Miesięczne archiwum: Grudzień 2008

Inne kraje.

Jeden z czytelników prosił, abym pamiętał o innych krajach, które odwiedziłem. Piszę o Polsce, przeplatam opisami Szwajcarii, a faktycznie odwiedziłem sporo zakątków Ziemi. Trudno odkopywać szczegóły ostatniej dekady. Jednak pobawię się sam ze sobą w skojarzenia. Wymienię (w dość przypadkowej kolejności) kraj , który odwiedziłem i napiszę z czym mi się kojarzy:

Australia, Sydney – rekordowo otwarci ludzie; wino Chardonnay; pierwsze doświadczenia w prowadzeniu auta w ruchu lewostronnym.

Korea, Seul – dobrze zorganizowane, nowoczesne miasto.

Indonezja, Dżakarta – sympatyczne spotkania z muzułmanami, ciągłe kontrole antyterrorystyczne.

Malezja, Kuala Lumpur – dość wysoka stopa życiowa, niezwykle mocna i dyskryminowana mniejszość chińska.

Tajlandia, Bangkok – kult króla i sporo – jak na Azję – europejczyków.

Singapur – porządek, bezpieczeństwo i dobra organizacja; Singapur to w moich oczach taka azjatycka Szwajcaria, jednak zamiast alpejskiej demokracji mają tam namiastkę demokracji trącącej autorytaryzmem.

Chiny, Szanghaj – zatłoczone, pokryte smogiem, kilkunastomilionowe miasto; miałem zbyt mało czas, aby zagłębić się w przedkomunistyczne klimaty miasta; postało wrażenie zadymionej metropolii.

Hong Kong – jedno z najbardziej zagęszczonych miejsc świata, a jednak zachowało sympatyczny charakter, ma urocze zakątki i przyjazne restauracje.

Indie, Vadodara – pozostaję pod wrażeniem serdeczności i ciepła tamtejszych ludzi; w pamięci pozostaje też widok bardzo biednych ludzi mieszkających w budach z tektury obok zamożnych domów czy hoteli; jednocześnie doskonale rozwija się biznes mimo zaniedbanej infrastruktury.

Południowa Afryka, Johannesburg – serdeczni i otwarci ludzie, a jednocześnie wymuszona poprawność polityczna, mówienie „disadvantaged in the past” („dyskryminowani w przeszłości”) zamiast Murzyni, kwotowe zatrudniania ciemnoskórych i kreowanie demotywacji; brutalna przestępczość; ponoć z roku na rok jest tam coraz gorzej.

Ukraina, Kijów – zaskakująco bezpiecznie i sympatycznie, miasto sprawiło na mnie dobre wrażenie, z przyjemnością jadałem ukraińskie potrawy i godzinami włóczyłem się po kijowskich ulicach.

Czechy, Praga – uwielbiam spacery po praskich ulicach; dawno tam nie byłem, przed laty jako klient knajp byłem obiektem łupienia przez kelnerów (specjalne ceny dla obcokrajowców, dopisywanie różności do rachunku itd.), może to już należy do przeszłości.

Słowacja, Bratysława – wrażenie małego i przytulnego miast.

Austria, Wiedeń -uwielbiam włóczyć się po starych wiedeńskich ulicach.

Niemcy, Kolonia i Frankfurt – kilka razy byłem we Frankfurcie i raz w Koloni; w pamięci pozostają mi posiłki w tamtejszych restauracjach i piwiarniach; trafiałem na wspaniałą atmosferę, trochę rubaszną, raczej wesołą, mocno odbiegającą od polskiego stereotypu Niemców.

Finlandia, Helsinki – zaskakujące odkrycie sporych związków z Rosją i dość serdecznych wspomnień związanych historyczną zależnością od cara.

Rosja, Moskwa – uderzający kontrast między bogatymi i biednymi, picie wódki wszędzie i przez każdego.

Norwegia, Stavanger – zapamiętałem je jako pustawe, pochmurne, zadbane i ładne miasto; moje wrażenia mają pewno związek w pogodą na jaką trafiłem odwiedzając Stavanger – było zimno i padał deszcz.

Wlk. Brytania, Londyn  – lubię to duże, drogie, wielokulturowe i dynamiczne miasto.

Egipt, Kair – pozostałości po starożytności sprawiały, że cieszyłem się z odwiedzenia Egiptu; egipska teraźniejszość nie pozostawiła w mojej głowie szczególnych wspomnień.

Włochy, Mediolan – Włochy to jeden z moich ulubionych krajów; lubię Włochów; cenię sobie, że niemal każde miejsce, gdzie podają posiłki serwuje coś smacznego; tam naprawdę trudno znaleźć kiepską jadłodajnię; sam Mediolan wydaje się miastem biznesu i rozrywki; życie rodzinne chyba lepiej prowadzić w okolicznych miasteczkach i wioskach.

Turcja, Istambuł – śliczne miasto, ciepli ludzie, jogurt jedzony niemal do każdego posiłku.

Grecja, Ateny – nieznośnie korki i dość umiarkowany poziom kultury w usługach.

Belgia, Bruksela – piwo, tatar, pralinki i tłok.

Francja, Paryż -śliczne miasto, urocze kawiarenki; nigdy dość czasu na Paryż!

Hiszpania, Barcelona – śliczne miasto, bardzo lubię atmosferę Barcelony i chętnie tam wracam.

Portugalia, Lizbona – po wizycie w Lizbonie nabrałem przekonania, że Portugalczycy to ludzie melancholijni, tkwiący w lekkiej zadumie i smutku.

Dom nad rozlewiskiem.

Spotkałem się z kolegą, znajomym z czasów, gdy jeździłem po agencjach reklamowych wprowadzając nowe produkty do badania mediów. On był wtedy po drugiej stronie reklamowego szaleństwa: siedział w agencji i z pasją pisał programy komputerowe zliczające jak i kiedy złapać przed telewizorem dzieci, a jak nowobogackich. Upłynęło trochę lat od tamtych zwariowanych czasów. Przy okazji obgadywania środowiska reklamowego zeszło nam na temat książki „Dom nad rozlewiskiem”. Kolega zachwalał książkę i gorąco namawiał do przeczytania. Pewno, gdzieś tam w tle pojawił się u niego jakiś element utożsamiania się z książkową Małgosią. Zrozumiałem to po przeczytaniu książki, gdy sam podzielałem sporo opinii wygłaszanych przez narratorkę. Bohaterka powieści porzuciła reklamę (lub raczej reklama ją porzuciła wysyłając na bruk jako pięćdziesięcioletnią Mądrą Starowinkę) i uciekła w mazurskie zacisze. Przejadło jej się to co faktycznie wygląda beznadziejnie głupio:

„Gigantyczne pieniądze na reklamę nowego proszku, który jest gówniany. Kampania reklamowa paraleku, który od dawna jest w aptekach, ale pod starą nazwą, więc trzeba wzmóc sprzedaż. Ogromna forsa ładowana w telewizyjną reklamę sieci sklepów, która wyzyskuje swoich pracowników, upodlając ich i poniewierając nimi niczym niewolnikami, stosuje niedozwolone chwyty handlowe, towar ma być tani, ale byle jaki. Jedno wielkie oszustwo, a ja dobrze sobie z tego oszustwa żyję.”

Narratorka powieści to chyba w wielu momentach sama autorka, Małgorzata Kalicińska, bo jej opinie o reklamie, opisy dworskich manier przy Woronicza, czy obyczajowość agencyjnej młodzieży trącą bliskim kontaktem z mediowo-reklamową rzeczywistością.

Kilka lat w „oku cyklonu” czyli w nierealnym środowisku reklamy i mediów mogą być dobrym bodźcem do szukania tego co w życiu prawdziwe, szczere i spokojne. Książkowa Gosia uciekła w mazurską głuszę, a mój przyjaciel zaszył się w jakiejś dużej państwowej firmie, gdzie pracuje na luzie, a po godzinach studiuje.

Jednak reklama i telewizja były jedynie punktem wyjścia do niemal pięćsetstronicowej książki. Większość to opowieść o zmaganiu się z tym co w życiu najważniejsze: z miłością, samotnością, szukaniem zrozumienia natury, więzią międzypokoleniową, rodzinach, dzieciach  i pochylaniem się nad losem ludzi z bliższego i dalszego otoczenia. Przede wszystkim jest to powieść o polskich kobietach: organizatorkach, matkach, kochankach, biznesmenkach, opiekunkach, ofiarach i oprawcach. Pisze kobieta i opowiada o świecie widzianym kobiecymi oczami. Na przeciągu tych kilkuset stron niejednokrotnie wycisnęła łzy z moich męskich oczu, czyli jej baśniowy świat trafił do mojej wrażliwości i wyobraźni.

Idą Święta, jak szukacie pomysłu na prezent to „Dom nad rozlewiskiem” może być dobrym kandydatem za 33 złote.