Miesięczne archiwum: Styczeń 2009

Samochód, kurs franka, kredyty i morale mechaników.

Muszę zrobić poważniejszą naprawę samochodu. Będzie ona kosztować 1300 franków, co w przeliczeniu daje 3800 złotych. Gdyby ta sama reperacja przydarzyła się w ubiegłym roku to wychodziłoby 2690 złotych. Czyli obecnie płacę ponad tysiąc sto złotych więcej niż kilka miesięcy temu. Do ubiegłorocznej ceny dopłacam 40%!

Wiem, że podobne konstatacje padają w wielu polskich domach. Bynajmniej nie chodzi tu o ekscentryków, którzy serwisują samochody w najdroższym kraju świata. Mam na myśli polskie rodziny, które zaciągnęły kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich. U nich wahania kursu franka przekładają się na gorzką codzienność.

Jeśli są to osoby, które zaciągały kredyt kilka lat temu, gdy frank był w okolicach 2,5 PLN, to pewno obecne zawirowania kursowe są dla nich przykre, ale do przeżycia. Serdecznie współczuję tym, którzy zaciągali kredyt w ubiegłym roku. Jeśli ich pensje są wypłacane w złotówkach, a skorzystali z kredytu we frankach przy rekordowo niskim kursie franka (ok. 2 PLN za 1 CHF) to mają problem.
Zawsze miałem trudności ze zrozumieniem tej ogromnej mody na kredyty we frankach. Rzesze polskich znajomych wyjaśniały mi, w racjonalny sposób, ogromne korzyści z kredytów we frankach. Ja jednak z uporem maniaka powtarzałem swój zachowawczy pogląd, że wolę brać kredyt w walucie, w której otrzymuję wynagrodzenie.

Pewno czeka nas rok czy dwa kryzysu, potem sytuacja się unormuje. Patrząc na kursy walut w szerszej perspektywie warto wspomnieć, że gdy przeprowadzałem się z Polski do Szwajcarii (latem 2000 roku) frank kosztował 2,53 PLN, euro 3,95, a dolar 4,34. Gdy wracałem do Polski w 2008 frank był po 2,07 PLN, euro po 3,33, a dolar 2,26. Obecnie frank jest po 2,94, euro po 4,33, a dolar po 3,35.

Z mojej osobistej perspektywy kurs dolara traktuję jako ważną ciekawostkę, która ma tylko pośredni wpływu na mój budżet domowy. Interesuje mnie frank i euro. Frank jest istotny z racji naszych związków ze Szwajcarią; spędzamy tam sporo czasu i siłą rzeczy wydajemy tam pieniądze. Euro jest naszą podstawową walutą, bo moje wynagrodzenie jest wypłacane właśnie w euro.

Wracając do przytoczonej na wstępie naprawy samochodu. Jako ciekawostkę powiem, że gdyby usługa miała miejsce tuż po moim przyjeździe do Szwajcarii w 2000 to w przeliczeniu kosztowałaby 3290 PLN, zaś gdyby awaria miała miejsce w połowie kwietnia 2004 to w naszej walucie byłoby to 4040 PLN.

Czas odpowiedzieć na podstawowe pytanie dlaczego serwisuję samochód w Szwajcarii. Tak lubię swoje auto i mam takie zaufanie do mechanika, który je zna, że oszczędności na serwisie odchodzą na dalszy plan. Doświadczenia polskich kolegów pokazują, że są to pozorne oszczędności. Sama robocizna w Polsce jest dużo tańsza. Lecz dochodzi do tego koszt czasu jaki moi znajomi spędzają stojąc nad mechanikami, pilnując czy czynności serwisowe są faktycznie wykonywane oraz czy – przy okazji – z auta nie znikają oryginalne sprawne części. Zaś w sytuacji tych, którzy nie spędzają czasu na pilnowaniu mechaników często kończyło się stratą czasu na reklamację rozmaitych dziwnych zjawisk, które wychodziły po przeglądzie. Trudno mi się powstrzymać od rzucania cienia na całe środowisko polskich mechaników samochodowych. Wiem, że są też porządni i uczciwi specjaliści od samochodów. Tylko podobno jest dużym wysiłkiem utrzymać swoją pryncypialność w zdegenerowanych, dużych stacjach serwisowych, zaś w małych warsztatach trudno o dostęp do pełnej informacji i doświadczenia z konkretną marką.

Kiedyś naprawiałem samochód w małym krakowskim warsztacie poleconym przez znajomego. Wymagana była wymiana łożyska przy jednym z kół. Naprawę wykonano sprawnie i dość tanio. Po kilku tygodniach od tej naprawy przy tym samym kole trzeba było wymienić instalację hamulcową, bo okazała się uszkodzona. Mechanik, który wymieniał łożysko narzekał, że było trudno i że sporo się nasiłował. Nie wiem czy podczas tych zapasów uszkodził hamulec, czy też był to czysty zbieg okoliczności. Lecz z tego co wiem nigdy wcześniej nie mieli doświadczenia z wymianą łożyska w aucie takim jak moje.

Dużo podróżuję. Często jeżdżę wraz z całą rodziną. Wielokrotnie przemierzamy szybkie niemieckie autostrady. Świadomość, że moje auto przeszło solidny przegląd i jest w dobrym stanie technicznym wydatnie pomaga mi w spokojnym podejściu do naszych wyjazdów.

O dzieciach reemigrantów w Dzienniku.

Z radością odnotowuję, że Dziennik opublikował artykuł o sytuacji szkolnej dzieci powracających z zagranicy. W wersji papierowej publikacja ma wymowny tytuł: „Dziecko było w angielskiej szkole? To znaczy, że nie uczyło się wcale” Tekst jest też dostępny w sieci:  http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/85888,szkoly-nie-sa-gotowe-na-powrot-polakow-z-wysp.html

Czytaj dalej

Virginity.

Wczoraj, czekając na swoją kolej w banku, zauważyłem starszą panią, skromnie i elegancko ubraną, która trzymała w ręce reklamówkę z dużym napisem VIRGINITY (ang. dziewictwo).  Zestawienie konserwatywnej klientki z prowokacyjną reklamówką wyglądało w moich oczach mocno komicznie. Przypuszczam, że Pani nie zastanawiała się co jest napisane na siatce, którą brała na zakupy, pewno też nie znała angielskiego.

Okazuje się, że historia ma szerszy, interesujący konktekst, o którym wczoraj nie wiedziałem. W archiwum RP.pl znalazłem artykuł pt. „Promują odzież czy szydzą z dziewictwa”  http://www.rp.pl/artykul/103210.html

Chodziło o prowokacyjną kampanię reklamową typu billboard oraz stronę internetową firmy odzieżowej House.

Potem Komisja Etyki Reklamy uznała, że kampania była obraźliwa http://www.radareklamy.org/uchwala,68.html

Wszystko to działo się przed moim przyjazdem do Polski. Sprawa niefortunnej kampanii reklamowej już pewno  odeszła w zapomnienie, ale dzięki torbie reklamowej wciąż żyje w swojej nietypowej formie.

Paradoksalnie, pani, która nosiła reklamówę Virginity wyglądała raczej na słuchaczkę ortodoksyjnego toruńskiego radia księdza Rydzyka niż na klientkę marki House.

Wódka.

Dobra zabawa i alkohol chodzą w parze na całym Świecie. W Szwajcarii w czwartkowe wieczory masa ludzi wylega na miasto. Po kolacji idą do barów i klubów. Wielu kończy noc w stanie dalekim od zdolności prowadzenia samochodu. W Londynie w piątkowy wieczór znajomi Anglicy zdecydowanie oznajmili, że idą pić. Bez kolacji, bo chodziło o to, aby się upić. Z kolei podczas wizyty w Helsinkach widziałem sporo mocno pijanych osób – Finowie z lubością piją mocne trunki.
Jednak w polskim piciu jest jakieś szaleństwo.
Mimo, iż nie stronię od alkoholu to przez te kilka lat za granicą zapomniałem jak powszechny i chorobliwy rytuał jest związany z piciem wódki w naszym kraju. Pierwsze miesiące spędzone w Polsce błyskawicznie odświeżyły moją pamięć. Opowiem Wam kilka historii, które dały mi do myślenia w kwestii pijaństwa.

Wódka weselna.
Ruszyło mnie, gdy usłyszałem opowieści trzynastoletniej córki, która siedziała na weselu wśród rówieśników potajemnie pijących wódkę.  Przypomniałem sobie salę na sto kilkadziesiąt osób, gdzie jedynie moja żona i ja piliśmy wino. Pozostali dorośli kultywowali wódczany rytuał. Zatem wzorcem dorosłości jest człowiek z butelką wódki i dzieci wiernie idą śladem rodziców.

Wyluzowana klasa średnia.
Innym razem pojechałem wygłosić referat na ogólnopolskim spotkaniu sprzedawców zegarków. Podczas  kolacji, po wykładach, zobaczyłem morze wódki i podekscytowane komentarze, że przy wódce zegarmistrzowie mogą zobaczyć kto może ile wypić. Ostatecznie nie przekonałem się kto miał silną głowę – po ostatnim daniu pojechałem do domu. Lecz wcześniej, w drodze na parking spotkałem kobietę, która bełkocząc i słaniając się na nogach wyjaśniała recepcjonistce zagubienie klucza. Ona nie handlowała zegarkami, ona uczestniczyła w organizowanym w sąsiednim lokalu spotkaniu kadry kierowniczej jednej z wiodących firm farmaceutycznych. Wykształcenie, pozycja społeczna, odpowiedzialne stanowisko nie stanowią bariery w zwierzęcym upodleniu się w miejscu publicznym.

Nieśmiali sprzedawcy.
Zaś kilka dni temu oglądałem na stronie TVP archiwalny program „Warto rozmawiać” o upijaniu się młodzieży. Były tam apele o respektowanie zakazu sprzedaży alkoholu nieletnim. Była prośba do klientów sklepów, aby wspierali sprzedawców w sytuacjach odmowy, gdy dziecko chce kupić piwo. Okazuje się, że sprzedawcy uskarżają się na protesty dorosłych klientów, gdy dziecko jest odsyłane z kwitkiem ze stoiska monopolowego.

Wnioski?
Szwajcar, Anglik i Fin bywają pijani. Czasem nawet bardzo pijani. Lecz to Polacy mają solidnie wypracowaną etykietkę pijaków. Picie z umiarem, korzystanie z alkoholu jako z dodatku do posiłku jest w Polsce rzadkością. Jednak nie potrafię dokonać głębszej interpretacji, nie wiem o co w tym polskim pijaństwie chodzi. Mogę tylko powiedzieć: ludzie, szanujcie się; to jak pijecie i jak się upijacie wygląda po prostu dziko!