Miesięczne archiwum: Wrzesień 2008

Muzeum Powstania Warszawskiego.

Wraz z żoną i dziećmi zwiedziliśmy Muzeum Powstania. Bardzo mi się podobało zarówno muzeum, sposób ekspozycji eksponatów jak i solidne podejście do rzeczy przewodniczki, która nas oprowadzała.

Do muzeum poszliśmy wraz z naszymi przyjaciółmi, którzy przywieźli ze Szwajcarii grupę polskich dzieci uczących się w tamtejszej szkole polonijnej. Rozpoczęliśmy od spotkania z ludźmi, którzy przeżyli Powstanie: jeden jako dwudziestoletni żołnierz AK, a drugi jako piętnastolatek obserwujący tamte wydarzenia. Jeden z nich to dziadek uczniów ze szwajcarskiej szkoły, a drugi to krewny ich nauczyciela. Spotkanie było rodzinnie serdeczne.

Kolejne zetknięcie z tematem Powstania Warszawskiego znowu obudziło pytania o sens wydania rozkazu ataku 1 sierpnia 1944. Wszystko co nastąpiło po wybuchu Powstania to piękna karta bohaterstwa, odwagi, miłości Ojczyzny. Młodzi żołnierze odpowiedzieli na rozkaz swoich dowódców i stanęli o walki o Polskę.

Lecz wydanie rozkazu prowadzenia walki na terenie miasta – i co za tym idzie narażenie na ogromne straty ludności cywilnej – to dla mnie wygląda jak brawurowe podejście do kwestii planowania działań wojennych. Młodzi Warszawiacy nie musieli wiedzieć, że losy Polski zostały już przesądzone, a Roosevelt i Churchill oddali Polskę Stalinowi. Lecz wydający rozkaz wybuchu Powstania wzięli na swoje sumienia sporo zwykłych ludzi, którzy nie mieli (i chyba nie chcieli mieć) z tą akcją nic wspólnego.
Dyskutowanie o Powstaniu to wciąż drażliwe wyzwanie. Póki żyją Ci, którzy rzucili na szalę swoje młode życia, dopóty pytania o sens Powstania są mylone z pytaniem o ich bohaterstwo i miłość Ojczyzny. Mam nadzieję, że z czasem zdobędziemy się na zdroworozsądkowe podejście do sprawy Powstania i wyciągniemy z tego naukę na przyszłość. Jak uczą nasze dzieje, raz na jakiś czas pojawia się zakręt w naszej historii. Szkoda, aby wtedy u naszych liderów zdrowy rozsądek i odpowiedzialność za innych było zastąpione myśleniem rodem ze szkoły oficerskiej.

Patrząc na Muzeum Powstania pomyślałem, że ma ono duże szanse na dalszy rozwój. Chętnie zobaczyłbym Powstanie oczami Niemców i Rosjan. Chciałbym posłuchać o osobistych tragediach żołnierzy Wehrmacht’u, którzy stanęli w obliczu rozkazów o mordowaniu ludności cywilnej i łamaniu zasad, który im wpajano. Poza degeneratami z rozmaitych specjalnych odziałów było też na ulicach Warszawy sporo niemieckich żołnierzy, którzy przeżywali swoje ludzkie tragedie. Po obu stronach barykady byli ludzie ze swoimi  dramatami. Może za wcześnie na takie pomysły? Póki co nad Wisłą jest chyba wciąż zapotrzebowania na czarno-białą historię…

Lecz życie pisze swoje historie niezależnie od piór publicystów. Podczas zwiedzania muzeum przeciskałem się przez kanały tuż za Panem Powstańcem i jego wnukami. Przedzierając się przez mrok wąskich korytarzy chłopcy nawoływali się po niemiecku. Życie potrafi pisać barwne scenariusze…

Słońce.

Po kilku dniach deszczu i chłodu mieliśmy piękny słoneczny dzień.
Z radością konstatowałem, że piękny dzień jest głównym tematem rozmów. W radiu dziennikarze cieszyli się, że za oknem słońce. W biurze koledzy mówili o ładnym dniu.
Jak miło słyszeć ludzi, którzy radują się z powodu codziennego, elementarnego zjawiska. Moim zdaniem umiejętność zwracania uwagi i cieszenia się z prostych codziennych rzeczy to miły objaw równowagi jaka zagościła w polskim życiu.

Jestem, żyję, mam się dobrze.

Kochani Czytelnicy,
Uprzejmie Was informuję, że wciąż żyję i mam się całkiem dobrze. Jednak czuję nieubłagany brak wolnego czasu. Sporo się dzieje, lecz widzę, że serdeczność kruszy w wielu sytuacjach lody napięcia, poddenerwowania czy jesiennej depresji.
Odsetek malkontentów w Polsce zdecydowanie przewyższa to co obserwowałem w Szwajcarii i kilku innych miejscach na Ziemi. Skąd to się bierze? Bez względu na genezę obowiązującego w Stolicy narzekania widzę, że ze swoim optymizmem bywam traktowany jak stosunkowo niegroźny wariat.  Zatem moje kontakty towarzyskie koncentruję na znajomych, którzy też potrafią cieszyć się tym, że mamy kolejny ciekawy dzień.

W tym tygodniu mija dwa miesiące od naszej przeprowadzki do Polski. Dzieci mają już czwarty tydzień szkoły. Żona czwarty tydzień pracy. Syn poszedł do przedszkola. Rozpoczęliśmy robotę papierkową związaną z pozwoleniem na budowę.

Do usłyszenia!

TED – wykłady na każdy temat.

Co można robić siedząc samotnie za kierownicą? Słuchać muzyki? Rozmawiać przez telefon? Uczestniczyć w wykładach?
Ostatnio jeden z kolegów pokazał mi stronę http://www.ted.com Skrót TED to Technology, Entertainment, Design.
Jest tam zbiór setek wykładów osób, które brały udział w dorocznych konferencjach organizacji TED i wygłosiły swoje 18 minutowe wykłady. Wystąpienia dotyczyły rozmaitych tematów. Wybrałem kilka prezentacji w interesujących mnie dziedzinach, skopiowałem je na telefon komórkowy (który pełni rolę mojego odtwarzacza mp3), podłączyłem do samochodowych głośników i słuchałem podczas jazdy.
Zacząłem od Jill Bolte Taylor, która jako naukowiec zajmuje się mózgiem, a mówiła o przeżytym przez siebie wylewie („My stroke of insight”). Przeskoczyłem też do dziedziny bliskiej moim zainteresowaniom i posłuchałem o rywalizacji telewizji i internetu („Peter Hirshberg: The Web and TV, a sibling rivalry”). Potem sięgnąłem po temat rozwoju gospodarczego w Nigerii (Ngozi Okonjo-Iweala: „How to help Africa? Do business there”). Wysłuchałem też wystąpienia Stephen’a Petranek’a o 10 sposobach w jakim mógłby nastąpić koniec świata („10 ways the world could end”).
Fajnie spędziłem czas przemierzając dziesiątki kilometrów szwajcarskich autostrad w drodze do przyjaciół w różnych zakątkach kraju.

Radio.

Lubię słuchać radia: w domu, w samochodzie czy nawet przez słuchawki telefonu komórkowego, gdy jestem poza domem. Mam tak od dawna i dobrze mi z tym.
Po przyjeździe do Polski przeszukałem stacje, które łapało moje samochodowe radio. Sporo tego jest. Lecz niewiele gra taką muzykę, którą mogę dłużej słuchać bez potrzeby zmiany na inną stację. Dobrym wyjątkiem jest Radio Jazz. Mogę ich z przyjemnością słuchać przez kilkadziesiąt minut w drodze do pracy. Fajnie brzmią też Radio Złote Przeboje i Radio Kolor.

Lecz w podwarszawskim mieszkaniu udało mi się złapać tylko RMF, Jedynkę i Trójkę. Kilka lat temu nie miałbym najmniejszych wątpliwości. Prawie bez przerwy słuchałbym Trójki, a czasem zmieniał na RMF. Jedynkę odpuściłbym sobie na dobre jako radio dla emerytów. Lecz w 2008 sprawa wygląda zupełnie inaczej. To właśnie publiczna Jedynka jest stacją, przy której jako tako funkcjonuję. Trójka zwykle gra jakąś tak udziwnioną muzykę, że nie potrafię jej słuchać. Zaś RMF od radia, które uznawałem za popularną rozgłośnię z muzyką dla całej rodziny, przeszło do czegoś co chyba ma trafiać do nastolatków lub ich odrobinę starszych kolegów. Ja się nie nadaję na słuchacza RMF FM.

Którejś soboty rano chwilę posłuchałem radia i po przeskoczeniu tych trzech stacji poddałem się.
Włączyłem komputer, wszedłem na stronę www.radiopilatus.ch i wybrałem link  „Online Hören”. Nareszcie z głośników popłynęła muzyka, przy której mogłem się spokojnie krzątać po domu (nie notowałem tego sam – już po wysłuchaniu skopiowałem ze strony rozgłośni):
9:22 Celine Dion  – Tout L’or Des Hommes
9:25 Bryan Adams – I Thought I’ve Seen Everything
9:30 Paul Simon – You Can Call Me Al
9:33  Jennifer Lopez – Que Hiciste
9:39 Counting Crows – Big Yellow Taxi
9:42 Desree – Life
9:48 James Blunt – Carry You Home
9:52 Stacie Orrico – I Could Be The One
9:56 Janet Jackson – That’s The Way Love Goes

Nie wierzyłem, że nie ma rozgłośni, której mógłbym słuchać.
Pojechałem do supermarketu elektronicznego Saturn, kupiłem antenę ze wzmacniaczem i po kilku ewolucjach z jej ustawianiem mogłem już złapać Jazz i Złote Przeboje.

Dodam, że skutecznie izoluję się od większości audycji słownych. Po kilku podejściach już wiem, że słuchanie programów publicystycznych to strata mojego czasu i ładowanie się negatywnymi emocjami. Ponoć media są produktem rynkowym jak każdy inny i serwują to na co jest zapotrzebowanie. Widać, że w Polsce jest wielkie zapotrzebowanie na złe wiadomości, na krytykę i samobioczowanie.
W fotel wbiła mnie sprawa olimpiady. Nie interesowałem się igrzyskami i nie oglądałem transmisji. W Szwajcarii jeden ze znajomych (nie-Polak) poinformował mnie, że jesteśmy w pierwszej dwudziestce krajów medalowych i obydwaj uznaliśmy, że to całkiem niezła pozycja. Po przyjeździe do Polski usłyszałem, że jest jakaś ogólnonarodowa debata i szukanie winnych polskiej klęski w Pekinie. Cóż, jak ktoś lubi się martwić to znajdzie sobie powód do trosk.
Wracając z pracy włączyłem na chwilę radiową Jedynkę. Trwała tam wymiana zdań o podziale bolesnej odpowiedzialności za „Pekin” pomiędzy działaczy, sportowców i władze państwa. Dziennikarka prowadząca audycję zakończyła entuzjastycznym stwierdzeniem  „Może nie warto się tak martwić igrzyskami, jest tyle innych spraw, którymi powinniśmy się martwić w Polsce”. Moim zdaniem to podsumowało podejście do rzeczywistości jakie słyszę w większości rozgłośni. Wydaje się, iż polski słuchacz wstaje rano, włącza radio i zadaje sobie pytanie: czym będziemy się dzisiaj martwić?!
Dziennikarze w pocie czoła wyszukują wszelkich śladów nieszczęść w naszym otoczeniu, a potem dumnie donoszą: „Skandal w Brukseli! Brakło jednego krzesła przy stole obrad.” Jak to usłyszałem, iż z takiej bzdury robi się „news” to skutecznie przestałem słuchać wszelkich wiadomości.
Mimo, że nic nie łączy mnie z Kościołem to czasem trafiam na fajne programy w katolickim Radiu Puls Józef – na przykład kiedyś z przyjemnością trafiłem na uroczą wieczorną audycję o Aleksandrze Dumas. Prowadzący program opowiadali o Dumas z pasją i masą anegdot. Program był przeplatany fajną muzyką. To był piękny wyjątek na mapie medialnego ględzenia.
Podsumowując powiem, że widziałem na Ziemi wiele miejsc, gdzie ludziom żyje się niewyobrażalnie gorzej niż w Polsce. Lecz tyko w Polsce słyszę o tym, że ludzie żyją w najpodlejszym, najbiedniejszym, najbardziej skorumpowanym, nieprzyjaznym, brzydkim i beznadziejnym miejscu na globie!