bardziej satysfakcjonujący. Dobrym wskaźnikiem akceptacji tożsamości polskiej za granicą jest otwarte mówienie o swoim polskim pochodzeniu – przebywający za granicą wiedzą, jak wielu emigrantów ukrywa swoją polskość.

Mogę w pełni potwierdzić, że mój stosunek do Polski i polskości przeszedł sporą metamorfozę podczas mieszkania w Szwajcarii. W zasadzie dopiero na emigracji stanąłem przez pytaniem o swój patriotyzm i zacząłem zastanawiać się nad moją odpowiedzialnością za ojczyznę. Cieszę się z tego doświadczenia. Teraz jest mi stosunkowo łatwo akceptować Polskę taką jaka jest. Jak już pisałem dobrze czuję się w tej naszej kosmatej ojczyźnie.

Wracając do recenzowanego periodyku, zwrócę uwagę, że poza Chodynicką, pismo zgromadziło wielu autorów o barwnych tytułach naukowych. Augustyn Bańka dokonał systematyzacji zjawiska emigracji; Halina Grzymała-Moszczyńska opowiedziała kilka barwnych i – w mojej ocenie – trafnych sądów o dość powszechnym zamknięciu naszych rodaków na inne kultury i rasy.

Tym z Was co mieszkają w Polsce polecam wycieczkę do Empiku lub kiosku z gazetami, zaś tych co na obczyźnie zapraszam do przeczytania wybranych tekstów na stronie internetowej „Charakterów”.

Wstydliwa praca ojca?

Kolega zobaczył w moim pokoju plakat zrobiony przez córkę. Na dużym arkuszu papieru były informacje o mojej pracy, zdjęcia z biura, szczegóły moich obowiązków zawodowych.
Plakat był zrobiony dwa lata temu w szwajcarskiej podstawówce. Wszyscy drugoklasiści odwiedzali zakłady pracy swoich rodziców, przygotowywali prezentacje, które wygłaszali na forum klasy, zaś plakaty zostały powieszone na szkolnym korytarzu. Po zakończeniu wizyt i prezentacji otwarto podwoje szkoły dla rodziców i znajomych chętnych do obejrzenia plakatów, skorzystania z małego poczęstunku i porozmawiania o wystawie.
Kolega E. z warszawskiego biura zapytał: „A co jeśli ojciec jeździ na wózku widłowym? Przecież to wstyd dla takiego dziecka!” Potem powyciągał historie jak dzieci nabijają się z pracowników MPO.
Wcześniej nawet o tym nie myślałem. Faktycznie to jest ta różnica kulturowa. W naszej szwajcarskiej mieścinie jeśli rodzice uprawiali ziemię to dzieci z dumą mówiły o pracy na rodzinnym gospodarstwie. Wykształcenie i charakter wykonywanej pracy wydawał się mieć znikome znaczenie w relacjach między dziećmi w centralnoszwajcarskiej szkole. Jestem przekonany, że było to wynikiem stosunków panujących wśród dorosłych. Żona śpiewała w lokalnym chórze gospel, gdzie wspólnie spotykała się szefowa z banku i kasjerka z supermarketu. Moje córki trenowały karate, gdzie obok dzieci rolników ćwiczył chłopak, którego rodzina ma jedną z największych firm tytoniowych w USA – jego mama zwykle siedziała na ławeczce i czytała książkę oczekując na koniec zajęć.
To jest właśnie fenomen Szwajcarii. Osoby, które mogłyby za kieszonkowe wykupić całą setkę najbogatszych Polaków spędzają czas z tymi, którzy rozpoczynają dzień od dojenia krów i dobrze się czują w swoim towarzystwie.