Miesięczne archiwum: Październik 2008

Wyłącz telewizor, odłóż gazetę.

Przestałem oglądać telewizję, nie czytam gazet. Nie interesują mnie najświeższe wiadomości z kraju i ze świata.

Parę lat temu patrzyłbym ze sporą dezaprobatą na osobnika wygłaszającego podobny manifest.

Lubiłem wiedzieć co się dzieje. Wciąż mocno interesuje mnie to co się wydarzyło w naszej wiosce. Z uwagą słucham, że pojemnik na makulaturę jest notorycznie przepełniony, że na pobliskim skrzyżowaniu jest sporo kolizji i trzeba uczulić na to starostę.

Lecz nie interesuje mnie informacja z ostatniej chwili o tym, że Pan Dorn jest obrażony na Pana Kaczyńskiego, który brzydko powiedział o jego zaległościach w płaceniu alimentów. Takie bzdury mogą dotrzeć do mnie, gdy będę czytał podsumowanie jakiegoś zjawiska w tygodniku lub miesięczniku. Gdy uznam, że temat nie jest wart mojej uwagi to przekartkuję magazyn. Jednak kartkowanie Gazety Wyborczej, Dziennika czy Rzeczpospolitej daje mi tyle korzyści ile ćwiczenie gimnastyczne nadgarstka przekładającego kartki.

Kiedyś co wieczór oglądałem TVN24, który wciąż uważam za najlepszy pakiet informacji w polskiej telewizji.

Lecz moje zerwanie z tym zwyczajem jakoś zbiegło się w czasie z wypadkiem polskiego autokaru z pielgrzymami we Francji. Nagle zamiast analiz tego co ma wpływ na polską codzienność pojawiły się tasiemcowe relacje z wypadku drogowego. Dramat kilkudziesięciu osób, które osierociły swoich bliskich zasługiwał na moment zadumy. Lecz zrobienie z tego głównego widowiska na kilka dni wyglądało dla mnie żałośnie. Każdego tygodnia ginie na drogach kilkudziesięciu Polaków. Zostają po nich osamotnione dzieci oraz załamani bliscy. Lecz ich śmierć nie odcina widzów od spraw tego świata. Zabici pielgrzymi to był „news” i wszelkie inne sprawy musiały być temu podporządkowane.

Nieodwołalnie uznałem upadek poziomu TVN24, gdy kilkadziesiąt minut czasu antenowego było poświęcone na… transmisję z lądowania samolotu z rannymi pielgrzymami. Oko kamery śledziło ambulans parkujący na płycie lotniska, z oddali obserwowaliśmy pogawędkę biskupa z oficjelami czekającymi na lotnisku. To wszystko rozgrywało się na ekranie telewizora, który był włączony u krewnych. U nich zawsze gra telewizor, więc mimowolnie byłem świadkiem osiągnięcia przez TVN24 dna merytorycznej pracy dziennikarskiej. Zamiast dziennikarzy mieliśmy jakiś „webcam” zainstalowany na lotnisku.

Do tego doszła refleksja nad rozmiarem czasu traconego przez moje dzieci na głupawe seriale telewizyjne.

W konsekwencji, na początku roku sprzedałem telewizor, a w dużym pokoju postawiłem 27. calowy monitor komputerowy. Monitor podłączyłem do komputera z zainstalowanym oprogramowaniem Media Center – pozwala to zobaczyć filmy na DVD lub z internetu. Część ciekawych programów (np. „Boso przez świat” Wojciecha Cejrowskiego) jest dostępna w sieci za darmo, inne kosztują kilka lub kilkanaście złotych.

Wypowiedziałem umowę Cyfra+ i odbyłem kilka rozmów telefonicznych z ich przedstawicielami. Był to pewno wynik pożytecznej skądinąd procedury przytrzymania uciekającego klienta.

Jednak po drugiej stronie słuchawki słyszałem zakłopotane zawieszenie głosu, gdy na wszelkie propozycje nowej, lepszej umowy odparłem, iż uznałem telewizję za toksyczne medium, które ma zły wpływ na nasze życie, a telewizor już sprzedałem, więc dekoder leży pod łóżkiem i czeka na wysłanie. Cóż handlowiec telewizji satelitarnej może sprzedać takiemu beznadziejnemu klientowi?! Sprzedawali potem tylko życzenia, abym do nich zadzwonił, gdy zmienię zdanie.

Myślę, iż nie zdążę zmienić zdania nim resztki tradycyjnej telewizji zostaną wchłonięte przez internet lub jego następcę. Moim zdaniem nastąpi to jeszcze za naszego życia, prędzej niż właściciele holdingów telewizyjnych tego oczekują.

Jak otoczenie reaguje na nasze życie bez telewizji? Najciekawsze są historie przynoszone przez córki ze szkoły. Rozmiar zaskoczenia jest ogromny. Wiele dzieci nie potrafi sobie wyobrazić życia bez kilku telewizorów. W rozmaitych pomieszczeniach w swoich domach mają telewizory. Oglądają telewizję w każdym nadarzającym się czasie. Lecz nie wydaje się, aby moje dzieci ominęło coś ważnego, co pomaga w rozwoju ich rówieśników.

Dotychczas najgwałtowniejsza była reakcja znajomego moich rodziców. Pewien emeryt zgorszonym głosem wyraził opinię, że brak telewizora to powrót do poziomu życia ludzi pierwotnych.

Na marginesie tego tekstu warto postawić pytanie ile w Cywilizacji Zachodu mamy wciąż demokracji, a ile mamy „telewizjokracji”? Na ile wybory obywateli wynikają z faktycznego rozumienia problemów ich otoczenia, a na ile wynikają ze sposobu przedstawienia rzeczywistości przez dziennikarzy dokonujących – zgodnie z głównym zadaniem swojego zawodu – selekcji informacji i interpretacji rzeczywistości? Pozostawiam Was z tymi pytaniami i życzę „dobrego odbioru”.

Swiss Army Girls.

Polskie dziewczyny poruszają się z gracją. To był mój pierwszy wniosek jaki dzisiaj wpadł mi do głowy po wylądowaniu w Zurychu. Czekając na pociąg włóczyłem się po galerii handlowej. Gapiłem się na ludzi. Lubię przyglądać się ludziom. W Szwajcarii mogę bez skrępowania patrzyć na przechodniów, a jak skrzyżuje się nasz wzrok to następuje rytualna wymiana serdecznych uśmiechów. Pamiętam jak kiedyś N., znajomy Szwajcar, powiedział mi, że to co go wkurza w jego narodzie to nachalne gapienie się na obcych. Nie wiem na ile krytyczna opinia N. jest podzielana przez jego rodaków. Chyba jednak lubią obserwować innych. Widać to wyraźnie w pociągach w niemieckojęzycznej Szwajcarii. Sporo ludzi czyta gazety, a drugie tyle obserwuje innych.

Po kilku latach mieszkania w Alpach przestałem na to zwracać uwagę. Jak widzę utkwiony we mnie wzrok to odruchowo spoglądam na widza i uśmiecham się.

Jak wiesz, drogi Czytelniku, w Polsce skrzyżowanie wzroku ze spojrzeniem nieznajomego rzadko wiąże się z uśmiechem.

Nie wiem jak jest w innych krajach europejskich, bo nie przywiązywałem do tego wagi. Natomiast w Azji (w każdym kraju, który odwiedziłem) w metrze i w sklepach prawie zawsze czuję badawcze spojrzenia lokalnych mieszkańców. Tam jest zupełnie inna sprawa, bo oni studiują moją dziwną fizjonomię. Jestem od nich wyższy, mam bladą twarz, jasne włosy i jakoś tak inaczej osadzone oczy. Mimo, że w miastach, które odwiedzam bywają Europejczycy to wciąż widać jest tam niezaspokojona potrzeba dokładnego zlustrowania wielkoluda z centralnej Europy.

Konkludując mogę powiedzieć, wszędzie na Ziemi ktoś tam kogoś obserwuje, a po jego mózgu krążą badawcze lub zupełnie bezmyślne impulsy elektryczne.

Byłem w tym samym „klubie oglądaczy” snując się wśród szwajcarskich sklepów. Chwilę patrzyłem na młode małżeństwo. Mężczyzna niósł na rękach dziecko, a kobieta pchała wózek. Wyglądali na zadowolonych, rozmawiali energicznie, ich twarze były pogodne. On przystojny, ona zgrabna. Tylko ten jej chód; w Polsce kobiety tak nie chodzą. Ona szła jak facet. Takie ciężkie kroki praktycznie bez ruchu bioder. Straciłem ich z oczu jadąc w dół ruchomymi schodami. Właśnie zamyśliłem się nad tym jak chodzą dziewczyny w Polsce, gdy usłyszałem, że poniżej otwierają się drzwi łazienki. Wymaszerowała z nich młodziutka kobieta o typowo alpejskich kształtach (tzn. stosunkowo szczupły korpus i olbrzymie biodra). Miała na sobie spodnie w stylu militarnym i szła krokiem doskonale pasującym do stroju: stawiała szerokie kroki i posuwała się do przodu kiwając się z boku na bok.

Pamiętam, że mieszkając od jakiegoś czasu w Szwajcarii poszedłem na niedzielny spacer. Na popularnym deptaku nad jeziorem chodziło sporo rodzin. Wtedy zwróciłem uwagę, że kobiety w średnim wieku i starsze zwykle chodzą dość lekko i miło dla oka. Pozostałe, niemal bez wyjątku, stawiały ciężkie niezgrabne kroki. Potem przyzwyczaiłem się do tego zjawiska tak jak przyzwyczaiłem się do widoku Alp, do szarej jesieni i smaku raclette.

Dopiero teraz po codziennym widoku ślicznych polskich dziewczyn zdałem sobie sprawę jak fatalnie chodzi przeciętna Szwajcarka.

Mam nadzieję, że styl Swiss Army Girl nie zrobi kariery w naszych stronach. Swiss Army Knife? Bardzo chętnie! Swiss Army Watch? Od biedy może być. Ale uchowajcie nas od Swiss Army Girls!

U lekarza bez „dzień dobry”.

Żona wróciła od pediatry i rozrzewniła się na wspomnienie naszego szwajcarskiego lekarza. Każdy mały pacjent i jego rodzic był witany przez doktora poprzez podanie dłoni. Krótkie nawiązanie kontaktu, a potem przejście do spraw zdrowotnych.

A tutaj? Pani doktor była zajęta porządkowaniem papierów na swoim biurku. Żona cierpliwie czekała zakładając, że lekarka za chwilę wstanie, podejdzie do niej i przywita się. Ależ skąd?! Pani doktor tylko burknęła znad papierów „Z czym Pani przychodzi?”.

Drodzy lekarze skarżycie się, że Wasze pensje są daleko w tyle za pensjami kolegów z Zachodu? Niestety Wasze obyczaje zdają się mieć podobny dystans do zachodnich kolegów jak Wasze pensje.

Inny kwiatek. „Gdzie to dziecko było szczepione? W Szwajcarii? Ach, tak, słyszałam tam jest kompletny bałagan. Tam rodzice mogą decydować o niektórych szczepieniach.”
Droga Pani Doktor, to co Pani nazywa bałaganem jest określane jako podmiotowe traktowanie pacjenta. Tam pacjent ma rozumieć jakie są pomysły na uzdrawianie jego organizmu i uzdrawianie organizmu jego dzieci. Lecz tutaj pacjent jest chyba jedynie zbiorem objawów chorobowych w rękach wszechwiedzącego i wszechmocnego rycerza przemysłu farmaceutycznego. Tutaj od rozumienia spraw choroby jest lekarz. A pacjent? Czasem zdroworozsądkowo zapyta czy trzeba dziecku dać kolejną serię antybiotyków w tym samym roku. Cóż za nietakt! Przecież gdyby nie trzeba było to by lekarz nie zapiasał antybiotyku (za który najprawdopodobniej dostanie prowizję w postaci zaproszenia na kongres w miłym miejscu w tym czy innym zakątku globu, ale to dyskretnie pominie odburkując na pytanie zatroskanego rodzica). Tutaj małe wyjaśnienie: także w Szwajcarii liczba przepisanych antybiotyków ma wpływ na dochody lekarzy. Ta marketingowa choroba drąży przychodnie na Zachodzie, jak i na Wschodzie.

Drodzy lekarze jesteście potrzebni i szanuję poświęcenie i ciężką pracę wielu z Was. Lecz proszę, zejdźcie z piedestału na który wdrapaliście się dawno temu. Jesteście naszymi partnerami w poszukiwaniu zrozumienia naszych organizmów i utrzymania ich w zdrowiu. To co się wtacza do Waszego gabinetu to nie jest jednostka chorobowa, lecz żywy człowiek ze swoją mądrością życiową, z pewną znajomością swojego organizmu, z którym przebywa 24 godziny na dobę oraz z wolą zrozumienia tego co się dzieje z jego ciałem i jak wspólnie się z tym uporacie.

Komunikacyjne łamigłówki.

Dzień po dniu coraz bardziej czuję się w Polsce „u siebie”.
Ostatnio spotkałem się ze znajomymi, którzy wrócili ze Szwajcarii przed rokiem. Przez pierwsze miesiące mieszkania w Polsce mój kolega dużo podróżował. Stwierdził, że zderzenie z polską rzeczywistością przeżył dopiero w ostatnich dwóch miesiącach, gdy zmienił mu się charakter pracy. Zamiast w Paryżu spędza teraz więcej czasu w Warszawie, częściej bywa w sklepach i ma kontakt z ludźmi.
Ciężko to znosi. Ja też trochę podróżuję, więc może to moje zetknięcie z codziennością jest częściowe.

Jednak żyję w przekonaniu, że moje lądowanie w Polsce jest rzeczywiste, a poczucie oswajania rzeczywistości prawdziwe i ostateczne.
Nadal notuję swoich spostrzeżenia nim zatrze je pamięć.

Jest trochę drobiazgów, które można by usprawnić przy niewielkich nakładach. Chcę ustrzec się przed etykietką krytykanta. Uważam, że życie wśród Polaków może być sympatyczne. Lecz tym bardziej chcę podkreślić to co razi i zniechęca.

Dzisiaj zastanawiałem się nad sprawą informacji. Wydaje mi się, że w Polsce jest to wyzwanie, które już w rozmaitych publikacjach wytykali obcokrajowcy zwiedzający nasz kraj. Chodzi głównie o informację wizualną na drogach, dworcach czy w biurach. Mimo coraz lepszych obwodnic, coraz czystszych przystanków oraz nowoczesnych biur wciąż widać kolosalne zacofanie w sferze informacji. Widzę to szczególnie wyraźnie, gdy przypominam sobie podejście do informacji w Szwajcarii. Tam nawet drobna zmiana w sytuacji drogowej powoduje ustawienie nowych oznaczeń, dopasowanie pasów ruchu itp.

W Polsce widzę raz na jakiś czas akcje poprawiania rzeczywistości. Pamiętam jak wiele lat temu w Warszawie wprowadzono nowy system tablic informacyjnych z nazwami ulic i wyraźnymi numerami budynków. Potem miasto zastygło w przekonaniu, że sprawa informacji jest zamknięta.
Od tego czasu przybyło trochę dwupasmówek, mamy nowe wiadukty usprawniające ruch w mieście lecz pozostał bałaganiarski system oznaczania kierunków ruchu.

Warszawa jest naturalnym punktem tranzytowym dla podróżnych z wszelkich zakątków kraju. Miasto jest zatłoczone i pełne samochodów. Podobny obraz jest w wielu metropoliach. To naturalne, że trzeba jechać w skupieniu poszukując właściwego skrzyżowania lub zjazdu z obwodnicy. Warszawa dodatkowo funduje kierowcom komunikacyjną łamigłówkę.
Tutaj dwupasmówka nagle zmienia się w cztery pasy – dwa jadą w lewo, a dwa prosto – i trzeba z wyprzedzeniem zająć odpowiedni pas. Lecz próżno szukać o tym informacji ma tablicach informacyjnych. Lokalni kierowcy wiedzą, jak jechać, zaś goście nie są najwyraźniej zmartwieniem zarządcy warszawskich dróg  (vide: Aleje Jerozolimski od centrum tuż przy skręcie w Łopuszańską).
Innym wynalazkiem jest nagłe dodanie dodatkowego pasa ruchu, który bez uprzedzenia kończy się po kilkuset metrach. Taki wykwit komunikacyjnej bezmyślności widziałem przy tych samych Alejach Jerozolimskich, lecz w przeciwnym kierunku na wysokościLeroi Merlin. Przy drodze stoi tablica informacyjna z trzema strzałkami skierowanymi do przodu. Faktycznie w tym miejscu dwupasmówka przechodzi w trzy pasy, ale za kilkaset metrów prawy pas nagle się kończy. Zatem po co tam ambitna tablica z trzema pasami? Być może w przyszłości będzie tam dłuższy trzeci pas, a obecnie stoi tam optymistyczna tablica, bo od niej rozpoczęto budowę drogi? Kilka razy rano widziałem zamieszanie spowodowane taką organizacją ruchu. Zdarza się, że kierowcy sumiennie jadą w korku dwoma środkowymi pasami nie korzystając z kilkuset metrów prawego pasa. Nagle jeden kierowca chce być sprytniejszy od pozostałych, przeskakuje na prawy pas i pędzi kilkaset metrów, aby z przodu wbić się do ruchu. Natychmiast pojawia się kilkunastu naśladowców „spryciarza” i korek staje. Wtedy kierowcy ciężarówek wysyłają jednego ze swoich kolegów, aby blokował ślepy pas i pozwolił korkowi ruszyć do przodu. Zupełnie niepotrzebne zamieszanie spowodowane dziwolągiem informacyjnym.

Do tego dochodzi problem informacji w autobusach, tramwajach i pociągach. Czasem są pojazdy z elektronicznym wyświetlaczem nazwy następnego przystanku. W niektórych pociągach (chyba tylko wIC ?) obsługa zapowiada nazwę stacji przez głośniki. Lecz mimo, że pozostały tabor transportowy ma zainstalowane głośniki to nie ma zwyczaju, aby prowadzący pojazd zapowiadał nazwę następnego przystanku. Szczególnie jesienią i zimą, gdy wieczory są ciemne ciężko jest się zorientować jak daleko jesteśmy od celu. Pozostaje dopytywanie współpasażerów o najbliższy przystanek.

Myślę, że może to być nośny temat, gdy przygotowania do Euro2012 nabiorą większego tempa. Wtedy – mam nadzieję – Polacy zastanowią się jak przetrwać w polskich miastach polegając na informacja na drogach i w środkach komunikacji publicznej.