Miesięczne archiwum: Sierpień 2008

Szwajcarskie impresje.

Przyjechałem na kilka dni do Szwajcarii. Po raz pierwszy od kilku lat jestem tu gościem.
Fajnie być ponownie w miejscach, gdzie spędziłem osiem lat. Z domu przywiozłem llistę zakupów. Są tam drobiazgi, które kupuję i zabieram do Polski: ser do fondue, batoniki z otrębami Farmers, gorzkie czekolady, cukierki trochę podobne do karmelowych toffi, odplamiacz do ubrań oraz naklejka na samochód z herbem kantonu.

Miałem też ochotę na dwa dania, które są zupełnie nieszwajcarskie, ale w Polsce są zwykle przyrządzane w kiepski sposób: pizza oraz sałatka (czyli to co w polskich knajpach figuruje pod nazwą „zestaw surówek”).
W centrum wioski jest pizzeria prowadzona przez Włocha i tam w menu jest kilkanaście rodzajów pizzy z normalnymi składnikami jakich oczekuję od pizzy. Bo ostatnio w polskiej pizzerii przebijałem się przez listę pizzy z pieczarkami, mięsem mielonym oraz pizzy z kebabem! Nie było ani jednej pizzy z rukolą, ani z szynką parmeńską. Inną historią są surówki. W Szwajcarii gdziekolwiek poproszę o surówkę, czy to z zielonej sałaty, czy to mieszaną to zawsze dostaję miskę apetycznych warzyw.
W Polsce już się poddałem. Nawet nie zamawiam sałatki cesarskiej po tym jak ostatnio składniki pływały w sosie nalanym okropnym nadmiarze.

Zatem pierwszy szwajcarski wieczór spędziłem zajadając się pizzą z szynką i rukolą. Drugiego wieczora jadłem w restauracji hotelowej i tam rozpocząłem od wyśmienitej surówki. Potem jako główne danie miałem tatara. Moje podniebienie dużo lepiej czuje się z polską odmianą tatara : takiego z ograniczoną liczbą składników, gdzie dominuje surowe jajko, odrobina posiekanych ogórków kiszonych i cebuli. W Szwajcarii dostałem tatara, gdzie mięso było wymieszane z sosem pomidorowo-oliwkowym. Do tego tosty. Teraz już wiem, że wolę tatara bez sosu pomidorowego. Przy okazji nadmienię, że przed paroma miesiącami ze zdziwieniem odkryłem jak popularny jest tatar w Brukseli. Belgowie jedzą go podobnie jak Polacy nie udziwniając smaku przecierem pomidorowym. Natomiast jedzą swojego tatara bezwarunkowo z frytkami! Mimo, że frytki jadam tylko okazjonalnie to ze smakiem pożarłem belgijską kombinację tatarską.

Podczas pobytu w Szwajcarii dowiedziałem się, że mam uczestniczyć w ślubie kolegi. Miałem w walizce jedynie dżinsy i koszulki polo. Kolega jest Włochem, zaś jak wiedzą Ci, którzy mają wokół siebie Włochów, dżinsy są uznane za ubranie nieprzystające do żadnej poważniejszej imprezy. Korzystając z faktu, że czwartek jest jedynym dniem, gdy sklepy są wciąż otwarte po 19:00 pojechałem do Lucerny. W ciągu godziny byłem ubrany za równowartość 300 złotych – u ludzie mówią, że Szwajcaria to drogi kraj! Przyznam, że prawie wszystkie kupione produkty pochodziły z końcówki letniej wyprzedaży, czyli  były sprzedawane z rabatem 25%-50%.
Aby nie być gołosłownym podam Wam szczegółowe ceny (w przeliczeniu na złotówki):
1. Buty skórzane Bata 60 zł
2. Spodnie bawełniane Avant Premiere Manor 40 zł
3. Pasek do spodni 40 zł
4. Koszula Vinci Manor 40 zł
5. Krawat C&A 40 zł
6. Marynarka lniana Angelo Litrico C&A 80 zł
Zatem byłem ubrany od stóp do głowy w ubrania, których z pewnością nie powstydzę się na imprezie. Nie policzyłem skarpet i bielizny. Dodajmy na nie 50 złotych co da nam w sumie 350 złotych. Nie liczę tu paska do zegarka, bo to można było go pominąć i nie zakładać zegarka na uroczystość. Ja jednak chciałem iść z zegarkiem, więc za 60 złotych kupiłem pasek w kolorze butów i paska do spodni, bo nie wyobrażałem sobie iść na ślub z kauczukowym paskiem.
Jak się chwile zastanowię i przypomnę sklepy i ceny jakie widziałem w Polsce to stwierdzam, że za 350 złotych mógłbym się ubrać w hipermarkecie lub na bazarku. W obydwu przypadkach uznałbym, że kupiłem ubrania jednorazowe, które po pierwszym praniu przeznaczę na szmaty.
Kupienie ubrań porównywalnych z tym co właśnie nabyłem to w Warszawie kilkakrotnie wyższy wydatek. Po kilku tygodniach w Polsce widzę, że porządne ubrania są nieprzyzwoicie drogie w tym dość ubogim kraju. Już nawet nie chce mi się zadawać pytania dlaczego taniej ubiorę się w Szwajcarii niż w Polsce. Bo przecież w Polsce „tak dobre rzeczy muszą tyle kosztować” oraz „jak Pana nie stać to tu za rogiem jest butik z trochę tańszymi ubraniami”. Zatem drodzy rodacy, polecam zakupy w mitycznie drogiej Szwajcarii. To prawda, że Szwajcaria jest droga (np. w porównaniu z USA), ale Polska jest jeszcze droższa!

Jedno okienko Tuska.

Ktoś ze znajomych przysłuchiwał się moim opowieściom o rejestracji działalności gospodarczej i szyderczo skomentował, że kiepsko wygląda to „jedno okienko Tuska”. Nie wiem dokładnie kiedy i w jaki sposób Premier mówił o uproszczeniu rejestracji. Lecz coś takiego chyba padło, bo kilka osób w podobny sposób reagowało.
Faktycznie rozpoczęcie samozatrudnienia jest trochę skomplikowane. Na szczęście moja pani księgowa przygotowała listę spraw do załatwienia, więc wiedziałem co robić.
Po około trzech tygodniach od pierwszej wizyty w urzędzie gminy jestem „samozatrudniony”.
Pierwszy krok to była rejestracja w gminie. Etap dość prosty, wymagał wypisania formularza zgłoszeniowego i wpłacenia do kasy 100 złotych.
Lecz jako, że każda przyszła zmiana wpisu to koszt 50 złotych, więc znajoma doradziła mi, abym wypisał wszelkie kategorie w jakich jest szansa na potencjalne realizowanie moichusług . Nie lubię niepotrzebnie wydawać pieniędzy więc z klasyfikacji GUS wybierałem tak perspektywicznie aż doszedłem do 38 podkategorii!
Skoro tyle wybrałem to musiałem je żmudnie przepisać na druk zgłoszenia.
Po niespełna tygodniu otrzymałem potwierdzenie rejestracji i pojechałem z nim do Urzędu Statystycznego. Teoretycznie ten krok mogła za mnie załatwić gmina, ale wtedy okres rejestracji wydłużyłby się z tygodnia do miesiąca. Wolałem to załatwić osobiście.
Dobrze zrobiłem, bo trwa obecnie jakieś zamieszanie związane z nowymi i starymi kategoriami GUS. Klient wpisuje do formularza tylko nową kategorię, a urzędnicza dopisuje także stary odpowiednik. Toteż do mojej kategorii usług związanych z informatyką przypisała „produkcję komputerów”. Jako, że z produkcji komputerów nie będę żył to poprosiłem o znalezienie innej starej kategorii. Pani przestała być miła i z wyraźnie niezadowoloną miną poszła drukować skorygowany dokument. Był to jedyny zgrzyt w bezbolesnym procesie początków samozatrudnienia.
Po załatwieniu GUSu zrobiłem sobie urlop i pojechałem nad Bałtyk. Przed wyjazdem wszedłem na stronę mBanku i złożyłem wniosek o otwarcie konta firmowego – załatwienie u nich konta miało trwać kilka dni. Tuż po tygodniowym urlopie spotkałem się z kurierem, który przywiózł mi umowę z bankiem. Umowa była konieczna, aby odwiedzić urząd skarbowy. Tam zgłosiłem, że będę prowadził działalność, płacił VAT, założę książkę przychodów i będę odprowadzał do państwa 19% podatek liniowy. W sumie to trzy formularze w dwóch okienkach i opłata za zgłoszenie VAT 170 złotych.
Potem czekała mnie już tylko wizyta w ZUS. Tutaj miałem do wypełnienia trzy druki pełne numerów i rubryk. Jako, że zgłaszałem całą pięcioosobową rodzinę, więc wyszło tego sporo.
Na tym zakończyłem ścieżkę rejestracyjną. Potrzebowałem na to ok. dwóch dni łażenia po urzędach i 270 złotych opłat oraz trzech tygodni jakie upłynęły od złożenia pierwszych papierów w gminie do wizyty w ZUSie.
Ogólne wrażenie mam dobre. Zawdzięczam to w dużej mierze mojej księgowej dzięki, której dokładnie wiedziałem, gdzie mam załatwiać jakie sprawy. Po drodze spotykałem nieszczęśników, którzy nie wiedzieli co, jak i po co mają wypełnić.
Z ogólnych obserwacji powiem, że zaskoczyło mnie, iż większość urzędniczek, z którymi miałem do czynienia to młodziutkie panie. Z moich poprzednich działalności gospodarczych pamiętałem raczej sporo starsze ode mnie pracownice. Po chwili zreflektowałem się, że poprzednio załatwiałem takie sprawy kilkanaście lat temu i wtedy nawet trzydziestolatka mogła mi się wydawać kobietą w poważnym wieku. Zaś obecnie, gdy blisko mi do czterdziestki, to nietrudno widzieć wokół masę młodych osób. Nawet te trzydziestolatki gotów jestem uznać za dziewczyny. Zmienił mi się punkt odniesienia, a ja jakoś zignorowałem upływ czasu.
Przypomina mi to historię z dzieciństwa, gdy ojciec wracał z pracy i mówił co tam zrobiły jego koleżanki. Np. oznajmiał, że „dziewczyny przyniosły do biura ciasto”. Znałem te panie z biura taty i to absolutnie nie były dziewczyny! To były zaniedbane panie w średnim wieku. Tak je postrzegałem swoimi chłopięcymi oczętami. Dzisiaj podobnie reagują nasze dzieci, gdy żona mówi o spotkaniu z „dziewczynami ze studiów”. Czyli pozostajemy na zawsze młodzi, tylko dzieci nam za szybko dorośleją!
Może jak już całkiem wydorośleją to zobaczą prawdziwe „jedno okienko Tuska”, z którego moi rówieśnicy sobie na razie żartują.

Usługa przeprowadzkowa.

Po miesiącu od rozpakowania ciężarówki przed naszym domem możemy uznać, że przeprowadzka jest już za nami.
Po przybyciu pod nasz dom pod Warszawą firma przeprowadzkowa miała stosunkowo niewiele do zrobienia (w porównaniu z tym co robili w Szwajcarii). Bowiem rozpakowywanie pudeł wzięliśmy na siebie, zaś oni pownosili kartony i skręcili meble. Przeprowadzkę robiła ponoć jedna z lepszych firm przeprowadzkowych. Jeśli to prawda to jak podły musi być standard tych firm z dolnej półki?!
Jak już wcześniej pisałem, w Szwajcarii pakowali nas ludzie podnajęci przez firmę przeprowadzkową. Przyjechali z Poznania i w sumie solidnie zrobili swój kawałek przedsięwzięcia. To był fajny kawałek naszego przedsięwzięcia przeprowadzkowego.
Tutaj relacjonuję ostatni etap prac. Zobaczyłem, że do rozpakowywania pod Warszawą przysłano facetów, którzy wyglądali jakby nie mieli najmniejszego doświadczenia w przeprowadzkach. Nie wiem jak się odbyło wnoszenie paczek do mieszkania, bo nie było mnie przy tym. Pojawiłem się nazajutrz, gdy miało nastąpić rozpakowanie.
Wyglądało to jakby przyjechało trzech amatorów i jeden zawodowiec. Ten profesjonalista to Pan K. Od wielu lat pracował on w branży przeprowadzkowej, miał porządne narzędzia połączone z wolą pracy. Lecz na mój gust miał on więcej talentu do przeprowadzki niż do kierowania swoimi nieszczęsnymi podwładnymi.
Piątym pracownikiem był Pan A., który był u nas w Szwajcarii i tutaj pojawił się, aby pomóc w przypadku wątpliwości. Faktycznie były wątpliwości, lecz zostały rozwiane dopiero kilka dni, a niektóre kilka tygodni po przeprowadzce.
Na przykład na biurku córki nie było półki, bo zawieruszyły się śruby. Pan A. nakazał poszukiwania w kartonach oznaczonych imieniem mojej córki. Trzej nieszczęśnicy wrócili z informacją, że wszystko sprawdzili, ale śrub nigdzie nie ma. Zostawiliśmy ten temat w spokoju, a nazajutrz sam znalazłem zawiniątko ze śrubami na wierzchu pierwszego kartonu przy drzwiach do pokoju córki.
Natomiast w dużym pokoju brakowało klamek od szaf. Pan A. był przekonany, że klamki zostały przyklejone gdzieś do mebli. Poszukiwania zakończyły się klęską. Trzy tygodnie później żona odkryła klamki wśród swoich skarpet.
Muszę przyznać, że patrząc na nieskładną pracę tej ekipy miałem ochotę pozbyć się ich jak najszybciej. Nic nie zapowiadało, aby z tych trzech straceńców można było wykrzesać motywację do pracy albo kompetencje do jej wykonania.
Zatem poprosiłem, aby powiesili ubrania w szafach i by na tym zakończyli rozpaczliwą misję rozpakowywania. Po jakimś czasie oznajmili, że pudła typu „wardrobe” są rozpakowane. Podziękowałem i z ulgą pożegnałem ten obraz pracowniczej nędzy.
Później zauważyłem, że rozpakowali tylko połowę wieszaków. Co więcej, wieszali mieszając ubrania męskie z damskimi.
Czyżby porządni pracownicy opuścili Polskę i na lokalnym rynku pracy pozostały jakieś niedobitki?
Z niniejszego tekstu wyłania się obraz trzech nieszczęśników, których przerastała praca przy przeprowadzce. Nie chcę zwalać winy na tych trzech przypadkowych młodzieńców. Bowiem moim zdaniem odpowiedzialność spada na osoby, które przyjęły ich do pracy. Może kierownicy firmy byli przyparci do muru brakiem ludzi i wzięli robotników „z łapanki”, albo może sami reprezentowali równie niski poziom kompetencji.
Lecz – jak już wspomniałem – Pan K. był niewątpliwie kompetentny w dziedzinie przeprowadzek. Sprawiał wrażenie solidnego faceta. Brał się do roboty i dobrze ją wykonywał. W zasadzie trzech amatorów było dla niego tylko niepotrzebnym balastem. On chyba nawet szczególnie nie miał ochoty z nimi pracować. Nawet nie zadał sobie wysiłku, aby nauczyć się ich imion i zwracał się do nich bezosobowo typu „Ty, zawołaj z góry tego drugiego”. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że on nie wie czy ma do pomocy trzech czy czterech ludzi. Zatem oddaję mu należny szacunek za solidność pracy, lecz moim zdaniem wpakowanie go w rolę kierowniczą to nieporozumienie.
Na szczęście etap współpracy z tą znaną i renomowaną firmą przeprowadzkową mam już za sobą.
Ujmując sprawę faktograficznie, mogę skonkludować, że to co miało być przewiezione zostało przewiezione. Nie zanotowaliśmy żadnych poważniejszych strat. Czyli bilans jest pozytywny. Lecz jak pomyślę, że za taką radosną twórczość mój pracodawca zapłacił około 27’000 PLN za przewiezienie moich 60m3 to dochodzę do wniosku, że była to bardzo droga usługa o przeciętnej jakości.

Twarde życie, twarde obyczaje.

Po przeprowadzce do Szwajcarii początkowo raziła mnie uprzejmość Szwajcarów. Wydawało się, że jest ona nadmierna, cukierkowa i powierzchowna. Jednak po kilku latach to wszechobecne „proszę”, „przepraszam”, „czy byłby Pan uprzejmy mi powiedzieć…” stało się dla mnie zupełnie naturalnym elementem codzienności. Każda sprzedawczyni obowiązkowo witała mnie pozdrowieniem „Grüezi”. Niektóre robiły to ze spontanicznym uśmiechem, inne w dość wymuszony i formalny sposób, ale zawsze nawiązywały kontakt wzrokowy i dodawały ludzki pierwiastek to zakupów.

Teraz przechodzę ścieżkę kulturową w przeciwnym kierunku. Widzę, że w wielu przypadkach w Polsce to na kliencie spoczywa obowiązek przełamania napiętej atmosfery jaką na powitanie funduje pochmurny sprzedawca. „Zamykamy drzwi!” – wykrzyknął w moi kierunku warszawski recepcjonista w warsztacie samochodowym Nissana. „Nie blokujcie przejścia do innych stolików!” – wypaliła do nas nadmorska kelnerka w pizzerii bez cienia zwrotu grzecznościowego na powitanie. Obydwoje to młodzi ludzie, kilkanaście lat młodsi ode mnie – są oni żywym dowodem na to, iż mylili się publicyści piszący w latach dziewięćdziesiątych, że potrzeba, by wymarło pokolenie wychowane w komunizmie, a wtedy polskie obyczaje znormalnieją.