Miesięczne archiwum: Lipiec 2008

Celnicy, TP SA i działalność gospodarcza.

Mija pierwszy tydzień naszego mieszkania w Polsce. Zdaniem mojej znajomej T., która kilka razy przeprowadzała się pomiędzy kontynentami są trzy etapy reemigracji:
1. radość, że  znowu jesteśmy w swoim ukochanym kraju
2. frustracja, że wiele rzeczy nie jest taka jak sobie wymarzyliśmy
3. akceptacja tego co zastaliśmy i życie jak u siebie

Podobno pierwsze dwa etapy to zwykle w sumie kilka miesięcy, a nie więcej niż rok. Ja jestem niewątpliwie na etapie radości z przybycia do Polski.  Nawet kilka długich godzin w urzędach celnych wspominam z sympatią, jestem podbudowany założeniem nam telefonu w ciągu jednego dnia i nie straszne mi kilka tygodni czekania na uruchomienie mojej działalności gospodarczej.

Sprawa, którą miałem załatwić u celników wydawała się prosta i szybka. Nasłuchawszy się opowieści o urzędach celnych przygotowałem się na cały dzień zmagań. Miałem rację. Rozpocząłem około dziewiątej rano, a skończyłem około czwartej po południu. Chodziło o odprawę celną samochodu przywiezionego ze Szwajcarii jako mienie przesiedlenia.

Zgłosiłem się do urzędu celnego właściwego ze względu na moje miejsce zamieszkania. Po kilku godzinach uzupełniania brakujących dokumentów i wycieczek pomiędzy agencją celną, a urzędnikami usłyszałem, że oni nie chcą sobie zawracać głowy moją sprawą. Kazali mi jechać do urzędu celnego przy ulicy F., bo tam odprawiała moje meble i resztę dobytku firma przeprowadzkowa, więc niech tam załatwią także mój samochód. Ulica F. jest ok. 30 km od miejsca, gdzie usiłowałem odprawić samochód. Wiedziałem już od ludzi z agencji celnej, że z kierownikiem urzędu lepiej nie przeciągać struny i skoro on mnie wysyła na F. to lepiej jechać na F. i kropka.
Sprawa rozbiła się o moje niedoinformowanie. Wyjeżdżałem ze Szwajcarii z druczkami Eur1 oraz 11.030 podstemplowanymi przez szwajcarskiego celnika, który kategorycznie twierdził, iż mam jechać prosto do Polski i niczego nie potrzebuję od celników austriackich. Niestety mylił się. Potrzebowałem dokument tranzytowy T1, który mieli podbić Austriacy. Kierownik mojego lokalnego urzędu celnego zgodził się na odprawę bez tego dokumentu, ale jak się zorientował, że firma przeprowadzkowa nie oddała mi innego druku (dokument SAD), gdzie były szczegóły odprawy mebli to już stracił do mnie cierpliwość. Pracownik firmy przeprowadzkowej dowiózł mi dokument w ciągu godziny, ale to nie zmieniło sytuacji. Kierownik bezapelacyjnie pozbył się mojej sprawy, a pracownik agencji celnej przyjaźnie powiedział, że to piątek, a piątki to najgorsze dni na odprawę, bo urzędnicy chcą spokoju przed weekendem. Odparłem, że mam także urlop w poniedziałek. „Oj, poniedziałki to też są kiepskie. Najlepiej jeździć na cło między wtorkiem, a czwartkiem.”
Nie zraziły mnie te rady i ok. godziny 14:00 zjawiłem się  w urzędzie celnym przy ulicy F. Urzędnicy uznali, że mam od razu rozmawiać z kierownikiem to jest piątek po południu, więc oni nie wiedzą czy zająć się moją sprawą.
Koniec końców kierownik wyraził zgodę na rejestrację sprawy, ale uprzedził, że odprawa może się skończyć w poniedziałek. W ciągu godziny urzędnicy porzucili formalny ton. Zaczęli dopytywać mnie o Szwajcarię. Plotkowaliśmy o alpejskim życiu. Po jakimś czasie dołączył do nas rozchmurzony kierownik, a odprawa mojego samochodu przebiegła na marginesie naszych pogaduszek. Dostałem wszelkie wymagane pieczątki i formularze. Moje auto było już legalnym użytkownikiem polskich dróg (tzn. czekał mnie jeszcze przegląd i rejestracja).

O TP SA napiszę krótko: bardzo miłe zaskoczenie. Spotkanie z technikiem umówiłem telefonicznie kilka tygodni wcześniej. Facet przyszedł na czas, sprawdził linię, poprosił moją małżonkę o podpisanie umowy i po kilku minutach telefon był czynny!

Działalność gospodarcza to dłuższa historia. Mam za sobą dopiero jej absolutny początek: złożyłem wniosek w gminie. Wkrótce napiszę o dalszych etapach.

Być może czekacie też na podsumowanie pracy naszej firmy przeprowadzkowej? Nasze mieszkanie jeszcze jest pełne pudeł, więc z wnioskami poczekam do momentu, gdy ogłosimy oficjalny koniec przeprowadzki.

Dzień z CB-radiem.

Przed tygodniem przejechałem po Polsce kilkaset kilometrów z włączonym radiem CB.

Wiedziałem, że CB przeżywa w naszym kraju renesans popularności. Widywałem sporo samochodów z charakterystycznymi, długimi antenami. Były to zarówno leciwe wehikuły ściągnięte z Zachodu, jak również wystawne auta terenowe prosto z salonów.

Moja przygoda z CB zaczęła się zupełnie przypadkowo. W tym tygodniu Ojciec przekazał mi kluczyki do auta, a w środku było CB radio. Prosił, żebym sobie zatrzymał radio. On je dostał w prezencie, ale nie będzie używał.

Czekała mnie długa trasa z Warszawy nad Bałtyk, potem następnego dnia na południowe krańce Wielkopolski i od razu powrót pod Warszawę.

Drugiego dnia podróży urozmaicałem sobie jazdę słuchając dziewiętnastego kanału CB.

Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Główną niespodzianką był poziom języka. Z radia korzystają głównie kierowcy ciężarówek. Wyobrażałem sobie typowego kierowcę jako gościa, który klnie obficie i siarczyście. Prawda jest taka, że w ciągu kilkunastu godzin usłyszałem tylko kilka razy kierowców, którzy rzucali do mikrofonu przekleństwa. We wszystkich przypadkach inni użytkownicy zwrócili im uwagę.

Na kanale dziewiętnastym większość rozmów dotyczy ruchu drogowego. Ludzie dopytują, gdzie jest kontrola policyjna i informują innych o korkach na trasie.

Jest to przeplatane sympatycznymi i – muszę powiedzieć – serdecznymi rozmowami.

W drodze na Jarocin ktoś ogłosił, że na przystanku wysadził dwie autostopowiczki jadące na festiwal i prosi, aby im pomóc w dalszej jeździe. Z daleka zobaczyłem podróżniczki i miałem się zatrzymać, ale jadący przede mną kierowca olbrzymiej piaskarki był szybszy. W sumie dziewczyny nie czekały nawet pięciu minut.

Z innych historii warto przytoczyć informowanie o braku tylnych świateł. Ktoś wywołał kierowcę wywrotki i powiedział mu o przebiciach przy włączonym kierunkowskazie.

Udzieliła mi się atmosfera wzajemnej pomocy i odbyłem swoją pierwszą rozmowę przez radio. Przede mną jechało BMW z rejestracją LLU, które nie miało lewego światła. Na dachu była długa antena, więc złapałem mikrofon i wypaliłem: „BMW z Lubartowa czy jesteś na radiu?”

W odpowiedzi usłyszałem: „Z Lubelskiego, nie z Lubartowa. Jestem, a co?” „No dobra. Chciałem Ci powiedzieć, że nie masz lewej lampy” „Dzięki! Zjadę na CPN to wymienię.” „Szerokiej!”

Po kilku kilometrach faktycznie zjechał na stację benzynową. Oczywiście jako nowicjusz popełniłem gafę. Bo inni nie mówili „szerokiej”, lecz „życzę szerokości”. Muszę jeszcze trochę pojeździć, że osłuchać się ze slangiem CB.

Jakieś podstawowe zwroty znalazłem w gazecie motoryzacyjnej. Np. „misiaczki z suszarką” to patrol policyjny z radarem. Ale nie mogłem zrozumieć o co chodziło w zdaniu „suszareczka na 172”. Komunikat padł w okolicy, gdzie faktycznie stał patrol. Ale co to 172? Może numer drogi? Nie. Ta droga miała numer 11. To pewno jakiś punkt orientacyjny. Zrozumiałem o co chodzi jak byłem już na trasie na Warszawę. Tam usłyszałem, że „misiaczki stoją na 380 w kierunku Warszawy”. Wtedy mnie oświeciło. To przecież kilometr oznaczony na przydrożnych słupkach! Byłem przy słupku z numerem 350, czyli policja będzie za 30 kilometrów!

Faktycznie, za kilkanaście minut zobaczyłem patrol z radarem.

Tego dnia dojechałem do domu z przekonaniem, że większość użytkowników dróg to fajni ludzie. Np. raz byłem świadkiem, gdy ukraiński kierowca zabłądził w Szczecinku i pytał o wskazówki jak dojechać do trasy na Barwinek. Na początek usłyszał stek przekleństw. Lecz natychmiast po klnącym frustracie odezwał się inny kierowca, który poprosił o spokój i wezwał kolegów do pomocy. Dość szybko zgłosił się ktoś kto widział jak Ukrainiec zjeżdżał z ronda. Poinformował go, która droga prowadzi na wschodnią granicę, a zagubiony kierowca serdecznie podziękował.

Znajomi mówili mi o fatalnych obyczajach kierowców ciężarówek, o chamstwie, o zwieraniu szyku, aby utrudnić innym wyprzedzanie, o złośliwym zajeżdżaniu drogi itp. Pewno są wśród kierowców także ludzie o tak prymitywnych obyczajach. Lecz to co ja słyszałem brzmiało sympatycznie.

Umzug czyli polska przeprowadzka w Szwajcarii.

Ciężarówka z naszymi rzeczami już wyjechała ze Szwajcarii. Za nią pomknęła jeszcze półciężarówka z tym co się nie zmieściło w kontenerze. Podobno każda przeprowadzka to historia sama w sobie. Także nasza na szwajcarskim etapie miała swoje przygody.

Firma przeprowadzkowa przysłała do Szwajcarii podwykonawcę, który miał zapakować nasze rzeczy. Spodobało mi się to rozwiązanie bo mieliśmy polską ekipę, której szef ma też być przy rozpakowywaniu pod Warszawą. Pakowanie szło dobrze i sprawnie. Były jakieś drobne zadrapania na parkiecie. Zwróciłem uwagę, iż za wszelkie szkody trzeba będzie zapłacić właścicielowi mieszkania i potem pakowacze byli bardzo ostrożni. Wprawdzie ich szef sarkastycznie skomentował, że ściany są ważniejsze niż ich poobijane palce, ale muszę przyznać, że niczego więcej nie zniszczyli.

Po pracy w piątek i w sobotę większość dobytku była już w kartonach, wcześniej wywieźliśmy dzieci na wakacje do Polski, a żona i ja zamieszkaliśmy w sąsiedztwie, w mieszkaniu naszych przyjaciół, którzy byli na urlopie.
W sobotę ekipa skończyła pracę około 17:00, a my z żoną zarezerwowaliśmy stolik w restauracji, aby w spokoju odsapnąć po intensywnym dniu. Już wychodziliśmy z mieszkania, gdy przybiegła sąsiadka z wiadomością, że po osiedlu chodzą jacyś Polacy, którzy nas pilnie szukają. Przed blokiem zobaczyłem dwóch mężczyzn i od razu wiedziałem, że to „nasi”. Obydwaj ubrani w podkoszulki bez rękawów, szorty, a na nogach japonki. To byli kierowcy ciężarówki, która teoretycznie miała dojechać w poniedziałek. Panowie z entuzjazmem oznajmili, że przyspieszyli swój przyjazd i są gotowi do pakowania. Młodszy z kierowców – Pan M. – którego wyróżniało zamiłowanie do złota (łańcuszek z medalikiem, bransoletka i sygnet) zaczął opowiadać o korkach na trasie. Wtedy zobaczyłem, że brakuje mu kilku zębów w przedniej części szczęki. Złoto i zęby były dość istotnym szczegółem tej historii, bo nazajutrz w ekipie pakującej wywiązała się dyskusja dlaczego Pan M. kupuje złoto zamiast wydać te pieniądze na porcelanowe zęby.

Lecz w sobotni wieczór zęby Pana M. zeszły na drugi plan, bo głównym tematem było pakowanie ciężarówki. Przesunęliśmy rezerwację w restauracji, wsadziłem kierowców do naszego auta i pojechaliśmy do hotelu na spotkanie z szefem pakowaczy. Na spotkanie przyszedł szef: Pan A. oraz jego pomocnik Pan Ł.. Obydwaj to niezwykle ciepli i sympatyczni ludzie. Lecz ich krótko obcięte włosy, solidna budowa ciała i tatuaże Pana A. przyciągały uwagę Szwajcarów. Zatem po naszym wejściu do restauracji hotelowej zapadła cisza, a goście przy innych stolikach mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali się nam, czyli pięciu facetom i kobiecie, którzy dość głośno rozmawiali w jakimś wschodnioeuropejskim języku. Na twarzach kelnerek pojawiły się zmarszczki napięcia i zaniepokojonym wzrokiem patrzyły na starszego kelnera, który też wyglądał na poddenerwowanego. Jako jedyny mężczyzna z obsługi poczuł się zobowiązany stawienia czoła dziwnym gościom. Jako pierwszy odezwał się do niego Pan A. prosząc po angielsku o piwo, potem moja żona odezwała się po niemiecku i zamówiła typowo szwajcarski napój Rivella. Usłyszawszy język niemiecki i nazwę lokalnego specjału kelner poczuł się pewniej i dopytał, którą Rivellę ma podać. Żona wybrała zieloną, a ja czerwoną. Trochę rozładowało to przyciężką atmosferę i zaczęliśmy uzgadniać szczegóły przeprowadzki. Nie tylko kierowcom, ale też pakowaczom było na rękę szybsze skończenie roboty, więc umówili się na załadunek w niedzielę. Trzeba się było jeszcze upewnić jak duża jest ciężarówka. Zdaniem kierowców kontener był po prostu „duży”. Może 60, a może 80 metrów sześciennych. Nazajutrz wraz z Panem A. zmierzyliśmy pakę. Miała 51 m3 pojemności. To było mało jak na nasz dobytek szacowany na ok. 50 m3 – bo przecież potrzeba trochę zapasu na niewymiarowe przedmioty.  Koniec końców, w niedzielę wieczorem zobaczyliśmy, że zostało trochę półek, fotel, jakieś sprzęty ogrodowe i rower – wszystkie te pozostałości pojechały do Polski samochodem pakowaczy.

Lecz nim samochody wyruszyły do Polski mieliśmy jeszcze przygodę z policją. W niedzielne południe zajechał na osiedle radiowóz i stanął na osiedlowej uliczce tam, gdzie parkowała nasza ciężarówka. Widok kierowców i pakowaczy chyba zaniepokoił policjantów, bo obywaj położyli dłonie na kolbach pistoletów. Wyjaśniłem, że to przeprowadzka mojego mienia do Polski. Po sprawdzeniu moich dokumentów, spokojnie pospisywali obydwa samochody i wszystkich pracujących przy przeprowadzce. Uśmiechając się łamali sobie języki próbując czytać polskie nazwiska, a potem dopytali o harmonogram przeprowadzki. Jak powiedziałem policjantom, że kierowcy planowali wieczorem jechać na granicę to ci się mocno zdziwili. Bowiem – czego kierowcy nie wiedzieli – w niedziele obowiązuje bezwzględny zakaz ruchu ciężarówek. Wyjaśnili też, że zostali wezwani przez kogoś z sąsiedztwa, komu przeszkadzało, że ciężarówka zajechała na osiedle w niedzielę mimo ogólnego zakazu. Skończyło się na upomnieniu kierowcy. Musieliśmy niezwłocznie przestawić ciężarówkę na parking poza osiedlem i tam przeładowywać paczki z małej ciężarówki na dużą. Gdy odjechała policja, jeden z kierowców oznajmił, że on to się w ogóle nie martwi policją, bo i tak nie rozumie co do niego gadają. Zaś jak mu wlepią mandat to jego szef zapłaci.
Wieczorem podpisaliśmy wszelkie dokumenty i przekazali kierowcom. Teraz trzymamy kciuki, aby dokumenty nie zginęły po drodze. Nasz niepokój jest poniekąd uzasadniony, bo kierowca oznajmił z rozbrajającą szczerością, że niedawno przewoził ze Szwajcarii Toyotę Yaris i po drodze zgubił dowód rejestracyjny, który „gdzieś się zawieruszył przy odprawie na granicy”.