Miesięczne archiwum: Luty 2009

Małe jest piękne.

Potwierdzam, że laptopy trafiają pod strzechy. W naszej chacie brakowało komputera do pisania rozmaitych tekstów, raportów i sprawozdań. Za 350 euro (1600 złotych) kupiłem urządzenie, które jest bliskie ideałowi: małe, wygodne, a do tego z dobrą baterią. Takie urządzenia są sprzedawane pod nazwą „netbook” dla podkreślenia, że są to wcielenia notebooków zaprojektowane dla amatorów internetu. Przed wyprawą na zakupy brałem pod uwagę klasyczne laptopy z 15-calowym ekranem. Przypuszczałem, że 10-calowe wyświetlacze netbooków to za mało jak na potrzeby mojej żony, która będzie głównym użytkownikiem nowego komputera. Oglądaliśmy kilka 15-calowych maszyn Fujitsu-Siemens, Toshiba, HP i Lenovo. Na półce z ceną ok. 1500 złotych (w sklepie Saturn) był dość dobry wybór. Do naszego finału przeszła pokaźnych rozmiarów maszyna Fujitsu-Siemens. Wtedy zaproponowałem żonie, aby przez chwilę popracowała na 10-calowym netbooku. Byłem dość sceptyczny. Sam od roku korzystam z 12-calowego laptopa i jak mam okazję to podpinam go do większego monitora. Po kilku minutach uderzania w klawiaturę netbooka Samsung NC10 małżonka uznała, iż taki mały komputer, nawet przy braku napędu DVD, pasuje jej najbardziej. Obok stał netbook Lenovo S10 z takim samym procesorem (Intel Atom N270), pamięcią (1GB) i dyskiem (160 GB), a przy tym był o dwieście złotych tańszy od Samsunga. Już miałem w ręce pudełko z Lenovo, gdy pojawił się sprzedawca. Jego zdaniem Samsung zasługiwał na większą uwagę, bo poza solidniejszą klawiaturą ma dużo mocniejszą baterię wystarczającą na sześć godzin pracy. Ulegliśmy tym argumentom i kojne kilka godzin spędziłem w domu konfigurując Samsunga NC10. Lenovo zostało w sklepie. Późniejsza lektura recenzji internetowych w pełni potwierdziła słowa sprzedawcy. Brawo ten Pan z Saturna w Jankach!
Teraz poświęcę chwilę konfiguracji Samsunga NC10. W zasadzie komputer jest gotowy do użytku bezpośrednio po wyjęciu z pudełka. Po potwierdzeniu na ekranie podstawowych parametrów systemu Windows XP Home (tj. czas, nazwa użytkownika i język itp.) można rozpocząć pracę na tym netbooku. Ja spędziłem pięć godzin nim uznałem, że komputer nadaje się do codziennego użytku w naszej rodzinie. To co i dlaczego z nim wyrabiałem opisuję poniżej.
Program antywirusowy.
Komputer miał zainstalowaną wersję demonstracyjną pakietu McAfee SecurityCenter. Po kilku tygodniach testowania należałoby opłacić licencję lub usunąć program. Nie czekałem i od razu zastąpiłem komercyjny McAfee, darmowym ClamWin www.clamwin.com. Na innych komputerach domowych korzystam z antywirusa avast! www.avast.com. Lecz avast! jest darmowy tylko do użytku prywatnego, zaś nasz nowy netbook jest na stanie naszej działalności gospodarczej. Zatem potrzebna była licencja komercyjna i stąd wybór ClamWin.
Pakiet biurowy.
Zainstalowałem OpenOffice www.openoffice.org, który od kilku lat jest standardem na komputerach w naszej rodzinie. Z powodzeniem zastępuje nam pakiet Office firmy Microsoft.
Firefox.
Potem ściągnąłem z sieci Firefox, bo wolę go zamiast Internet Explorer.
Instalacja Linux Ubuntu.
Tak, zainstalowałem też Linuksa i w założeniach ma on być najczęściej używanym systemem operacyjnym. Przede wszystkim ma to związek z pracą żony. Jako pedagog szkolny korzysta z poważnie zaśmieconych komputerów szkolnych. Linux jest zdecydowanie mniej narażony na zainfekowanie co ma zapewnić komfort przy przenoszeniu dokumentów pomiędzy rozmaitymi pecetami.
Od półtora roku korzystam z Linuksa Ubuntu. Zatem z wielu dostępnych wersji Linuksa wybrałem najnowsze Ubuntu www.ubuntu.com
Instalacja Ubuntu na netbooku NC10 obfitowała w kilka wyzwań. Najłatwiej zainstalować Ubuntu z dysku CD. Lecz netbook nie ma napędu CD/DVD. Jednym wyjściem jest instalacja spod Windows z UNetbootin i pamięcią USB, innym jest podłączenie zewnętrznego napędu CD/DVD przez gniazdo USB i instalacja z płytki instalacyjnej. Wybrałem opcję z płytką instalacyjną. Płytkę nagrałem z pliku dostępnego na stronie Ubuntu. Potem podłączyłem napęd CD/DVD kabelkiem USD, który kiedyś kupiłem do podpinania dysków do peceta. Zainstalowałem polską wersję Ubuntu 8.10 pozwalając programowi instalacyjnemu wydzielić dla Linuksa około 70 GB. Oczywiście system operacyjny potrzebuje tylko odrobinę miejsca, większość będzie przeznaczona dla użytkowników na ich pliki.
Instalacja Linuksa przebiegła sprawnie i w ciągu pół godziny Linux działał.
Współpraca Linuksa z komputerkiem NC10 jest ograniczona, ale najważniejsze rzeczy działają. Wprawdzie uruchomienie internetu bezprzewodowego wymagało przeinstalowania sterowników, a karta dźwiękowa wciąż ma jakiś problem, ale pisanie dokumentów, ich drukowanie i korzystanie z przeglądarki internetowej działa bardzo dobrze.
Teraz po uruchomieniu netbooka użytkownik widzi ekran, gdzie wybiera czy wchodzi do Windows XP czy do Linux Ubuntu.
Mały w wielkim świecie.
Po doprowadzeniu netbooka do używalności pod Windowsami i pod Linuksem zająłem się stawianiem mu wyzwań. Będąc pod Windowsami podłączyłem komputerek do dużego, 27-calowego, monitora o rozdzielczości 1920×1200. NC10 pracuje na swoim 10-calowym ekraniku w rozdzielczości 1024×600 – byłem ciekaw jak sobie poradzi w dużym formacie. Praca w 1920×1200 poszła sprawnie i dobrze. Następnym krokiem była obsługa klawiatury Logitech przez bluetooth. Zarówno Windows, jak i Linux od razu poradziły sobie z zadaniem. Zatem malutki Samsung może z powodzeniem pełnić rolę „mózgu” systemu potrzebnego do prezentacji. Skoro radzi sobie z 1920×1200 to z pewnością będzie pracował z projektorami, których większość i tak ogranicza się do 1024×768 punktów na ekranie.
Tyle szczęścia za jedyne 350 euro! (Na rynku jest tuzin marek oferujących netbooki w podobnej cenie – zatem proszę traktować ten komentarz jako opinię o tego typu netbookach, bez ograniczania się do firmy Samsung. Co nie zmienia faktu, że niniejszy tekst to recenzja komputera Samsung NC10.)
Pracuję z komputerami od kilkunastu lat. Na moich oczach technologia stawała się coraz bardziej dostępna dla każdego, kto potrzebuje komputera. Lecz tak mały, tak wszechstronny i tak niedrogi notebook potrafił mnie zadziwić.

Naiwna tajność danych osobowych.

Widzę, że Polacy są światowymi liderami w chronieniu przed otoczeniem swoich numerów telefonów i adresów. Może mają powody, może dzięki takiej postawie czują się bezpieczniej, może ta adresowa paranoja ma jakieś realne przesłanki.

Jednocześnie rekordy popularności bije „Nasza Klasa”, gdzie wirtualny ekshibicjonizm przekracza granice bezpiecznego korzystania z sieci internetowej.

Sam tego doświadczyłem po drobnym incydencie na drodze. Odwożąc córkę do szkoły jechałem wąziutką drogą, gdzie wyminięcie innego auta wymaga zjechania na pobocze. Tego feralnego poranka, tak ja, jak i jadąca z przeciwka osoba zostaliśmy na drodze. Auta były bardzo blisko siebie i urwaliśmy lusterka. Uznaliśmy, że wina była obopólna, więc po wymianie numerów telefonów komórkowych rozstaliśmy się postanawiając załatwić naprawę na własny rachunek.

Tego samego dnia, wieczorem, zadzwonił do mnie małżonek pani, której Toyota miała uszkodzone lusterko. Pan dziarsko oznajmił, że jest dla niego jasne, iż ja byłem sprawcą wypadku i oczekuje pokrycia przeze mnie kosztów naprawy jego auta. Ustawiłem jegomościa do pionu wyjaśniając moją ocenę sytucji. Po tej rozmowie byłem ciekaw z kim miałem do czynienia. W końcu mieszkamy w wiosce, gdzie ludzie dobrze się znają.

Wejście na Naszą Klasę od razu dało mi doskonały obraz tych  nowopoznanych sąsiadów. Pani Beata (33 lata) i Pan Mariusz (34 lata) pochodzą z Chełma. Po zdaniu matur w swoim rodzinnym mieście oboje udali się na studia do Radomia, gdzie obydwoje zrobili dzienne licencjaty z ekonomii, a potem zaocznie uzyskali tytuły magistra. Ich synek Rafał ma 9 lat i chodzi do klasy 3B w tutejszej szkole publicznej.

Do naszej wioski wprowadzili się niedawno: na zdjęciach sprzed kilku miesięcy widać niewykończony duży pokój w ich domku przy ulicy M. na działce nr xxx/x (informacje o danych działki zostały opublikowane przez powiat, który opublikował w sieci komu pozwolono na  przyłącze wody do działki).

Po wyczytaniu tych wszystkich informacji sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem do Pani Beaty. Wyraziłem ubolewanie z powodu uszkodzonego lusterka, podkreśliłem, że zdaję sobie sprawę, iż jej musi być równie przykro jak mi z powodu tego nieumyślnego zdarzenia. Jednocześnie podałem jej adres wioskowego lakiernika, który może naprawić lusterko. „To blisko od ulicy M., gdzie mieszkacie” – dodałem. „Zresztą Rafałek chodzi do sąsiedniej klasy w tej samej szkole co moja córka, więc po co się awanturować”. Pani Beata była wyraźnie zaskoczona tą sytuacją. Nie podawała mi adresu, ani imienia dziecka, a ja to wiedziałem. Serdecznie podziękowała za informacje o lakierniku i pożegnaliśmy się w miły sposób.

W Szwajcarii pewno miałbym informacje o adresie i telefonie domowym Pani Beaty i Pana Mariusza, lecz wejście tak głęboko w ich życie rodzinne byłoby trudne. W Polsce telefon jest super tajny, lecz osobiste szczegóły o życiu rodzinnych są dostępne na wyciągnięcie ręki. Ot, taka Polska specyfika 😉

The Secret.

Wszedłem na stronę http://www.thesecret.tv i w końcu zobaczyłem film The Secret (Sekret). Przed rokiem znajoma gorąco zachęcała do zapoznania się z Sekretem, ale wtedy nie czułem takiej potrzeby. Ostatnio, przy kominku w szwajcarskiej chacie naszych przyjaciół, zobaczyłem niemieckie wydanie książki The Secret. Przerzuciłem kilka kartek i wiedziałem, że chcę obejrzeć film.

Staram się ciepło i pozytywnie podchodzić do Świata. Zatem myśli przekazywane w ciągu 90. minutowego filmu współgrały z moim odczuwaniem tego co otrzymuję od życia.
Film jest przede wszystkim barwnym samouczkiem jak osiągać w życiu to czego naprawdę pragniemy.
Sporo napisano o The Secret na papierze i w internecie, tutaj ograniczę się do podkreślenia tego co sam uważam za bardzo ważną część przekazu.

Każdy z nas jest unikalny, został wyposażony w niepowtarzalne talenty i ma do spełnienia na Ziemi swoją rolę. Skojarzyło mi się to z tym, co w Kościele nazywane jest odkrywaniem swojego powołania. Odkrycie tego w czym jesteśmy dobrzy i budowanie na tym działań jest też powszechne w poradnictwie zawodowym. Bez względu na motywację poszukiwania swoich talentów i ich pomnażania, uważam, iż warto ustawicznie odkrywać swoją niepowtarzalną drogę życia. Refleksyjna obserwacja tego co nas spotyka, wyczulenie na znaki jakie otrzymujemy każdego dnia pozwala widzieć więcej wymiarów codzienności.

Główny motyw filmu to prawo przyciągania tego co pragniemy, o czym marzymy. Moje osobiste doświadczenia mówią, że będąc na swojej właściwej ścieżce otrzymujemy od Losu wsparcie, które pcha nas w dobrym kierunku.

Zaś dywagacje o szczegółach tego metafizycznego wpływu na nas (tzn. jak? i kto?)  pozostawiam teologom, religioznawcom, filozofom i publicystom. Nie wiem jak to działa, ale wiem, że działa.

Dla ścisłości dodam, że za obejrzenie wersji online The Secret zapłaciłem ok. 5 USD. Oglądałem wersją angielską, ale widziałem, że była także opcja wyboru języka polskiego.  Jeśli lubicie entuzjastyczne wypowiedzi amerykańskich ludzi sukcesu to miło spędzicie półtorej godziny oglądając świetnie zmontowany dokument.

Kochane brzydactwo.

Po dwóch tygodniach w Szwajcarii jechałem dzisiaj ulicami Warszawy i miałem mocne rozdwojenie emocji. Z jednej strony cieszyłem się, że znowu jestem wśród Polaków. Z drugiej krzywiłem się myśląc: „jak tu jest potwornie brzydko!”.
W tych wrażeniach zamyka się kwintesencja mojego postrzegania Polski i Polaków. Po reemigracji napawam się polskim podejściem do życia ludzi, których widzę wokół siebie. Słowem, które jest dla mnie kluczem do polskości jest: improwizacja – czyli działania podejmowane bez przygotowania i planu. Przed dziewięciu laty pomstowałem no to, co dzisiaj mnie tak cieszy. Lubiłem planować i porządnie przygotowywać swoje przedsięwzięcia. Niektórzy znajomi wręcz uznali, że emigracja do Szwajcarii to dobre wyjście dla mnie, bo nie pasowałem do polskiej rzeczywistości. Teraz jestem tu znowu. Realizuję rozmaite inicjatywy i dzięki wszechobecnej improwizacji udaje mi się skutecznie załatwiać swoje sprawy. Gdy organizowałem przeprowadzkę biura, to mogłem swobodnie zmieniać termin kiedy znaleziony na Allegro „Pan od Ducato” mógł przyjechać, aby przewieźć nasze meble. Kiedy potrzebowaliśmy przerzucić sto metrów naszego kabla komputerowego przez supermarket w sąsiedztwie biura to polecony przez innego podwykonawcę Pan Adam przyjechał z trzema kolegami, powiadomiony kilka dni wcześniej, że tej nocy będzie „towarowanie” i możemy pracować po godzinie 22:00. Zaś metody ich pracy przypominały akrobacje cyrkowe połączone z grą w okręty (tzn. wspinali się na meble sklepowe i metodą prób i błędów poszukiwali kanałów na kable). Niniejszym oddaję uszanowanie polskiej improwizacji, dzięki niej w ciągu miesiąca od podpisania umowy na wynajem biura byłem w stanie zorganizować masę spraw, które pozwoliły rozpocząć pracę kilkunastu informatyków.
Planowe zarządzanie improwizacją sprawiało mi przy tej okazji masę frajdy i dało miłą satysfakcję. Takie doświadczenia przyczyniają się do tego, że cieszę się z bycia wśród Polaków.
Drugą stroną medalu jest brzydota otoczenia. Jazda samochodem po podwarszawskich miasteczkach i wioskach jest spektaklem szpetoty, brudu i bałaganiarstwa. W tym wymiarze Mazowsze jest moim zdaniem dość reprezentatywne dla naszego sympatycznego kraju. Bywają zakątki nieco lepiej utrzymane (np. Śląsk), bywają regiony jeszcze bardziej zapuszczone (np. ziemie odzyskane), lecz średnia krajowa to Mazowsze. W Polsce „przewróciło się to niech leży” wydaje się codzienną dewizą. Uważam, że to bałaganiarstwo tak mocno w nas siedzi, iż pozostaje się pogodzić z jego istnieniem. Akcetuję, że tak tu jest, lecz pozwalam sobie pozostać przy odczuciu, że nasz kraj mimo piękna gór, jezior, lasów i morza jest raczej szpetnym okazem cywilizacji europejskiej.